Archwium > Numer 476 (04/2013) > Szukającym drogi > WSPANIAŁOŚĆ SĄDU BOŻEGO

WSPANIAŁOŚĆ SĄDU BOŻEGO

W Psalmie 96 Sąd Boży przedstawiony jest jako wydarzenie radosne i wyczekiwane.

Niech się cieszy niebo i ziemia raduje;

niech szumi morze i to, co je napełnia;

niech się weselą pola i wszystko, co jest na nich,

niech się także radują wszystkie drzewa leśne

przed obliczem Pana, bo nadchodzi,

bo nadchodzi, aby sądzić ziemię.

On będzie sądził świat sprawiedliwie,

z wiernością swą – narody.

W świecie, który oddalił się od Boga i został zdominowany przez bałwochwalcze potęgi, nic nie jest takie, jakie mogłoby być. „Stworzenie bez Stwórcy marnieje” – trafnie określił to ostatni sobór. Gdy przestajemy się liczyć z Bogiem, nie tylko sami mało wiemy, kim jesteśmy i po co żyjemy, ale również wszystko, co tworzy świat, jest w jakiś sposób wypaczone i pozbawione autentyczności. To dlatego zapowiedź przyjścia Boga do swojej własności budzi taką radość nie tylko Bożych przyjaciół, ale całego stworzenia.

Tęsknota za Sądem Bożym

Myśl wyrażoną w Psalmie 96 teologia tłumaczy następująco: Sąd Boży jest to potężne i pełne miłości wkroczenie Boga w nasze ludzkie sprawy, aby przywrócić dobru wszystkie należne mu prawa i aby złu nie pozwolić na dalsze panoszenie się.

Nic więc dziwnego, że wiara każe nam wręcz tęsknić za Sądem Bożym. W Drugim Liście św. Piotra czytamy, że pierwsi chrześcijanie „starali się przyspieszyć przyjście dnia Bożego” (2 P 3,12). Wydawać się to może dziś zagadkowe, zwłaszcza że w kolejnych słowach apostoł przypomina, że w tym dniu „niebo zapalone pójdzie na zagładę, a gwiazdy w ogniu się rozsypią”. Dlatego – kontynuuje Piotr swoje wyjaśnienie – chcielibyśmy przyśpieszyć nadejście tego dnia, ponieważ „oczekujemy, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi” (w. 13).

Nie da się ukryć, że my, chociaż naprawdę wierzymy w Chrystusa – boimy się Jego przyjścia na sąd i nie w głowie nam, by to przyśpieszać. Postawę tę wnikliwie zanalizował św. Augustyn w komentarzu do cytowanego wyżej psalmu: „Miłujemy Go i boimy się, że przyjdzie? Czy naprawdę miłujemy? A może bardziej miłujemy swoje grzechy? Zatem grzechy miejmy w nienawiści, a miłujmy Tego, który przyjdzie, aby ukarać grzechy. Chcemy czy nie chcemy, przyjdzie na pewno. To, że nie przychodzi teraz, nie oznacza, że nie przyjdzie później. Przyjdzie, a nie wiesz, kiedy. Jeśli znajdzie cię przygotowanym, ta niewiedza ci nie zaszkodzi”.

W katechezie wygłoszonej 18 września 2002 roku Jan Paweł II przypomniał, że w pierwszym wymiarze proroctwo zapowiadające przyjście Pana na Sąd spełniło się w wydarzeniu Bożego narodzenia oraz Jego zbawczej śmierci na krzyżu. Przyszedł On wtedy do nas w prawdziwie boskiej potędze i dokonał odkupienia całego świata. Przyszedł po to, żeby udzielić swojego boskiego poparcia wszystkiemu, co jest otwarte na miłość. Zarazem, w Wielki Piątek, Chrystus zdemaskował ostateczną bezsiłę zła: chociaż siły zła w tamtej godzinie ciemności zrobiły wszystko, żeby Go zwyciężyć, poniosły całkowitą klęskę. Toteż Kościół od wieków raduje się swoim Panem i Sędzią, który – żeby powtórzyć sformułowania Jana Pawła II – „króluje z wysokości krzyża, z tronu miłości, a nie władzy”.

Tak czy inaczej, te dwa przyjścia Pana i Sędziego – najpierw w ludzkiej słabości, na koniec zaś w boskim majestacie – łączą się ze sobą. Toteż sama logika naszej wiary domaga się, aby ci, którzy już teraz „oglądają Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy” (J 1,14), tęsknili i chcieli tęsknić jeszcze bardziej i jak najprawdziwiej – za tym dniem, kiedy „wszystko zostanie poddane Synowi, a wtedy i sam Syn [w przyjętym od nas człowieczeństwie] zostanie poddany Temu, który Synowi poddał wszystko, aby Bóg był wszystkim we wszystkich” (1 Kor 15,28).

Przedwieczny zamysł idealnie zrealizowany!

