IZABELA TĘSKNI ZA RAJEM
Ja się odnajduję i w Rzeckim, i w Wokulskim. W pani Izabeli też - ale trochę mniej.

BRONISLAW PAWLIK JAKO IGNACY RZECKI W SERIALU LALKA Z 1977 ROKU, FOT. JERZY TROSZCZYNSKI / FILMOTEKA NARODOWA


Stanisław Wokulski. Czterdziestosześcioletni właściciel sklepu w dziewiętnastowiecznej Warszawie. Przedsiębiorca. Nieszczęśliwie zakochany w młodziutkiej Izabeli Łęckiej. Kocha jak romantyk, pracuje jak pozytywista. Jego sklepu pilnuje stary subiekt i przyjaciel Ignacy Rzecki. Zamknięty w świecie wspomnień. Wierzy, że Napoleon przyniesie Polsce niepodległość. Izabela Łęcka to arystokratka. Przedstawicielka warszawskiego salonu. Uważa, że jest ideałem i oczekuje uwielbienia. Gardzi Wokulskim jako niżej urodzonym. W Lalce Bolesława Prusa współczesną Polskę i Polaków widzi Wojciech Prus OP.

 

WOJCIECH PRUS OP: Pewnie kiedyś przeczytałem całą powieść Prusa, ale nie daję za to głowy. Teraz wracam do Lalki nagranej. Słucham.

PIOTR ŚWIĄTKOWSKI: To przez nazwisko?

Sam nie wiem, jak to się stało, że zacząłem krążyć nad tą książką jak myszołów albo jak orzeł biały. Nie mogę być z Prusem spokrewniony, ponieważ autor Lalki ukrywał się pod pseudonimem. Nazywał się Aleksander Głowacki. Pamiętam wypracowanie w liceum. Napisałem, że Wokulski jedną nogę ma w jednej łódce, a drugą w drugiej. Chciałem pokazać, że był i romantykiem, i pozytywistą; że te dwie łódki mu się rozjeżdżają. Moja nauczycielka pisała mi w takich sytuacjach na marginesie czerwonym długopisem: „styl” z wykrzyknikiem. Pewnie nie mieściłem się w kanonie.

Dzisiaj by ojciec dostał szóstkę.

A potem było prozaicznie. Zostałem ekonomem naszej dominikańskiej prowincji. Był 1998 rok. Era wchodziła na rynek i przyznawała punkty za wysokie rachunki. Jako ekonom miałem rachunki pokaźne. Poszedłem z tymi punktami do Empiku. Można je było zamienić na płyty. Znalazłem audiobook z Lalką. Byli jeszcze Ludzie bezdomni. Jeździłem dużo samochodem i słuchałem. Później – nie wiem, skąd mi się to wzięło – zacząłem na rekolekcjach mówić o Ignacym Rzeckim. Może w ten sposób tłumaczyłem swoje bycie ekonomem. On pełnił funkcję służebną. Człowiek drugiego planu. W polityce mówi się, że to są wiceministrowie. Zmienia się warstwa polityczna, ale zostają ludzie do roboty. Oni dają ciągłość. Rzecki to obrazował. Widzę siebie w Rzeckim. Gdyby nie było Rzeckiego, nie byłoby pracy organicznej, pracy u podstaw.

To ta książka jest także trochę o ojcu?

Czytam Lalkę bardzo osobiście. Mój dziadek był szefem Izby Skarbowej w Kościanie, organizował struktury skarbowości w niepodległej Polsce. Rzecki poszedł do sklepu Jana Mincla uczyć się zawodu. Długo się zastanawiałem, kim był ten Mincel. Prus nie pisze o tym wprost. Mincel mówi niby trochę po niemiecku, ale prawdopodobnie w jidisz. Mój dziadek tak samo uczył się zawodu. W Kościanie terminował u Żyda prawnika. Rzecki, uczestnik walk o Węgry w czasie Wiosny Ludów, opowiada, jak czekają na „jeneralną bitwę”. Widzę mojego dziadka, który walczył „pod Werdunem” w armii pruskiej i tam stracił oko. Dzięki Lalce wyobrażam sobie własną historię.

