Archwium > Numer 467 (07/2012) > Audiobook na wakacje > POLSKIE PIEKIEŁKO I OJCIEC INKWIZYTOR

POLSKIE PIEKIEŁKO I OJCIEC INKWIZYTOR
"Czy miał pan informatora w naszym zakonie?" - zapytał mnie tuż po ukazaniu się powieści jeden z dominikanów. Nie miałem, ale samo podejrzenie o to ucieszyło mnie niezwykle.

FOT. BARTOSZ SIEDLIK / BARTOSZSIEDLIK.PL


Niby to zwykły thriller, na pozór książka z gatunku popularnych, ale napisanie jej wymagało od Marcina Wrońskiego odwagi” – pisała „Gazeta Wyborcza” tuż po ukazaniu się Officium Secretum. Psa Pańskiego. „Książkę Wrońskiego przenika autentyczna troska o katolicyzm – i wyraźny niesmak do jego instrumentalnego wykorzystywania w cynicznych rozgrywkach politycznych”, twierdził natomiast „Dziennik. Gazeta Prawna”. Czytelnicy podczas spotkań autorskich do dziś pytają, czy nie obawiałem się, że kogoś urażę. Odpowiadam zwykle, że trochę na to liczyłem, bo proces byłby świetną reklamą. Przede wszystkim jednak, tworząc tę powieść, pisałem o kimś, a nie przeciwko komuś, i dlatego, być może, odbiega ona od publicystycznego wzorca: tyleż w niej antyklerykalizmu, ile majestatu Kościoła, tyleż zakusów lustracyjnych, ile zdemaskowanej IPN-owszczyzny, wreszcie niby ona o zdradzie, a jednak o wybaczeniu…

Niewiele przeżyłem takich lat jak rok 2007, który oddany na doraźną pastwę mediów, okazał się zadziwiająco literacki. Najpierw dwie partie spod – zdawać by się mogło – znaku reformatorskiego rozsądku rzuciły się sobie do gardeł, a słaby zwycięzca w poszukiwaniu sojuszników podzielił się władzą z patrio-twardzielami i chłopo-cwaniakami. Nie mogłem się nadziwić, że żaden teatr w kraju nie rzucił w kąt ustalonego repertuaru i nie wystawił Jana Macieja Karola Wścieklicy Witkacego – w tamtym czasie sztuki bardziej aktualnej niż rewelacje TVN 24. Ale to nie był koniec! Rządzący triumwirat począł coraz śmielej dosypywać sobie nawzajem arszeniku do wina i polski teatr absurdu zaczął ewoluować ku szekspirowskim tonom. Jednakże kiedy do tego wszystkiego – jakby nie dość było napięcia między Kościołem otwartym a Kościołem oblężonym – posłuszeństwo wypowiedziały władzom duchownym kazimierskie siostry betanki, rzuciłem w kąt Witkacego i Szekspira, sięgnąłem po Imię róży Umberta Eco i po Młot na czarownice, oczywiście. „Jak by to było, gdyby to właśnie w Polsce AD 2007 detektyw w habicie musiał szukać zaginionej biblioteki? – zapytałem sam siebie. – I gdzie jest, u licha, Święta Inkwizycja?! Zupełnie jak z policją, nigdy jej nie ma, kiedy naprawdę jest potrzebna!”.

Zakonny James Bond

Tak na karty powstającej książki wkroczył dominikanin ojciec Marek Gliński, funkcjonariusz tajnych służb Watykanu, którego przywołałem, aby zaprowadził nieco porządku. Jednakże zakonny James Bond dość szybko okazał się postacią, jak całe pokolenie, mocno utytłaną w najnowszej historii Polski, w dodatku rozdartą między wiarą a ziemską powinnością, starym grzechem a nadzieją na wybaczenie. Nie jestem również pewien, czy jego pedanteria i skłonność do zbytku to przenoszące się z wymiaru duchowego w fizyczny pragnienie czystości, czy też może pierwszy z księżowskich grzechów dostrzegalnych. Tu mógłbym się zatrzymać, gdyby zależało mi wyłącznie na politycznym thrillerze, lecz chciałem czegoś więcej – także powieści o ludzkich wyborach i kłopotliwej koegzystencji Kościoła wiary z Kościołem instytucjonalnym. „Istotnie, nasz zakon ma taką tradycję [walki z herezją], ale habity wciąż białe” – tak Gliński odpowiada na pytanie ciągnącej go za język dziennikarki. I chociaż z pozoru wygląda to na medialny bon mot, on rzeczywiście w to wierzy, chociaż bywa wystawiany na próby sumienia i lojalności.

