Archwium > Numer 472 (12/2012) > Życie jest piękne > DZIĘKI BOGU, UNIKAM LEKARZY

DZIĘKI BOGU, UNIKAM LEKARZY
Po wyjściu z więzienia zagrałem na loterii i wygrałem zawrotną sumę 3700 złotych, za którą sprawiłem sobie nowe ubranie. Wtedy pomyślałem, że nie będę marnotrawił takiego powodzenia, i więcej już nie zagrałem.

FOT. MIKOŁAJ RUTKOWSKI


ROMAN BIELECKI OP: Czuję się onieśmielony, zadając pierwsze pytanie. Rozmawiamy w pana gabinecie na Alejach Ujazdowskich, w miejscu, w którym najczęściej mówi się o wielkiej polityce.

WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI: Niekoniecznie, często przychodzi się po to, żeby coś zwyczajnie załatwić… (śmiech).

A ja chciałbym porozmawiać o pięknym życiu. Pan ma już za sobą 90 lat i pewnie wiele przemyśleń na ten temat.

Gdy się jest młodym, można mieć różne wyobrażenia o pięknym życiu. Ale rzeczywistość boleśnie je weryfikuje. Ja też miałem rozmaite plany. Maturę zdałem, mając siedemnaście lat i trzy miesiące. Był rok 1939. Otrzymałem, jak to się mówi, świadectwo dojrzałości. Ale tak naprawdę dojrzewać zacząłem rok później, kiedy znalazłem się w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Ani tego nie chciałem, ani nie przewidywałem.

Pochodzę z rodziny urzędniczej, gdzie nieobecna była przemoc. Owszem, słyszało się o bójkach czy awanturach, ale nigdy tego nie widziałem. Byłem oczytany i intelektualnie rozwinięty jak na swój wiek. To wszystko było jednak niczym w porównaniu z tym, co miało nadejść. Uderzenie wojny było ostre i nagłe. Było dotknięciem śmierci i brutalności zbrodni, która nie zna granic. To na zawsze zmieniło moje wyobrażenia o życiu.

Dlatego, gdy myślę o pięknym życiu, jest ono dla mnie równoznaczne z życiem przyzwoitym.

Tak pan zatytułował jedną ze swoich książek: Warto być przyzwoitym.

To zdanie stało się moim mottem. Ale jego początki sięgają obozu, w którym, tak jak wielu mi podobnych, doświadczyłem wielkiego cierpienia. Bezradność była największym upokorzeniem i źródłem męki. Nic nie mogłem zrobić. Nikomu pomóc. Wtedy pomyślałem, żeby przynajmniej nikomu nie szkodzić i zachowywać się przyzwoicie.

W swoich wspomnieniach przywołuje pan często dzień apelu w obozie we wrześniu 1940 roku, opisując go jako życiowy przełom.

Było nas wtedy pięć tysięcy ludzi. Staliśmy na baczność. Kapo wyciągnęli z szeregu jakiegoś mężczyznę i bestialsko go zamordowali na naszych oczach. Przyznaję, że w tamtej chwili miałem pretensje do Pana Boga. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego na to pozwala. Ludzie, którzy nas maltretowali, to byli Europejczycy, według wszelkiego prawdopodobieństwa chrześcijanie. Być może nawet ochrzczeni w Kościele katolickim lub wywodzący się z Kościoła ewangelickiego. Nie mieściło mi się to w głowie, jak człowiek może się tak zachowywać wobec innych ludzi. Pierwsza wojna, którą znałem z opowiadań i książek, była czymś nieprawdopodobnym, ale to, co wydarzyło się w czasie drugiej wojny, było szokiem.

Co pan czuł, gdy opuszczał obóz?

Wobec Niemców, jako naszych wrogów, czułem nienawiść. Tak jak i wobec tych, którzy z nimi kolaborowali. Nie dało się inaczej. Skala okrucieństwa była ponad ludzkie siły. I podobnie jak wielu moich znajomych nie wiedziałem, jak się mam dalej zachować. Jak rozumieć, czym jest zemsta czy odwet. Długo to trwało, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że za to, co się stało, należy się kara. Nie można jej jednak wymierzać samowolnie. Ona ma być narzędziem prawa i porządku. Niby to wszystko oczywiste, ale wtedy, kiedy zżerało nas pragnienie zemsty, było to dla nas ważne.

