JUTRO NIE NADEJDZIE KONIEC
Póki nie nastąpi w Polsce koniec chrześcijańskiego świata, musimy zrobić wszystko, co możliwe, by imię Jezusa było tu wzywane. Wierność Chrystusowi będzie zmuszała jednak do ponoszenia ofiar i płacenia konkretnej ceny. Nie sprostają takiej sytuacji letni chrześcijanie.

KOŚCIÓŁ ODKUPICIELA W MIEJSCOWOŚCI ANI (TURCJA). Z MIASTA NAZYWANEGO NIEGDYŚ MIASTEM 1001 KOŚCIOŁÓW ZOSTAŁY DZIŚ TYLKO RUINY. FOT. JANE SWEENEY / CORBIS


W piątek 21 grudnia 2012 roku według kalendarza Majów miał się skończyć świat. Jedni czekali na ten dzień z obawą, inni wykorzystywali proroctwo do tworzenia przekazów marketingowych, a jeszcze inni podchodzili do niego z humorem, o czym świadczy wielka liczba bardziej lub mniej udanych dowcipów czy internetowych memów. Na ten dzień wyznaczyłem moim braciom dyżury w konfesjonale. Nauczony doświadczeniem lat ubiegłych, gdy przed Bożym Narodzeniem trzeba było spowiadać chętnych do godziny dwudziestej drugiej, uruchomiłem wszystkie konfesjonały w naszej bazylice. Moi bracia wyszli z nich kilka minut po dwudziestej. Koniec świata – pomyślałem odruchowo.

Tendencja

Podobną sytuację mieliśmy w następnych dniach. Ten fakt w połączeniu z wieściami dochodzącymi z innych dominikańskich klasztorów, gdzie nasi bracia również szybciej kończyli spowiadanie, nie pozostawiał wątpliwości, że mamy do czynienia z odchodzeniem od praktyki przedświątecznej spowiedzi. Do tej pory informacje o spadku liczby ludzi obecnych na mszach świętych i przystępujących do sakramentu pojednania nie dotyczyły naszych kościołów. Wręcz przeciwnie, w ostatnich latach liczba wiernych odwiedzających naszą krakowską bazylikę wzrastała. W dominikańskim duszpasterstwie spadała co prawda liczba zamawianych mszy świętych, listopadowych wypominków czy osób przyjmujących księdza po kolędzie, ale bardziej niepokojące wydawały się wypowiedzi członków naszych rodzin, przyjaciół czy znajomych odwiedzających klasztor. Dziwili się, że w naszym kościele mamy tyle młodzieży, bo – jak mówili – w innych kościołach dominują osoby starsze.

Dwadzieścia kilka lat temu, w pierwszych latach mojego kapłaństwa, spowiedzi było nie tylko więcej, ale miały one inny charakter. Częściej pojawiały się wtedy osoby, z którymi trzeba było długo rozmawiać na temat ich wiary, rozwiewać wątpliwości, uzasadniać czy spierać się o sens poszczególnych przykazań albo walczyć o ich nawrócenie. W miarę upływu lat ludzie wątpiący i poszukujący, krążący po pograniczach wiary i niewiary zaczęli znikać. Dziś już raczej nie szukają pomocy u spowiednika. Pogodzili się ze swoim statusem kościelnych autsajderów lub dokonali praktycznej czy formalnej apostazji. Oczywiście przychodzą jeszcze do konfesjonału penitenci mający wiele wątpliwości czy buntu, którzy przygotowują się do sakramentów i potrzebują karteczki od spowiedzi. Ich relacja do Boga i Kościoła jest jednak naznaczona formalizmem i koniecznością spełnienia narzuconego obowiązku, a nie szukaniem prawdy czy wadzeniem się z Bogiem. Natomiast ci, którzy pragną odpuszczenia grzechów i autentycznego pojednania z Bogiem, znacznie rzadziej podważają nauczanie Kościoła na temat tego czy innego grzechu.

Relacje innych spowiedników potwierdzają moje wrażenie, że w społeczeństwie rośnie grupa ludzi, którzy nie korzystają ze spowiedzi, a maleje liczba tych, którzy potrafią wykorzystać łaskę tego sakramentu. Obawiam się jednocześnie, że ta intuicyjna statystyka nie dotyczy tylko spowiedzi i poczucia grzechu, ale wskazuje na szerszy i głębszy problem polskiego Kościoła.

Dwie dekady

Czy zatem mamy do czynienia z końcem świata wiary? Czy spełnią się zapowiedzi tych, którzy wieszczyli już około 1989 roku, że kościoły w Polsce wkrótce opustoszeją? Wówczas proroctwa się nie spełniły, ale nie da się dziś zapewnić, że były fałszywe. Raczej nie straciły aktualności, choć ich spełnienie zostało odsunięte w czasie. Obserwując to, co się dzieje, można przypuszczać, że proces ten przebiega wolniej, niż zakładali pesymiści, ale konsekwentniej, niż przewidywali optymiści.