W Ewangeliach Sąd Boży porównano do żniw (por. Mt 13,30). „Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie” (Mt 13,37–39) – objaśniał Pan Jezus jedną ze swoich przypowieści.

Żniwa wieńczą czas oczekiwania na plony. W metaforze żniw zawiera się ten przekaz, że świat i jego dzieje nie są czymś przypadkowym. Świat ma jakiś pozytywny sens i cel. Cel nie tylko ostatni, ale ostateczny, ostatecznie dopełniający.

Skoro zaś ostateczny, to wiecznotrwały. Słowem, Dzień Sądu będzie dniem, w którym ostatecznie ujawni się wspaniałość Bożego dzieła stwórczego. Dla całego stworzenia (stąd obecność aniołów w opisach Sądu) stanie się wówczas oczywiste, że zamysły swojej miłości wobec stworzenia Bóg doprowadził do idealnego końca i żadne ciemne siły nie zdołały Mu w tym przeszkodzić.

Warto tu jeszcze odnotować, że ewangeliczny termin „koniec świata”, pojawiający się w przypowieściach Pana Jezusa, w swoim greckim oryginale ma głębię, której brak polskiemu odpowiednikowi. Synteleia znaczy bowiem raczej „uwieńczenie”, „dopełnienie” niż „koniec”. Zatem Dzień Sądu będzie nie tyle dniem „końca świata”, co jego dopełnienia.

Gospodarz czekający na żniwa musiał na początku swoje pole obsiać. Podobnie świat zmierza do swojej ostatecznej dojrzałości, dlatego że jego Stwórca nadał mu taki właśnie kierunek rozwoju. Można powiedzieć, że dzieje wszechstworzenia to jedno gigawydarzenie, które trudno ogarnąć ludzkim umysłem. Jego początkiem był Boży zamysł miłości, dzięki któremu wszystko zostało powołane do istnienia – a jego uwieńczeniem będzie doprowadzenie tego zamysłu do idealnie zrealizowanego końca, do pojawienia się „nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość” (2 P 3,13).

Autorowi Apokalipsy wyraźnie zabrakło słów, ażeby dostatecznie wyrazić swój zachwyt dla ostatniego kształtu dzieła Boskiego Artysty, jakie ujrzymy w Dniu Sądu:

A wszelkie stworzenie, które jest w niebie i na ziemi, i pod ziemią, i na morzu, i wszystko, co w nich przebywa, usłyszałem, jak mówiło: „Zasiadającemu na tronie i Barankowi błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc, na wieki wieków!” A czworo Zwierząt mówiło: „Amen”. Starcy zaś upadli i oddali pokłon (Ap 5,13–14).

Analogiczną strukturę ma Boży zamysł wobec każdego z nas. Jesteśmy nie tylko członkami rodziny i różnych innych społeczności, do których należymy. Jesteśmy nie tylko cząstką swojego pokolenia i całej ludzkości, nie tylko cząstką wszechstworzenia. Mnie – i każdego z nas – Bóg ukochał odrębnie, dla mnie samego. Ukochał mnie, zanim jeszcze zaistniałem, i właśnie dlatego że mnie ukochał, ja zaistniałem. Apostoł Paweł mówi o tym na początku Listu do Efezjan: „W Chrystusie Bóg wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem”.

I to jest zamierzony przez wcześniejszą ode mnie Bożą miłość do mnie mój cel ostateczny: mam być przez całą wieczność święty i nieskalany przed Bożym obliczem! Ja, obecnie wciąż jeszcze grzeszny i ułomny, na Sądzie Ostatecznym ukażę się jako Boże arcydzieło! Bóg ma nas miliardy i miliardy, a każdy ze zbawionych ujawni się wówczas jako niewyobrażalnie oryginalne i niepowtarzalne arcydzieło Bożej miłości! Arcydzieło osobowe, nieporównywalne z dziełami ludzkich artystów. Osoba zaś może osiągnąć piękno wręcz olśniewające – jeżeli od samego Boga nauczy się odnajdywać samą siebie poprzez bezinteresowne dawanie siebie. Takim właśnie pięknem zajaśnieją zbawieni na Sądzie Ostatecznym.

A jednak boimy się tego Sądu!

A jednak Sąd Boży budzi lęk. Sam Pan Jezus ostrzegał nas, że na tym sądzie niektórzy zostaną odrzuceni i usłyszą: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was” (Mt 25,12), „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!” (w. 41). Podobne sformułowania na temat sądu znajdziemy również w listach apostolskich: „Oto przez swoją zatwardziałość i serce nieskłonne do nawrócenia zaskarbiasz sobie gniew na dzień gniewu i objawienia się sprawiedliwego sądu Boga” (Rz 2,5; por. 2 P 3,7).