Z powyższych powodów, co wielokrotnie mówiłem później wobec moich niemieckich przyjaciół, kiedy doszło do powojennego wypędzenia Niemców z Polski, nic mnie to nie obchodziło. Uważałem, że była to jakaś forma kary. Bo kto podpala dom, może się poparzyć.

Kara to jedno, a co z przebaczeniem?

Stawiano mi to pytanie wielokrotnie, zwłaszcza kiedy jako wykładowca akademicki znalazłem się w latach 80. w Niemczech. Zetknąłem się tam z młodzieżą urodzoną wiele lat po wojnie, która nie mogła odpowiadać za czyny swoich dziadków. Spędziłem tam, wykładając, dwanaście semestrów. W tym czasie otrzymałem tylko jeden list od pewnego profesora z Niemiec, który pisał, że jego wuj był kapitanem gestapo w okupowanej Polsce. I on się tego głęboko wstydzi. Wspominam go, bo nikt inny nigdy nie napisał do mnie nawet anonimowego listu, w którym zapytałby o to, czy jako jedna z ofiar jestem w stanie mu przebaczyć. A przebaczenie to przecież forma pojednania między ofiarą i sprawcą. Jeśli sprawca nie wyraża skruchy, trudno mówić o przebaczeniu.

A wiara? Czy była pomocą w czasie wojny?

Od dziecka było dla mnie oczywiste, że jestem osobą wierzącą i praktykującą. Nie była to żadna osobista relacja z Bogiem, raczej nawyk wyniesiony z domu. Okrucieństwo Oświęcimia postawiło wszystko na głowie. Nie wiedziałem, jak to się ma do woli Bożej. Moja wiara przeżywała poważny kryzys.

Jak pan sobie z tym poradził?

Jakiś czas po wyjściu z obozu poszedłem do spowiedzi. Trafiłem do niezwykłego księdza Jana Zieji, ówczesnego kapelana Szarych Szeregów. Rozmowa z nim to było wielkie przeżycie duchowe. Potrafił dotknąć tego, co mnie bolało. Był święty do granic mistycyzmu. Dokładnie pamiętam jego słowa. Żaliłem mu się i opowiadałem o swojej bezradności. A on wysłuchał mnie i powiedział, że też jest człowiekiem i też nie wszystko rozumie, ale skoro przyszedłem do spowiedzi, to dowód na to, że wierzę w Boga i Jego wszechmoc. I zapytał: „Zastanów się, dlaczego Bóg cię uwolnił? Po coś czy po nic? To jest dla ciebie znak. Pomagaj cierpiącym i poszkodowanym, dawaj świadectwo o tym, co widziałeś”.

Zacząłem się tłumaczyć, że jestem studentem, nie mam środków, możliwości, żadnego zawodu i zwyczajnie nie wiem, jak to robić. Na to on powiedział: „Nie narzekaj. Jak ludzie przyjdą, to ich nie odtrącaj”. Tak się zmieniło moje życie. Zaangażowałem się w działalność konspiracyjną.

Bał się pan?

Cholernie się bałem. Nogi się pode mną uginały. Tylko co z tego? Czy to był wystarczający powód, żeby nie pomagać? Z jednej strony nikt tego ode mnie nie oczekiwał. Wręcz przeciwnie, uważano mnie za ofiarę systemu i nikt nie miałby pretensji, jeżeli powiedziałbym: „Nie angażuję się. Swoje już przeszedłem”. Pomyślałem jednak, że jeżeli istnieje coś takiego jak przekleństwo złych uczynków, to pewnie istnieje też coś takiego, jak błogosławieństwo uczynków dobrych. Zdawałem sobie sprawę, że za działalność w konspiracji grozi kara śmierci. Ale starałem się o tym nie myśleć. Gdybym się karmił taką świadomością, to bym nigdy nic nie zrobił. A takich jak ja były tysiące. Wszyscy baliśmy się podobnie i wszyscy tę świadomość zagłuszaliśmy, pracując na rzecz wolności kraju.