Ludzie, którzy chodzili do kościoła przed upadkiem komuny, którzy urodzili się i wychowali jeszcze przed II wojną światową, w czasie jej trwania lub za czasów komunizmu, pozostali w przeważającej mierze wierni odziedziczonej wierze. Obawiam się jednak, że nie potrafili przenieść swojej wiary przez cezurę upadku komunizmu i przekazać jej następnemu pokoleniu. Można się zatem spodziewać, że proces, o którym piszę, będzie się nasilał wraz z nieuniknioną zmianą demograficzną. Umierać będą pokolenia ludzi praktykujących, a te, które idą za nimi, już nie wypełnią świątyń. Kościoły będą coraz bardziej puste, w konsekwencji zmniejszać się będzie liczba niedzielnych mszy świętych. Następnym etapem może być zamykanie kościołów, łączenie parafii, marginalizacja katolicyzmu. Oby moje kasandryczne przepowiednie okazały się fałszywe, ale jeśli tempo zmian się utrzyma, to za dwadzieścia kilka lat będzie można już powiedzieć, że katolicka Polska należy do przeszłości. Nie znaczy to, że w Polsce nie będzie sporej grupy katolików, ale kraj będzie przypominać dzisiejszą Hiszpanię czy Belgię.

Koniec świata wiary, w jakim się urodziłem, nie ma postaci kataklizmu. Nie nastąpił i nie nastąpi nagle. Skoro jednak dostrzegam spadek liczby osób, które przyznają się do tradycyjnej wiary, warto zauważyć, że przemiany polskiej religijności nie są oderwane od innych aspektów życia. Chciałbym się przyjrzeć, jak zmieniła się przez minione dwie dekady otaczająca nas rzeczywistość. Obserwacja tego procesu prowokuje pytanie, dlaczego my, chrześcijanie, nie potrafimy go powstrzymać, choć od dawna dokładnie znamy zagrożenia. Czyżby usypiała nas nadmierna pewność siebie i mantra o Kościele, który przetrwał dwa totalitaryzmy?

Koniec świata dwubiegunowego

Nie pamiętam ani czasów Gomułki, ani początkowego Gierka, ani tym bardziej stalinowskiego terroru. Nie pamiętam ani małej stabilizacji, ani początków propagandy sukcesu. Przypominam sobie za to czas, gdy otaczała nas zgrzebna rzeczywistość komunistycznego państwa. Socjalistyczna gospodarka niezdolna była zapewnić swoim obywatelom podstawowych produktów, aspiracje wolnościowe były dławione za pomocą sowieckiego straszaka lub milicyjno-wojskowej przemocy. Prawie nikt już się nie silił na przekonanie Polaków, że istnieją jakieś wyższe racje, uzasadniające rządy PZPR-u. Jedyną racją tej partii była geopolityka i radzieckie czołgi. Takie otoczenie prowokowało do buntu, do przeciwstawienia się dominacji komunistycznych kacyków i konformistycznych, bezideowych karierowiczów. Bunt pchał ludzi do samorozwoju, do szukania autentycznych wartości, tworzenia przestrzeni wolnej od propagandowego zakłamania. Drogą do wolności nie były tylko działalność opozycyjna i aktywne przeciwstawianie się totalności ówczesnego systemu. Szare otoczenie sprzyjało szukaniu wolności życia wewnętrznego – intelektualnego i duchowego. Droga wiary proponowana przez Kościół była w ówczesnym świecie prawie jedyną sensowną alternatywą dla życia państwowego. Stąd autorytet Kościoła i jego znaczenie, które najpełniej dały o sobie znać w latach 80. XX wieku.