Ponadto niepokoją nas jeszcze inne pytania: Owszem, liczymy na Boże miłosierdzie. Ale według opowieści Pana Jezusa, ci po lewicy Sędziego w ogóle nie zdawali sobie sprawy z tego, że ich serca są tak twarde. Czy wobec tego Bóg odpuści nam te grzechy, których sobie nie uświadamialiśmy? A jeśli nawet w sakramencie pokuty Pan Jezus przebaczył mi moje grzechy, to czy na tym sądzie nie będę jeszcze raz zdawał z nich rachunku, zwłaszcza jeżeli ich konsekwencją były niedające się naprawić krzywdy? I jeszcze jedno pytanie: Czy zbawieni mogą się spodziewać, że grzechy, które im Bóg przebaczył, będą zapomniane i nikt nie będzie o nich wiedział?

Zacznijmy od ostatniego pytania. Niektórzy święci, zanim stali się prawdziwymi przyjaciółmi Boga, popełnili wiele – także ciężkich – grzechów. Dawidowi mało było tego, że uwiódł cudzą żonę, to jeszcze zabił podstępnie jej męża. Piotr zaparł się swojego Mistrza, Maria Magdalena zaś prowadziła życie tak bardzo grzeszne, że Ewangelista nie próbował tego nawet opisywać, użył tylko mocnego sformułowania, że dzięki Panu Jezusowi „opuściło ją siedem złych duchów” (Łk 8,2). Wszyscy troje zostali świętymi, a w niebie niewątpliwie cieszą się z tego, że z tysięcy ambon opowiada się o ich grzechach, bo przecież opowiada się zarazem o ich nawróceniu i Bożym miłosierdziu.

Otóż zbawienie polega na tym, że będę bez reszty przeniknięty miłością Bożą: sam będę cały i bez reszty wart miłości i będę kochał wszystkich i wszystko, co jest warte miłości. Znikną więc powody, dla których cenimy sobie możliwość zachowania w ukryciu naszych prywatnych spraw. Nawet zła, którego dawniej się dopuściłem, nie będę się wówczas wstydził, bo przecież zostało ono przezwyciężone. Zło odpokutowane, wybaczone i zastąpione jeszcze większym dobrem, nie jest już przedmiotem wstydu, bo pamięć o nim jest przepojona radością i wysławianiem miłosierdzia Boga, który nie dopuścił do mojej zguby.

Jednak niektóre biblijne wypowiedzi na temat Sądu Bożego budzą w nas przerażenie. Otóż przypomnijmy ogólny ton, w którym została nam ogłoszona Dobra Nowina. Ewangelia jest obietnicą zbawienia i wezwaniem do tego, żeby się na nie otworzyć. „Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło” (Łk 19,10) – mówił o swojej misji Pan Jezus. Przypowieść o synu marnotrawnym i o pasterzu poszukującym zagubionej owcy, duchowa obietnica zawarta w Chrystusowych uzdrowieniach, konkretny los ocalonej przez Niego cudzołożnicy i celników, i los łotra wraz z Nim ukrzyżowanego, a przede wszystkim Jego śmierć i zmartwychwstanie – wszystko to świadczy o Jego nieskończonym miłosierdziu.

Zatem wszystkie trudne wypowiedzi Pana Jezusa, mogące budzić lęk, a nawet przerażenie, zrozumiemy dopiero wówczas, kiedy rozpoznamy w nich słowo miłości. Kiedy mówił On o tym, że na Sądzie Bożym mogę zostać potępiony – to po to, żeby mnie to absolutnie nie spotkało, żeby mnie przed tą straszną ewentualnością uchronić.

Wielkie wrażenie wywarło na mnie kazanie na temat Sądu Bożego, które kiedyś wygłosił mój starszy współbrat o. Rajmund Koperski. Na sądzie – mówił – Bóg zada każdemu z nas jedno jedyne pytanie: „Czy ty Mnie kochasz?”. Kłamstwo i udawanie będą na tym sądzie niemożliwe, tam człowiek będzie mówił czystą prawdę. Ci, którzy na pytanie: „Czy ty Mnie kochasz?” odpowiedzą: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham” (J 21,16) – od razu znajdą się wśród zbawionych. Pozostałych Bóg zapyta: „Czy przynajmniej pozwolisz Mi, abym Ja ciebie kochał?”. Ci, którzy na to pytanie odpowiedzą: „Tak” – pójdą do czyśćca, gdzie miłość Boża będzie ich ogarniała coraz bardziej, aż cali i bez reszty rozkochają się w swoim Bogu i Zbawicielu i staną się zdolni do przebywania przed Bożym obliczem twarzą w twarz. Strach pomyśleć, że ktoś nawet na to pytanie mógłby odpowiedzieć aroganckim „nie!”.

Wydaje mi się, że słowa mego współbrata są doskonałym streszczeniem biblijnej nauki o Sądzie Bożym.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Znamię Bestii

Czy kiedykolwiek wojna może być sprawiedliwa?

Pytanie o moralność samobójstwa heroicznego

CZY MOŻNA BYĆ ANTYSEMITĄ I CHRZEŚCIJANINEM?

OSTATNIA PRÓBA KOŚCIOŁA


komentarze



Facebook