Rzecki ma też drugą część swojej osobowości.

I u mnie, i u każdego z nas jest druga część osobowości. W Lalce nie ma kryształowych postaci. Najwięcej pęknięć ma Izabela Łęcka, ale mają je również jej ojciec Stanisław Łęcki i Wokulski. Nawet pani Stawska pokazywana przez Prusa niczym święta. Rzecki też jest postacią złożoną. Zakochuje się w pani Stawskiej. To był przecież stary człowiek. Do tego ma rys klasyczny charakterystyczny dla wielu mężczyzn. Kiedy kumulują mu się napięcia, pije piwo. Rozluźnia się, pijąc.

Tacy są mężczyźni?

To widać podczas Euro (uśmiech). Ja to widzę, bo dokształcam się w problematyce szeroko pojętych uzależnień i współuzależnień. Właściwie to nietrzeźwość, ogólnie pojęta, niekoniecznie alkoholowa, związana z brakiem trzeźwego myślenia, jest głównym tematem powieści. Dlaczego Wokulski nie rzuci Izabeli? Dlaczego nie chroni siebie? Dlaczego działa jak pijany? Dlaczego nie wycofuje się z toksycznej sytuacji? W powieści znajduję lekarstwo na nietrzeźwość Stanisława. Jest nią przyjaźń z Rzeckim. Przy wszystkich niedoskonałościach obu panów Rzecki kilka razy próbuje rozmawiać ze swoim przyjacielem. Odchował go w końcu. Jest dla niego niemal jak ojciec. Wokulski trochę wychodzi ze swojej skorupy w czasie tych rozmów. Ma przebłyski rozsądku. Więc jeśli zadajemy pytanie, w jaki sposób można się wyleczyć z nietrzeźwości, tej ogólnej, niealkoholowej, no to odpowiedź brzmi: przez przyjaźń. Ale to jest ciekawe, bo w Lalce przyjaźń przegrywa.

Ilu takich nietrzeźwych spotyka ojciec w konfesjonale? Ilu z nas to Wokulscy, Rzeccy, Izabele?

W każdym z nas jest coś z bohaterów Prusa. Ja się odnajduję i w Rzeckim, i w Wokulskim. W pani Izabeli też – ale trochę mniej (uśmiech). Zastanawiam się, jaki był stosunek Prusa do kobiet, skoro tak bardzo negatywnie narysował Łęcką.

Czy możemy być trzeźwi – mówiąc wprost?

W Piśmie Świętym jest napisane, że nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale ducha mocy, mądrości i trzeźwego myślenia. Kiedy pyta mnie pan, ilu ludzi w konfesjonale ma trzeźwe spojrzenie na siebie, to odpowiadam, że już samo przyjście do spowiedzi jest znakiem trzeźwości. W Lalce to jest ten moment, gdy Wokulski spotyka się z Rzeckim. Stanisław wychodzi ze swojej norki, ale Rzecki też wychodzi.

Wychodzi, bo zakochał się w Stawskiej.

Jest u niej prawie codziennie, a to znaczy, że coś się zaczęło w nim dziać. Zaczyna rozmawiać. Do tej pory nie chodził ani na koncerty, ani do teatru, był samotnikiem, coraz bardziej bał się świata i ludzi. Uczucie zmienia jego życie. Człowiek, przychodząc do spowiedzi, tak właśnie wychodzi ze swojej norki.

Rzecki wychodzi, penitent wychodzi. A Kościół?

Oczywiście – przecież za każdym razem, gdy idę do konfesjonału, to cały Kościół rusza na spotkanie drugiego człowieka (uśmiech). W moim przeżywaniu tych spotkań ciągle muszę opuszczać swoją norkę – nie da się przecież raz na zawsze wyuczyć jednej nauki dla penitentów. Ciągle jesteśmy zaskakiwani. Spowiednik też ma w sobie trochę z Wokulskiego, trochę z Rzeckiego. W różnych momentach życia te akcenty różnie się rozkładają.

A czy spowiednik może nagiąć swoje spojrzenie, by lepiej wychylić się z norki? Czy może nagiąć poglądy swoje albo Kościoła, bo przyszedł cierpiący Wokulski i trzeba go pchnąć dalej?