Sytuacja zmieniła się radykalnie po 1989 roku, gdy urealnione zostało życie polityczne, gospodarcze i kulturalne. Każdy mógł założyć partię polityczną, zarabiać prawdziwe pieniądze, wydrukować dowolną książkę, a filmy i płyty miały swoje premiery jednocześnie w Nowym Jorku, Londynie i Warszawie. W tak zmienionym świecie droga wiary przestała dominować i pociągać, a dla wielu ludzi Kościół nie był już niezbędny do funkcjonowania społeczeństwa. Chrześcijaństwo stało się z dnia na dzień jedną z propozycji, która pozwalała szukać sensu życia. Co gorsza, to, że część hierarchii miała poczucie, iż nadszedł czas spłacania rachunków za służbę Kościoła narodowi w okresie komunistycznego zniewolenia, i domagała się wdzięczności oraz przywilejów, rozpoczęło proces korozji autorytetu. Samobójczy pomysł wkomponowania lekcji religii w coraz mniej wydolny system edukacji publicznej i oderwanie ich od naturalnego środowiska sakramentalnego spowodował, że w oczach młodych ludzi katolicyzm został zredukowany do jednego z przedmiotów szkolnych, i to w dodatku najmniej istotnych dla ich przyszłego życia. Owoce decyzji z 1990 roku zbieramy dzisiaj. O ile w czasach zależności od Związku Sowieckiego praktykowanie chrześcijaństwa miało smak buntu i kontestacji wobec struktur państwa i oficjalnej ideologii, to w wolnej Polsce katolicki koloryt szkoły, państwowych uroczystości i rocznic zaczął się kojarzyć młodym ludziom z oficjalną nudą. Na tym tle jedyną odskocznią były pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, które dawały złudne poczucie, że wyrasta pokolenie JP2. Z perspektywy czasu okazały się one jednak listkiem figowym przykrywającym nieadekwatność propozycji Kościoła.

Trzeba też zauważyć, że obraz Kościoła w oczach społeczeństwa systematycznie psuła partyjna nomenklatura, która uwłaszczając majątek narodowy przed upadkiem komuny, dysponowała potężnymi zasobami finansowymi. Partyjni aparatczycy ubrani w kapitalistyczne garnitury potrafili doskonale wykorzystać odzyskaną wolność słowa i na wolnym rynku rozwinąć antyklerykalną propagandę. Jej symbolem stał się tygodnik „NIE”, bezlitośnie opisujący każde potknięcie czy śmieszność ludzi Kościoła i z radością punktujący realne grzechy i słabości księży i zakonników.

Powierzchowność

Przez minione dwadzieścia lat zmienił się również klimat intelektualny. Lata 80. XX wieku były okresem rozwoju czytelnictwa. Oficjalnie wydawane książki i drugi obieg sprawiały, że modne było czytanie. Modna była znajomość klasyki literatury światowej oraz kontakt z najnowszymi tytułami polskich autorów wydawanymi w podziemiu lub na emigracji. Podczas spotkań z rówieśnikami z zachodniej Europy polscy uczniowie czy studenci odkrywali, że są ekspertami od historii. Literackie, historyczne czy ideowe inspiracje czerpane z książek zbójeckich uczyły samodzielnego myślenia. Modne było hasło, sformułowane przez Zbigniewa Herberta w jednym z wywiadów, mówiące, że „płynie się zawsze do źródeł, pod prąd. Z prądem płyną śmieci”. Taki klimat niejednokrotnie przygotowywał do spotkania z religią Księgi, a kultura stanowiła dla wielu osób przedsionek do przyjęcia chrześcijańskiego przesłania zawartego w słowie mówionym lub drukowanym.

Tymczasem dzisiejsze doniesienia mówią, że 61 proc. Polaków nie przeczytało w 2012 roku żadnej książki. Dziesięć lat wcześniej takich ludzi było o 20 proc. mniej. Jeśli do tego dodamy, że 34 proc. ludzi z wyższym wykształceniem nie czyta książek, a na liście bestsellerów minionego roku, czyli książek najczęściej czytanych, znajdują się w większości półpornograficzne pozycje spod znaku Christiana Greya lub romantyczno-kuchenne produkcyjniaki w stylu Grocholi czy Kalicińskiej, to okaże się, że procent ludzi mających kontakt z literaturą zmuszającą do myślenia jest znikomy. Co zatem Polacy czytają? Kolorowe magazyny, w których sporo jest obrazków, a artykułów dłuższych niż trzystronicowe jak na lekarstwo. Ich treść jest bezwstydnie egocentryczna. „Men’s Health” dla niego, „Cosmopolitan” dla niej, „Logo” dla dużych chłopców, „Smart” dla dużych dziewczynek. Dowiemy się z nich, jak być zdrowym i seksownym, modnym i bogatym. Jeśli dodamy do tego zalew tytułów i portali plotkarskich, to i tak nie będzie to jeszcze koniec opisu łatwizny i jałowości.