Rozmawiamy w pokoju, w którym w 1989 roku rozpoczął urzędowanie Tadeusz Mazowiecki. Kiedy tu przyszedłem po raz pierwszy, Tadeusz powiedział do mnie: „Słuchaj, musisz objąć ambasadę w Wiedniu”. „A czy ja się na tym znam?” – zapytałem zaskoczony. On popatrzył na mnie z tym charakterystycznym dla siebie smutkiem i powiedział: „A czy ja się na tym znam?”.

Byłem przerażony, miałem kierować dużą placówką. Inny świat, inne reguły postępowania, inne miary. Pomyślałem sobie: W Oświęcimiu było gorzej.

Wróćmy jeszcze na chwilę do księdza Zieji. Czy dzień tamtej spowiedzi był początkiem kształtowania się wiary dojrzałej?

Dojrzałą świadomość tego, czym jest wiara i jak ją przeżywać, podbudowało spotkanie z Zofią Kossak-Szatkowską. Była to kobieta niezwykła, „boży szaleniec”. To ona popchnęła mnie w struktury państwa podziemnego. Myślę o niej często i gdzie mogę, powtarzam za Janem Karskim: Ja ją kochałem. W rozumieniu czystej ludzkiej więzi. Zofia była głęboko wierzącą osobą. Przypominam sobie nasze przypadkowe spotkanie w czasie Powstania Warszawskiego. Padamy sobie w objęcia. Mówiłem do niej ciociu, a ona do mnie po imieniu. Taką mieliśmy umowę. Pytam ją, gdzie Anna i Witold, jej nastoletnie dzieci. A ona na to, że na Starym Mieście. A tam przecież największe łuny i wybuchy. Zaniepokojony zapytałem więc: „Co się z nimi dzieje?”. Na co ona mówi: „Nie wiem, ale są pod dobrą opieką”. Cisza. Zgłupiałem. Na co ona, widząc moje zmieszanie, mówi: „Pod dobrą, Bożą opieką”. To była kobieta wielkiej wiary.

Jak pan postrzega naszą współczesność, gdy tyle się mówi o kryzysie wartości, także o kryzysie wiary?

Bardzo mnie martwi zdziczenie obyczajów. Usłyszałem niedawno, że w ciągu czterech pierwszych dni listopada zatrzymano ponad dwa tysiące pijanych kierowców. Nieprawdopodobne! Dwa tysiące potencjalnych sprawców i co najmniej dwa tysiące potencjalnych ofiar.

Martwi mnie również nienawiść jako motyw i metoda działania, która rozpowszechniła się w naszym życiu publicznym. Nie wiem, co będzie z wiarą. Nie wypowiadam się na tematy, na których się nie znam. Mogę tylko odwołać się do pewnego wspomnienia. Na początku lat 90. brałem udział w dyskusji w ramach Katholikentag w Berlinie. Jednym z panelistów był metropolita Paryża kardynał Jean-Marie Lustiger. Po części oficjalnej przyszedł czas na pytania z sali. Pierwsze z nich adresowane do Lustigera zostało zadane tonem lekko pretensjonalnym i brzmiało: „Panie kardynale, jak długo będzie pan nauczał w katedrze Notre-Dame, bo tam podobno pustki i już nikt nie przychodzi?”. Na co Lustiger grzecznie odpowiedział: „Owszem, ludzi jest mniej, niż bym pragnął, ale dopóki choć jedna osoba będzie przychodzić, nie przestanę nauczać”. „A dlaczego?” – pada pytanie z sali. Na co Lustiger mówi: „Bo chrześcijaństwo zaczęło się od dwunastu”.

Jestem przekonany, że po tej chwilowej modzie na życie bez Boga przyjdzie tęsknota za wartościami. Ludzie są spragnieni autentyzmu i świadectwa życia. Nie chcą udawania.