Bałbym się sformułowania nagiąć poglądy Kościoła, bo nie chodzi o naginanie nauczania. Pamiętajmy jednak, że w prawie kanonicznym jest takie pojęcie jak racja pastoralna. Dobro człowieka jest najważniejsze. Jan Paweł II mówił, że człowiek jest drogą Kościoła. Mamy oczywiście do czynienia z normą. Jest nauczanie zapisane w punktach, ale trzeba pamiętać o człowieku, który przyszedł do spowiedzi. Dzisiaj rano podczas śniadania znów dyskutowaliśmy o tym, jak traktować to, że narzeczeni mieszkają razem przed ślubem. Kiedy przychodzą do mnie takie osoby, to od razu mówię, że właściwie nie powinienem udzielić rozgrzeszenia. Bez dyskusji. Bo takie jest nauczanie Kościoła.

Ale nagle ktoś mówi: „Ojcze, ale my podjęliśmy decyzję, że mieszkamy, ale nie współżyjemy”. I co wtedy?

Bracia przywołali spotkanie jednego z prawników z teologiem moralnym u nas w Krakowie. To była nasza wewnętrzna dominikańska debata. I doszło do kłótni. Bo prawnik mówi, że z punktu widzenia prawa kościelnego fakt wspólnego zamieszkania przed ślubem, jeśli nie dochodzi do współżycia, to nie grzech. Ja zacytowałem opinię o. Tomasza Pawłowskiego, autora Przewodnika dla zniechęconych spowiedzią i mszą świętą, że wchodzenie w sytuacje, które mogą zaowocować grzechem, też jest grzechem, igraniem z ogniem. Jeśli więc narzeczeni mówią mi, że postanowili żyć w wstrzemięźliwości, pytam, czy śpią razem. Jedno łoże jest przestrzenią symboliczną. I tłumaczę – my mamy klauzurę. Nie wpuszczamy za klauzurę osób, które nie przynależą do naszej wspólnoty. Proszę więc o rozdzielenie. Pada argument – bo my nie mamy drugiego pokoju. Odpowiadam – ale jest karimatka. To jest spanie pielgrzymów. Rycerze, którzy szli na wojnę, też tak spali. I jeśli się tak rozmawia, to wychodzi się z norki. Przychodzi do mnie Wokulski, ja jestem Rzeckim. Jestem przekonany, że nauczanie Kościoła jest słuszne, ale pytanie brzmi, jak do tego nauczania mam przekonać drugiego człowieka.

W książce Jak nakarmić pragnienia autor, psychoterapeuta amerykański, cytuje C.S. Lewisa, tego od Opowieści z Narnii. I mówi, że problemem człowieka nie jest to, że ma za duże pragnienia. Problemem jest to, że ma za małe pragnienia. Łatwo jest go oszukać błyskotkami. Podsunąć mu małą rzecz i powiedzieć, że spełni pragnienia. Jeśli odmawiam ci rozgrzeszenia, to znaczy, że nie wiesz, jaką masz godność. Pomniejszasz swoją godność. Nie jesteś świadomy, że jesteś synem Najwyższego. Przychodzisz jako niewolnik.

Wokulski próbuje się zabić.

Autor nie daje odpowiedzi na pytanie, czy Stanisław popełnił samobójstwo, czy nie. Ale Prus pokazuje nam, jaką cenę płaci się za nietrzeźwość. My mówimy: wybór między życiem a grzechem – śmiercią duchową. W Lalce nietrzeźwość być może kosztuje Wokulskiego życie.

Może dobrze, że Prus nie kończy książki jasno. Nie podpowiada rozwiązania zdesperowanym nietrzeźwym.