Coraz częściej i głośniej mówi się, że kończy się świat dziennikarskiego obiektywizmu. Twórcy programów informacyjnych już nie udają nawet, że starają się przekazywać prawdę, tylko spełniają oczekiwania publiczności. A widownia lubi jasne i ostre sformułowania, zderzenie kontrowersyjnych osobowości. Podobno w Europie Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych spada oglądalność tych stacji, które starają się być wierne klasycznym standardom. W Polsce wystarczy obejrzeć „Wiadomości” TVP, „Fakty” TVN czy „Wydarzenia” Polsatu, by się przekonać, że bardziej przypominają swoją formą i treścią rozrywkowe show czy teledyski, niż stanowią poważną analizę otaczającego nas świata. Czasem słyszy się, że ludzkość się cofa i kultura słowa ustępuje przekazowi obrazkowemu. To prawda, ale od fotografów i fotoedytorów słyszymy, że fotografia prasowa schodzi na psy za sprawą fotografii cyfrowej. Kiedyś poważna gazeta za punkt honoru miała ilustrowanie tekstu dobrymi zdjęciami zawodowych fotoreporterów. Dziś często wystarczy amatorskie zdjęcie zrobione telefonem komórkowym, zaledwie podrasowane w komputerowej postprodukcji. Nie opłaca się inwestować w drogi sprzęt czy polować na fachowe ujęcia. Ceny fotografii prasowej spadają tak drastycznie, że fotografowie nie są w stanie wyżyć z własnej pracy.

Jeszcze innym znakiem zaniku poważnego myślenia jest mizeria polskiej szkoły. Za sprawą opisanych wyżej procesów oraz kolejnych reform edukacyjnych uczniowie reprezentują coraz niższy poziom. Nauczyciele akademiccy coraz bardziej narzekają na przygotowanie maturzystów do rozpoczęcia studiów wyższych. Twierdzą, że są zmuszeni do uzupełniania podstaw, bez których niemożliwe jest prowadzenie zajęć. Nie powinno to specjalnie dziwić, skoro absolwentem liceum staje się dzięki umiejętności zdawania maturalnych testów, a wykształcenie ogólnokształcące można wstawić między bajki. Jak mówi raport Biblioteki Narodowej na temat czytelnictwa w Polsce, „ludzie formalnie wysoko wykształceni w sensie kulturowym już niekoniecznie są inteligentami”.

Presja ogółu

Konsekwencją spłycenia przekazu medialnego i jego masowości wyznaczanej słupkami oglądalności czy wysokością nakładów prasowych jest niezamierzona uniformizacja. Jest ona oczywiście inna niż ta, której doświadczyliśmy za czasów sowieckich, gdy chodziliśmy w takich samych butach i kurtkach, bo ich masowa produkcja sprawiała, że nie było innych. Paradoksalnie sowiecka urawniłowka prowokowała do szukania własnego stylu, podkreślania indywidualizmu poprzez kultywowanie odmiennego stylu myślenia i zachowania. Pielęgnowanie swojej odrębności miało smak buntu przeciwko systemowi, który wszystko chciał ustawić pod sznurek. Teraz nasze ulice są bardziej kolorowe, stroje zróżnicowane, a wybór oferowany przez sklepy ogromny. Firmy konkurują ze sobą, ale ich oferta różni się najczęściej kształtem logo i nazwą, produkty są bowiem do siebie bliźniaczo podobne. Konkurencja patrzy sobie na ręce i to, co wymyśli jeden producent, natychmiast znajduje się w ofercie innego. Styliści w świecie mody dokładnie powiedzą celebrytom, w co mają się ubrać, określą, co jest modne, co niemodne, a ich bezmyślni naśladowcy będą wiedzieli, co się im podoba, a co nie. Podobnie jest w świecie produktów spożywczych, farmaceutycznych czy elektronicznych. Każdy zapewnia, że jego produkt jest najlepszy, ale trzeba często fachowca, by zauważyć różnice, nie patrząc na metki. Pomimo zróżnicowania poglądów i wizji świata następuje zatracenie indywidualizmu i samodzielnego myślenia. Do głosu dochodzi medialny walec, który kształtuje widzenie świata. Ludzie, komentując czy odnosząc się do różnych zjawisk, coraz częściej nie mówią swoim głosem, ale cytują wypowiedzi, którymi nasiąknęli, korzystając z takiego czy innego medium. Zachowane zostały, a nawet pogłębione, podziały partyjne, ale i na tej płaszczyźnie rzadkim ptakiem jest ktoś, kto potrafi ważyć wypowiedzi i deklaracje, szukać prawdy, a nie partyjnych racji. Najczęściej wystarczy wypowiedzieć dwa zdania, odpowiedzieć na dwa pytania, by zostać zakwalifikowanym do przegródek z napisami: prawica – lewica, konserwatysta – liberał, nowoczesny – staroświecki.