Mówi się też o kryzysie autorytetów.

Moi rodzice powtarzali, że oni walczyli o Polskę, wywalczyli niepodległość, zbudowali Drugą Rzeczpospolitą, a my co? W głowie tylko kino i sport. Powszechne było biadolenie na brak autorytetów. I co się okazało? Wyrosło z nas pokolenie batalionów „Zośki” i „Parasola”, składających się w dużej mierze z uczniów warszawskich liceów Batorego i Stanisława Kostki. To byli moi koledzy. Znałem ich. Do dziś wspominamy ich bohaterstwo i odwagę. Mówię o tym, mając świadomość, że w każdym pokoleniu pada pytanie o to, kto jest autorytetem. One objawiają się po czasie.

Jesteśmy oczywiście przetrąceni przez czasy komuny, która zdemoralizowała społeczeństwo na długie lata. To był ustrój, który za uległość, donosicielstwo, służalczość i niewychylanie się z szeregu dawał premie i nagrody. I to nam zostało wszczepione. Być może czeka nas jeszcze wiele rozczarowań i musi odejść kilka pokoleń, żebyśmy stali się krajem wolnym od tego dziedzictwa. Ważne, żeby tego doświadczenia półwiecznego oporu i otrzymanej wolności nie zmarnować.

Wierzy pan, że to się kiedyś uda?

Zapytano mnie w latach 90., gdy pełniłem funkcję ambasadora Polski w Wiedniu, kiedy Polska będzie normalnym krajem. Powiedziałem wówczas tak: Jeżeli ktoś ulegnie wypadkowi na nartach i połamie sobie kości, przez wiele tygodni będzie leżał w gipsie, a potem czeka go długa rehabilitacja. I nawet, jeśli wróci już do swojego biurka w pracy, skutki tego wypadku będzie odczuwał jeszcze przez długie miesiące. A co dopiero powiedzieć o czterdziestu pięciu latach planowego łamania sumień i prania mózgów? Głowy nie da się tak łatwo wyleczyć jak kości.

Czy była w pana życiu taka chwila, taki dzień, kiedy stracił pan zupełnie nadzieję?

Nie. Kiedy siedzieliśmy po wojnie w więzieniu, mówiłem moim współtowarzyszom niedoli: „My siedzimy tu, ale są tacy, którzy siedzą na Kołymie”. Nigdy nie jest tak źle, aby nie mogło być gorzej. Przypomina się fraszka Stanisława Jerzego Leca, bardzo inteligentnego lwowskiego Żyda: „Kiedy znalazłem się na dnie, usłyszałem pukanie od spodu”. Proste, ale jakie mądre.

W pana wspomnieniach często pojawia się wątek miłości, która wyraża się w prostych codziennych gestach.

Odkąd przeszedłem przez piekło obozu, zdałem sobie sprawę, że skoro dane mi było przeżyć, to mam obowiązek pomagać innym. To jest wyraz miłości.

Zapytano mnie kiedyś w Jerozolimie podczas jednej z konferencji, czy uważam, że Polacy zrobili „dość” wobec zagłady Żydów. Powiedziałem, że jeżeli obcuje się z piekłem, a tym była wojna, to „dość” znaczy oddać życie za drugiego. Jeśli więc ktoś życia nie oddał, to nie zrobił „dość”. Ale znam wielu, którzy zrobili dużo. Poza tym, myślę, że nie nam, ludziom, wyrokować, kto ile zrobił – od tego jest Pan Bóg. Ze swej strony nie wymagam od nikogo, żeby robił więcej niż minimum, o którym mówi przykazanie miłości bliźniego: nie szkodzić człowiekowi i pomóc mu, na ile się potrafi.

Czy po tym wszystkim, co pan przeżył, może pan powiedzieć, że pana życie było piękne?

Zdaję sobie sprawę, że popełniłem szereg błędów i grzechów w życiu osobistym. W życiu publicznym do poważniejszych przewinień się nie poczuwam. Nie miałem życia świętego, chyba że za normę weźmiemy świętego Augustyna.