Proszę zwrócić uwagę na codzienność bohaterów Lalki, szczególnie warstwy arystokratycznej. Przypominam sobie, jak postrzegałem historię Polski w szkole średniej. Powstanie listopadowe, styczniowe... Wydawało mi się, że skoro to była niewola, to wszyscy mieli biedę. Wszyscy. A po drugie, że wszyscy walczyli o niepodległość. Gdy przyjrzeć się codzienności w Lalce, okazuje się, że zamożni bardzo dobrze się bawili. Pytanie brzmi: a co z ich obowiązkiem narodowym? Dziś też pytamy o obowiązek narodowy. Narzekamy, że młode pokolenie o niczym nie myśli, tylko o zabawie. Przeczytajmy sobie Lalkę. I nie mówmy, że kiedyś była niewola i powstanie. Powstanie robiła mała grupa ludzi, która się skrzykiwała ze względu na ideę. To nie byli „wszyscy”. Pomaga mi to trzeźwiej patrzeć na historię. Nie przez okulary różowego mitu. Jestem człowiekiem Solidarności i patrzyłem na Polskę przez okulary mitu. Doświadczenie podziału PiS – PO, ludzi, którzy wyrośli z tego samego korzenia i którzy potrafią się tak szczerze nienawidzić, było dla mnie ogromnym rozczarowaniem. Dlaczego? Bo to mój mit. Tymczasem okazuje się, że jesteśmy i zawsze byliśmy zróżnicowani. Każdy ma w sobie trochę Rzeckiego, trochę Wokulskiego.

W Lalce bardzo ciekawy jest też wątek biznesowy.

Polscy fabrykanci z Łodzi mają żal do Wokulskiego, bo ten niszczy rzekomo polski przemysł. I nagle się okazuje, że przecież wszystkie te fabryki są w rękach niemieckich. Fabrykanci narzekają na Żydów, a Wokulski odpowiada: Ale nic nie robicie i zostawiacie wolną przestrzeń do zagospodarowania. Wokulski proponuje arystokracji zrobienie spółki, ale ta boi się, że ich oszuka. Czy to nie Polska właśnie? Wokulski wypowiada ciekawe zdanie: „Nieważne, za ile sprzedajemy, ważne, żeby sprzedawać”. Proste i aktualne do dziś. Skąd się wziął kryzys? Z braku płynności. Pan Łęcki żyje ponad stan, na kredyt. Jak Grecja. Europejskie kluby piłkarskie (oprócz niemieckich) też są zadłużone po uszy. Pan Łęcki to jest właściciel Chelsea Londyn.

Izabela sypiała z posągiem Apolla, nakładała mu maskę księcia albo cyrkowego atlety. Małżeństwo jest dla niej nieszczęściem. Męża widzi ziewającego, z cygarem. Może jesteśmy dla niej za łagodni. Może ona jest całkowicie poza rzeczywistością. Może widzi ją zza szyby. Może to zła kobieta była.

Jak w filmie (śmiech). Kiedy pan to zacytował, uświadomiłem sobie, jak bardzo zmienił się nasz język od czasów Prusa. Gdy pan mówi „sypiała”, od razu mam skojarzenia seksualne. A ona sypiała jak dziewczynka z lalkami, misiami. Czytając Lalkę, można dostrzec podteksty erotyczne, ale ten język jest inny. „Sypiać” nie znaczy sypiać. Ja zapamiętałem tę scenę jako przytulanie się. Znajdujemy się w kulturze pornolandu, który polega na przeżywaniu uczuć erotycznych w świecie fantazyjnym, na ekranie. Wirtualne przeżywanie w świecie Facebooka, surfowanie w komórkach, cyberprzyjaźń. To jest właśnie problem Izabeli.

Czy to znaczy, że Izabela byłaby amatorką Facebooka?

Ona jest jak z Facebooka. Przeżywa dramat dojrzewania. Podam przykład. Ludzie, wchodząc w związek małżeński albo idąc do zakonu, spodziewają się, że ta druga osoba czy ten zakon będą jak ocean bez brzegów i bez dna. Młodzi czytają w czasie ślubu Hymn o miłości. Miłość łaskawa jest, cierpliwa, nie zazdrości, nie szuka poklasku. W nas jest tęsknota, żeby nas ktoś tak kochał. Zawsze rozumiejąco, zawsze cierpliwie. I nagle człowiek boleśnie zderza się z rzeczywistością. Jak to mówił jeden ze starszych współbraci: Ta druga osoba jest jak jezioro. Ma brzeg. I wcale nie jest taka głęboka. I w tym momencie zaczyna się szansa na miłość. Życie, normalność, szarość. Panna Izabela teologicznie tęskni za rajem. Tęskni za miłością oceanu. A w niej kocha się Wokulski, którego traktuje jak bajorko.