Coraz większą rolę odgrywa anonimowa opinia publiczna, która z jednej strony jest kształtowana przez media, a z drugiej strony media się w nią wsłuchują, by odpowiedzieć na jej zapotrzebowanie i zyskać popularność. Opinia publiczna nie potrzebuje fachowców, ale osobowości medialnych, które potrafią wypowiedzieć się na każdy temat i wyczerpać go w trzech zdaniach, czarując widzów i przyciągając ich przed ekrany. Nie jest ważne, czy ktoś mówi prawdę czy plecie androny. Istotne, żeby było efektownie, szybko, wyraziście. Ludzie mądrzy, widzący złożoność świata, niechętni łatwym sądom i rozstrzygnięciom, posługujący się składnią koniunktywu, nie są w cenie. Mówią za trudno, za długo, stawiają za dużo pytań, pozostawiają zbyt wiele wątpliwości. Coraz częściej koronnym argumentem nie jest dowód czy wykazanie jakiejś racji w oparciu o przedstawione fakty, ale stwierdzenie, że wszyscy tak robią, że większość tak uważa, że tu czy tam tak ludzie żyją. Najczęściej wskazuje się wtedy na wysoko rozwinięte kraje Zachodu czy Stany Zjednoczone. To, czy styl życia jest tam dobry czy zły, czy coś przynosi dobre czy złe owoce, ma drugorzędne znaczenie. Ważne, że tak postępują w cywilizowanym świecie. Propagatorom wpatrzonym w nowoczesny świat nie przeszkadza, że zachodnia Europa jest schyłkową formą cywilizacji, która już dawno zatraciła swoją dynamikę i nie ma nic ciekawego do zaproponowania. Ogranicza się jedynie do jałowej egzystencji, by wegetować jak najmniejszym kosztem i w jak najprzyjemniejszy sposób. Reszta świata coraz bardziej odwraca się od starego kontynentu, traktując go jako zabytek, który miło odwiedzić, ale którym nie trzeba się przejmować.

Odnajdywanie się w odchodzącym świecie

Jak na tym tle wygląda polski Kościół? Od dwudziestu lat nie zmienił swoich metod, ciągle opiera się na przekonaniach i stylu duszpasterstwa rodem z minionego świata. Choć skończył się świat dwubiegunowy i rozproszeniu uległy preferencje i łatwe oceny, to spora część hierarchii ciągle szuka wroga niszczącego Kościół i jego podstępnymi działaniami tłumaczy sobie wszystkie niepowodzenia. Bez względu na to, czy będą to postkomuniści, wolny rynek, liberałowie, feministki, Platforma Obywatelska czy partia Palikota, istotne jest, że nie my, katolicy, ponosimy odpowiedzialność za sytuację, tylko wróg, któremu trzeba się przeciwstawiać, jak komunie za PRL-u. Skoro skończył się świat pogłębionego myślenia i ludzkie poglądy kształtowane są przez telewizję i internet, to będziemy potępiać obcy kapitał i wrogie partie, bo one zdominowały media. Będziemy jednocześnie odwoływać się do zdrowej części narodu, tego uśpionego olbrzyma, który wie, co dobre, bo polskie, i co święte, bo katolickie. Tymczasem mitycznej większości, owej zdrowej części narodu już nie ma, a ludzi utożsamiających się z nauczaniem Kościoła jest coraz mniej. Wychowanych w poprzedniej epoce będzie ubywać, a urodzonych w świecie, w którym Kościół nigdy nie był punktem odniesienia, będzie coraz więcej. Biskupi powinni zauważyć tę tendencję już na początku lat 90. XX wieku, gdy wybory wygrywała lewica, pomimo poparcia udzielanego w kościołach Wyborczej Akcji Katolickiej. Skoro o społecznym poparciu decyduje medialna popularność, to nie ma co liczyć, by głoszone prawdy wypływające z Ewangelii czy moralności katolickiej zyskiwały społeczną popularność. Nie da się zadekretować moralności sejmowymi uchwałami ani nie da się wymusić respektowania dekalogu urzędowymi działaniami. Do trudnych prawd wiary nie da się przekonać szybko w świecie szalejącego egocentryzmu.

Czy zatem istnieje inna forma funkcjonowania Kościoła i głoszenia Ewangelii, skoro dotychczasowy świat, z którego pochodzimy, w którym wyrastaliśmy, który przez wieki kształtował oblicze polskiego katolicyzmu, odchodzi w przeszłość? Taki sposób życia wiarą istnieje i im szybciej go zauważymy, im szybciej zapomnimy o tym, co za nami, a wytężymy siły ku temu, co przed nami, tym więcej ludzi uda się nam pozyskać dla Chrystusa. Strojenie głowy w uwiędły laurów liść jest nie tylko taktyką nieskuteczną. Jest drogą samobójczą.

Realizm

Początkiem życia duchowego jest życie w prawdzie – pisał Tomasz Merton, mając na myśli indywidualną drogę człowieka. Zdanie to odnosi się również do wspólnoty Kościoła. Im szybciej zobaczymy jako społeczność ludzi wierzących świat, który nas otacza, w jego realnym kształcie, poznamy jego blaski i cienie, szanse i zagrożenia, tym łatwiej się w nim odnajdziemy.