Gdybym się ponownie narodził, z pewnością robiłbym mniej więcej to samo. Jestem niezwykle zadowolony z ogromu dobra, które otrzymałem, i Bożej opieki, która towarzyszyła mi całe życie. To mnie uchroniło od popełnienia większych głupot. Mam się nieźle. Cieszę się dobrym zdrowiem. Dzięki Bogu, unikam lekarzy.

Dziękuję też Bogu za to, że dał mi wrażliwość w dostrzeganiu zawiłości życia. To mnie wzbogaca i pozwala łatwiej żyć. Jeżeli mogę tak powiedzieć, to myślę, że w życiu los mi sprzyjał. Gdy pierwszy raz trafiłem do obozu, mój organizm nie wytrzymał rygoru, mrozu i głodu. Umieszczono mnie w izbie chorych, gdzie nieprzytomny przeleżałem pierwszych kilkanaście dni. Jak przez mgłę pamiętam rozmowę dwóch lekarzy, którzy dyskutowali, czy przyjąć mnie do szpitala, czy też nie. A „nie” oznaczało wyrok śmierci. Jeden zapytał mnie, kim jestem. Mówiłem, że nikim, studentem. Na co tamten powiedział do swojego kolegi: przyjmijmy go, może przeżyje i opowie, co tu się wydarzyło.

Drugi raz po wyjściu z komunistycznego więzienia zagrałem na loterii i wygrałem zawrotną sumę 3700 złotych, za którą sprawiłem sobie ubranie. Miałem jedno, i to dziurawe. Wtedy pomyślałem, że nie będę marnotrawił takiego powodzenia, i więcej nie grałem.

A jakie ma pan plany na najbliższe lata?

Chcę wydać trzy książki. W tym roku wyjdą dwie. W przyszłym roku na wiosnę kolejna.

Mam już szczegółowy plan książki, w której opiszę kilkadziesiąt osób, które miałem przyjemność poznać w czasie mojego życia.

Oprócz tego Marek Zając, którego bardzo lubię, pisze moją biografię. Ma już napisane wieleset stron. Wydawcy go naciskają. A ja mu mówię: „Marku, ja cię rozgrzeszam. Wykręcaj się. Jak poczekasz chwilę, to już mnie nie będzie i będziesz miał finał całej historii!”.

A jak któregoś dnia stwierdzę, że nie pamiętam, jak się nazywam i gdzie mieszkam, to najpierw zajrzę do dowodu osobistego, a potem złożę dymisję premierowi. 


prof. Władysław Bartoszewski - 1922-2015, pisarz, historyk, dyplomata. Więzień Oświęcimia w latach 1940-1941, żołnierz AK w latach 1942-1945, uczestnik Powstania Warszawskiego. Współzałożyciel i członek Rady Pomocy Żydom "Żegota". Więziony w latach 1946-1948 i 1948-1954. Był współpracownikiem i członkiem zespołu "Tygodnika Powszechnego". Wykładał najnowszą historię Polski na KUL oraz nauki polityczne na uniwersytetach w Republice Federalnej Niemiec. Ambasador Polski w Wiedniu w latach 1990-1995. Minister spraw zagranicznych w 1995 i 2001 roku. Od 2007 roku był pełnomocnikiem prezesa Rady Ministrów ds. dialogu międzynarodowego. Obywatel honorowy państwa Izrael, obywatel honorowy miasta Warszawy. Autor setek artykułów o losach ludzi w czasie II wojny światowej i kilkudziesięciu książek, m.in.: "Warszawski pierścień śmierci 1939-1944", "Ten jest z Ojczyzny mojej...", "1859 dni Warszawy", "Polacy z pomocą Żydom 1939-1945". Wydawnictwo "W drodze" wydało jego książkę "Warto być przyzwoitym". (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

ŻYCIE PRZYZWOITE

TAKI MI SIĘ TRAFIŁ FACH, ŻYCIE W DRODZE

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

Czego nauczył mnie Ridley Scott?


komentarze



Facebook