Nie chce go, bo czeka na księcia z bajki.

Ale nie robi tego świadomie. Gdybyśmy zastosowali do niej definicję grzechu, czyli że świadomie i dobrowolnie… Czy ona jest świadoma? Jest raczej jak dziecko we mgle.

Czy ktoś, kto patrzy na świat przez szybę np. Facebooka, popełnia grzech?

Czy palenie papierosów jest grzechem? Mój znajomy lekarz mówi: czepiacie się seksu, a powinniście czepiać się palenia papierosów, bo palenie zabija. Kiedy jesteśmy uzależnieni od papierosów, to kategoria świadomości jest zmniejszona. Podobnie było z Izabelą, tak jest z patrzeniem na świat przez szybę Facebooka. Jeśli ktoś odkrywa uzależnienie i postanawia z tego wyjść, to zawsze pytam, co możesz zrobić, żeby na przykład nie palić. Żeby nie palić, będę codziennie spotykał się z Rzeckim. Proszę bardzo. Pilnuj tego. Jeżeli uruchomisz uzależnienie, zrób rachunek sumienia, czy byłeś wierny rozmowom z Rzeckim, z twoim przyjacielem. Nie grzesz, czyli nie zaniedbuj tego, co sam określiłeś jako prowadzące do zwycięstwa z uzależnieniem. To jest inne spojrzenie na ascezę.

Na tym etapie Izabela po prostu musi tkwić w nietrzeźwości.

Gdy człowiek zostaje sam ze swoimi myślami, to wymyśla sobie świat. Dlatego konfrontacja z innymi jest szansą, by inaczej spojrzeć na siebie. Izabela nie jest skazana na świat za szybą. Przypomina mi się moja znajoma z Krakowa, która opowiadała o wychowywaniu swoich dzieci według słynnych książek o wychowaniu bez porażek. Próbowali nieustannie o każdej rzeczy dialogować z maluchami, ale o mało nie zwariowali. Nie mieli już sił wszystkiego przedyskutowywać. Dlatego staram się rozumieć rodziców, którym zdarza się krzyczeć. Krzyk rodzicielski może być znakiem autentyczności. Nie da się go udawać. To jest prawdziwy znak troski o dziecko. Moment prawdy, nawet jeżeli niedoskonale wyrażony, jest bardzo ważny. Sam od niedawna zupełnie inaczej patrzę na długie kolejki do konfesjonału. To nie jest upudrowane. Może lepiej by było spowiadać tak, jak teraz siedzimy. Wygodnie, bez pośpiechu. Dla każdego dużo czasu na dialog. Ale w takiej kolejce jak przed świętami, człowiek stoi godzinę, dwie, myśli, radzi sobie ze stresem. To jest prawdziwe! Autentyczne ćwiczenie w cierpliwości, której dziś nikt nie umie. Zmaganie i walka. Jak ten krzyk na dziecko, które np. wikła się w narkotyki. Przecież nie mogę spokojnie patrzeć, jak się zabijasz! Wokulski poznaje prawdę. To jest dla niego szansa. Widzieć prawdę to znaczy mieć wybór. On może się zabić albo zbudować życie jeszcze raz. Oprzeć się na przyjaźni, choć Rzecki już nie żyje.

Tylko że prawda go nie wyzwala.

Pewnie Prus pisze o sobie… ale napisanie takiej pięknej, dowcipnej powieści czymże innym jest, jeżeli nie wyjściem Prusa ze swojej norki?


Wojciech Prus OP - ur. 1964, dominikanin, doktor patrologii, studiował w Krakowie i Rzymie, przez osiem lat był dyrektorem Wydawnictwa "W drodze", obecnie jest duszpasterzem wspólnoty Lednica 2000. Mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Siedemdziesiąty siódmy powrót

Różaniec Basi

ŚWIATŁOCZULI

GEST KRÓLA

CZYSTEGO SERCA


komentarze



Facebook