Punktem wyjścia urealniania naszego spojrzenia uczyniłbym rezygnację z przekonania, że żyjemy w świecie chrześcijańskim. Owszem, kultura europejska pełna jest zabytków i dzieł sztuki, utworów literackich i muzycznych, których nie sposób zrozumieć bez chrześcijaństwa, ale trzeba się pogodzić z tym, że należą one do przeszłości. Co prawda jeszcze niedawno mogliśmy toczyć boje o odwołanie do Boga w preambule konstytucji czy odwołanie do korzeni chrześcijańskich w dokumentach Unii Europejskiej, ale była to walka o zapisy formalne, bez znaczenia dla kształtu kultury czy polityki. Prawda jest taka, że na naszym kontynencie przeważa coraz bardziej kultura nie tylko niechrześcijańska, ale jawnie wroga chrześcijaństwu, wręcz chrystofobiczna. Korzysta ona bezwstydnie z tradycji objawienia i wiele swoich wartości funduje na przesłaniu płynącym z Biblii, ale czyni to albo nieświadomie, albo w sposób czysto instrumentalny. Europejczyk czuje się panem świata i autonomicznym podmiotem określającym, co dobre, a co złe, z czego chce korzystać, a co chce odrzucić. Uniwersalia, czyli prawda, piękno i dobro, nie są dla niego wartościami, które się odkrywa i do których się dorasta, ale pewną konwencją przyjętą przez większość, która dziś jest taka, a jutro może być zupełnie inna.

Dowolność w określaniu wartości etycznych idzie w parze z ignorancją w kwestiach tradycji. Wkrótce będziemy mieli w Polsce do czynienia z taką sytuacją jak w krajach Europy Zachodniej, że studentom historii sztuki trzeba tłumaczyć, kim jest pani z dzieckiem na średniowiecznych, renesansowych czy barokowych obrazach, a studentom literatury cytować ewangeliczne przypowieści, by zrozumieli sens utworów, których autorzy nawiązują do Biblii. Trzeba szybko się pogodzić z tym, że tradycja nie wspiera już ewangelizacji, że głosząc dobrą nowinę, nie budujemy już na wielowiekowym fundamencie kultury europejskiej, ale przemawiamy do neopogan. Jednym słowem, tradycja i kultura przestały być sprzymierzeńcem chrześcijaństwa. Oczywiście warto chronić i podtrzymywać wartości chrześcijańskie, które zakorzeniły się w Polakach, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że nie mają one w odbiorze społecznym jednoznacznie pozytywnej konotacji. Dla młodych ludzi Kościół jest starą i niezrozumiałą instytucją, narzucającą swoje mniemania i roszczącą sobie prawo do decydowania o cudzym życiu. Na marginesie warto odnotować, że żywej wiary nie dziedziczy się, bo jest łaską. Każdy człowiek wychowany w wierze czy wchodzący na drogę wiary prędzej czy później stanie wobec wyboru: żywa więź z Jezusem Chrystusem, czyli osobiste nawrócenie, albo „trwanie w wierze ojców”, czyli wierność wartościom chrześcijańskim. Zgoda na tę drugą możliwość w nowym świecie okaże się bardzo szybko budowaniem domu na piasku.

Konsekwencją życia w zmienionym świecie będzie między innymi przemyślenie struktury Kościoła. Szybko bowiem może się okazać, że obecny system diecezji i parafii, klasztorów i instytucji katolickich jest nieadekwatny do wymagań rzeczywistości. Zmiany, podobnie jak na Zachodzie, zostaną wymuszone demografią i ekonomią. Jeszcze mamy szansę odważnie zmienić strukturę Kościoła, wysuwając na pierwsze miejsce apostolstwo i duszpasterstwo, sprowadzając do roli służebnej instytucje i dobra materialne. Jeśli nie zdecydujemy się na rozwój, będziemy musieli walczyć o przetrwanie. Jednak obrona stanu posiadania będzie oznaczała stopniowe wycofanie się z coraz większych obszarów życia i rezygnację z coraz większej liczby dotychczasowych dzieł.