„Czy miał pan informatora w naszym zakonie?” – zapytał mnie tuż po ukazaniu się powieści jeden z dominikanów. Nie miałem, ale samo podejrzenie o to ucieszyło mnie niezwykle, bo poza postacią protagonisty całe Officium Secretum powstało dzięki mojej sumiennej pracy operacyjnej i pozyskaniu wiernej agentury w różnych środowiskach. Od początku myślałem o tej książce jako o powieści hiperrealistycznej, w której zgadza się nawet pogoda oraz newsy medialne. Fikcyjna intryga przykryta takim właśnie płaszczem realności staje się tym bardziej niebezpieczna, bo w nieostrym polu między prawdą a prawdopodobieństwem jest sporo miejsca na lęki i interpretację czytelnika, który – z taką nadzieją pisałem – podejmie grę, zwłaszcza że Pies Pański opowiada o tej samej rzeczywistości, w której żyjemy.

Oko w oko z polskimi demonami

Zapewne dlatego nie wszyscy moi stali czytelnicy, którzy czekają na kolejne powieści o komisarzu Maciejewskim, z równie otwartymi ramionami przyjęli ojca Glińskiego. Niejednokrotnie, w sposób mniej lub bardziej zawoalowany, przyszło mi usłyszeć: „Polskiego reality to ja mam powyżej uszu, aż przestałem włączać telewizor! Nie mógł pan znów napisać czegoś dziejącego się przed wojną?”. Mogłem, ale nie chciałem, bo potrzebowałem tej książki – żeby stanąć oko w oko z polskimi demonami i mitami i zamiast z nimi walczyć, spróbować je zrozumieć. Żeby do tego samego namówić czytelnika.

Współczesność to jednak trudny temat literacki, zwłaszcza gdy chodzi nam o coś więcej niż opis obyczajów, gdy w duchu solidnego dziewiętnastowiecznego realizmu autor próbuje jednocześnie po dziennikarsku uchwycić zapis chwili, a zarazem sięgnąć w głąb doraźności i opisywane czasy zamknąć w odpowiednio pojemnym symbolu. Te strony Psa Pańskiego, które dotyczą ukrytego archiwum, są jak wir wprawiający całą fabułę w ruch i choć byłoby do pomyślenia, że ów ruch wywołała inna przyczyna, nie każda miałaby dość mocy, aby poruszyć i wprowadzić w konflikt wszystkie osoby dramatu. „Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Ziemię”, miał powiedzieć Archimedes. Jako powieściopisarz realista również za każdym razem szukam takich punktów podparcia i – czym niekiedy zadziwiam moich czytelników na spotkaniach autorskich – łatwiej odnajduję je w przeszłości niż w naszym tu i teraz. Historia, chociaż wcale nie taka oczywista, jak mogłoby się wydawać, jest bezpiecznie zamknięta. Teraźniejszość wciąż drga i czasem ledwie się pisarzowi wyda, że odkrył jej wzór, a jedno wydarzenie już przewartościowuje sytuację. Z grubej rury: ileż nowych znaczeń pojawiło się w polskim kodzie medialnym i polskiej mitologii politycznej po – mogłoby się zdawać – wyjętej z przestrzeni political fiction katastrofie smoleńskiej? Z mniejszego kalibru: czyż ktokolwiek widział w Andrzeju Lepperze postać z Szekspira, a nie z Witkacego, zanim wódz Samoobrony targnął się na swoje życie? Dlatego bałem się o Psa Pańskiego, pisząc go. Bałem się, oddając go wydawcy. Tak naprawdę odetchnąłem dopiero rok po wydaniu (a blisko dwa po napisaniu!), widząc malejące prawdopodobieństwo takich kaprysów teraźniejszości, które wywróciłyby całą symbolikę wpisaną w powieść o ojcu Marku Glińskim. Dlatego też zarys jej kontynuacji szkicuję ostrożnie i z namysłem.

 


Marcin Wroński - ur. 1972, pisarz. Popularność przyniósł mu cykl kryminałów retro z cyklu "Komisarz Maciejewski: Morderstwo pod cenzurą" (2007), "Kino Venus" (2008), "A na imię jej będzie Aniela" (2011), "Skrzydlata trumna (2012); jest także autorem m.in. thrillera polityczno-kościelnego "Officium Secretum. Pies Pański" (2010) o Marku Glińskim OP. Mieszka w Lublinie. Obecnie pracuje nad kolejnymi powieściami o swoich bohaterach: komisarzu Zygmuncie Maciejewskim i o. Marku Glińskim. Oficjalna strona autora: www.marcinwronski.art.pl. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Bóg kryminalistów

PRZEKLINANIE TO OBCIACH

Dotknęliśmy świętego

Nowy układ Różańca Świętego

WYTRYCH


komentarze



Facebook