Bardziej prowadzić niż pouczać

Wobec zalewu powierzchowności myślenia i jałowości kultury chrześcijaństwo nie ma innego wyjścia, jak odwoływać się do najgłębszej struktury rzeczywistości, to znaczy do absolutu Boga i prawdy zawartej w stworzeniu. Praca nad wiarą nie oznacza tylko głoszenia Jezusa tym, którzy Go nie znają. Czymś pierwotnym jest taka formacja katolików, by osobista więź z Bogiem, budowanie życia w oparciu o słowo Boże czy posłuszeństwo natchnieniom Ducha Świętego było ich codziennością, a nie abstrakcyjnymi formułami. W świecie, w którym żyjemy, wiara odziedziczona czy tradycja chrześcijańska są za słabe, by uzasadnić życiowe wybory i decyzje. Świat, który nas otacza, domaga się nieustannie uzasadnienia tej nadziei, która jest w nas. Tego potwierdzenia potrzebują w pierwszym rzędzie ludzie, którzy kroczą drogami wiary. Dla tożsamości chrześcijanina na pewno nie wystarczy ogólne przekonanie, że jestem dobrym człowiekiem, z życzliwością odnoszę się do bliźnich i chodzę w niedzielę do Kościoła.

Akcentowanie powołania do świętości i głębokiej formacji wymusza na pasterzach Kościoła szukanie takich form duszpasterstwa, które nie będą dbały o zapełnienie kościołów czy zorganizowanie spektakularnych mszy i nabożeństw, ale będą systematyczną pracą intelektualną i duchową z małymi grupami ludzi, a nawet pojedynczymi osobami. W tym kontekście niepokojem musi napawać dystansowanie się księży od ruchów i wspólnot, bez względu na to, czy będzie to neokatechumenat, Odnowa w Duchu Świętym czy jakakolwiek inna forma. Niestety, bywa i tak, że księża zaangażowani w etatową katechizację dzieci i młodzieży nie mają sił i czasu nawet dla parafialnych grup formacyjnych i traktują je po macoszemu. Nie napawa optymizmem i to, że propozycje pastoralne skupiają się raczej na kolejnych peregrynacjach obrazów, celebracji rocznic i kulcie relikwii. Jeśli dodamy do tego, że rzadkim ptakiem jest ksiądz gotowy podjąć się indywidualnego prowadzenia człowieka w spowiedzi, a kierownik duchowy jest towarem deficytowym, to przyszłość Kościoła rysuje się w ciemnych barwach. Niestety, formacja w seminariach raczej nie przygotowuje do ewangelizacji, duchowego prowadzenia ludzi i bycia z nimi w codziennych doświadczeniach, ale do pouczania i zarządzania ludzkimi zasobami. Jeśli zatem seminaria duchowne nie staną się miejscami nawrócenia i żywej modlitwy, a wychodzący z nich kapłani nie będą świadkami, że doświadczyli mocy Boga, to duchowieństwo będzie mnożyć listy i komunikaty, sympozja i synody, powstanie jeszcze kilka raportów o stanie wiary i parę książek teologicznych. Pożytek z nich będzie żaden. Wierni będą odchodzić od Kościoła.

Chrześcijaństwo letnie, rytualne, oparte na tradycji, pozbawione intelektualnego fermentu i duchowego fundamentu wiary skazane jest na zejście z areny dziejów i zamieszkanie w mrokach historii.

Odwaga bycia chrześcijaninem

Tam, gdzie panuje dyktat większości, posiadanie odmiennej wizji świata wymaga hartu ducha i odwagi w głoszeniu swoich poglądów. Chrześcijanie muszą się pogodzić z tym, że albo będą nonkonformistami i znakiem sprzeciwu, albo znikną z powierzchni ziemi. W atmosferze, w której pojawiają się elementy chrystofobiczne, człowiek wierzący będzie musiał sobie poradzić z presją towarzyskiego nacisku, niezrozumieniem otoczenia i samotnością w obronie swego stanowiska. Jeśli w oczach większości wiara w Jezusa Chrystusa będzie utożsamiana ze śmieszną i nieżyciową postawą, to przyznawanie się do niej będzie coraz trudniejsze. Do tej pory, przynajmniej w Polsce, pokazując swój związek z Kościołem, można było liczyć na polityczne profity. Wiedzieli o tym i korzystali z tego prawicowi politycy zabiegający o eklezjalne poparcie. W przyszłości ludzie wierzący będą musieli uznać, że nie są z tego świata i ich ojczyzna jest w niebie. Konsekwencją niechęci i nacisków ze strony środowisk wrogich chrześcijaństwu będzie zamykanie lub utrudnianie chrześcijanom drogi do objęcia różnych funkcji czy stanowisk. Małą zapowiedzią tego, co czeka nas w przyszłości, niech będzie storpedowanie kandydatury Rocca Buttiglioniego na komisarza ds. sprawiedliwości Komisji Europejskiej czy kłopoty Tonia Borga w objęciu stanowiska komisarza Unii Europejskiej ds. zdrowia. W obu wypadkach zarzucano im, że są katolikami, którzy wyciągają praktyczne wnioski ze swojej wiary. Można przypuszczać, że takie sytuacje będą się nasilać.

Wierność Chrystusowi będzie zatem zmuszała do ponoszenia ofiar i płacenia konkretnej ceny. Nie sprostają takiej sytuacji letni chrześcijanie, którzy napotykając trudności, raczej wyrzekną się kłopotliwej wiary, niż zdecydują na zamknięcie sobie drogi do kariery czy obniżenie standardu życia. Wyzwanie podejmą natomiast ci uczniowie Chrystusa, którzy bardziej będą sobie cenić wierność wyznawanym wartościom niż bogactwa i zaszczyty tego świata.

Niechętne chrześcijanom środowisko będzie też bezlitośnie atakować najdrobniejsze odejścia od głoszonych poglądów czy niewierność w przestrzeganiu nakazów wynikających z objawienia. Taki nacisk będzie z kolei wymuszał na tych, którzy będą pragnęli kroczyć drogą wiary, autentyczne przyjęcie za swoją nauki głoszonej przez Jezusa Chrystusa, Jego zaś jako swojego Mistrza. Ufność w Boże działanie, przekonanie o prawdzie zawartej w objawieniu, a przekazanej w Piśmie Świętym i Tradycji Kościoła, oraz wiara w sens decyzji podyktowanych Ewangelią będą musiały cechować tych, którzy zdecydują się głosić dobrą nowinę o zbawieniu. By takie, bliskie ideału, postawy były możliwe i wytrzymały konfrontację z nowym światem, konieczne jest praktykowanie we wspólnotach Kościoła starannego przygotowania do dojrzałości chrześcijańskiej, którego owocem będzie wzrastanie w świętości i autentyczne życie modlitwy. Na tym tle dzisiejsze przygotowanie do bierzmowania jest najczęściej zaprzeczeniem tego, o co w nim chodzi.

Ktoś może powiedzieć, że są to postulaty, które zawsze były aktualne, a które nigdy nie zostały zrealizowane w stopniu zadowalającym. Prawdopodobnie i teraz nie uda się ich zrealizować doskonale. Trzeba jednak przypominać sobie tę wysoką miarę, bo życie według niej staje się koniecznością, której wymagają nadchodzące czasy. Nie ulega również wątpliwości, że tak ustawiona poprzeczka nie będzie sprzyjać masowości wyznawanej wiary, ale ma szanse ochronić tożsamość chrześcijan. W odchodzącym świecie życie chrześcijanina wspierała kultura zakorzeniona w chrześcijaństwie, tradycja wyznawania wiary połączona z elementami patriotyzmu oraz presja większości, która wymuszała pewne zachowania. Teraz te podpórki zostały poważnie osłabione, a wkrótce przestaną istnieć. Natura nie znosi próżni, więc w ich miejsce pojawią się tendencje i naciski o kierunku przeciwnym, nie tylko nie ułatwiające wyznawania wiary, ale jawnie jej przeciwne. Bycie chrześcijaninem będzie wymagało odwagi i męstwa.

Egzamin

Obserwując kraje Europy Zachodniej, łatwo zobaczyć, że w wielu miejscach chrześcijaństwo zanika bądź przetrwało w niszowych enklawach nielicznych grup gorliwców. Wertując teksty pisane przez katolickich myślicieli na Zachodzie Europy w czasach, gdy zaczynały się tam procesy, które omówiłem na początku tego tekstu, dowiadujemy się, że wiedzieli mniej więcej to, co my wiemy, i wiedzieli, jak należałoby reagować na nowe oblicze świata. Po półwieczu możemy się przekonać, że ich diagnozy i recepty nie odmieniły tendencji, nie były w stanie przeciwstawić się naciskowi współczesności. Nie jest to dobry prognostyk, który napawałby nadzieją. Nie mamy jednak innego wyjścia, jak wyciągnąć wnioski z historii Kościoła na Zachodzie i zrobić wszystko, co w naszej mocy, by łaska Chrystusa mogła się objawić w naszym świecie. Musimy to zrobić bez względu na owoce, jakie przyniesie ten wysiłek. Wymaga tego wierność Chrystusowi, który obiecał, że potęga piekła nie zwycięży Kościoła. Nie zagwarantował jednak, że Kościół ostoi się w Jerozolimie, w Palestynie, w Rzymie, w Europie… Być może zniknie z naszego kraju, a rozwinie się na krańcach świata. Jednak póki nie nastąpi w Polsce koniec chrześcijańskiego świata, musimy zrobić wszystko, co możliwe, by imię Jezusa było tu wzywane. Na tym polega nasze staranie o Królestwo Boże.


Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Mieszka w Warszawie (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

CZARNA MADONNA

ŚWIĘTA BEZ CHOINKI

Mój Kościół jest w potrzebie

AUTODESTRUKCJA

NIEPOKÓJ


komentarze



Facebook