INNY, OBCY, BLIŹNI?
Wiele spraw z racji odległości i niedoinformowania tłumaczymy jako konflikty religijne. Tymczasem ludzkie motywacje są zwykle złożone, a konflikty mają wiele powodów. I dotyczy to tak muzułmanów, jak i katolików.

FOT. OLGA STANISŁAWSKA


ROMAN BIELECKI OP: Minęło dziesięć lat od wydania Ronda de Gaulle’a, zapisu twoich reportaży o Afryce. Co ci zostało w pamięci z tamtej podróży?

OLGA STANISŁAWSKA: Głębokie poczucie, że wszelki opis świata w bardzo ułomny sposób oddaje rzeczywistość. Pisząc, dokonuje się pewnej zdrady – zarówno w stosunku do opisywanej rzeczywistości, jak i do ludzi, z którymi się rozmawiało. Zamknięcie życia człowieka w czterech, pięciu zdaniach, to rodzaj gwałtu na jego osobie i złożoności świata. Do dziś, przyznaję bardzo uczciwie, nie wiem, jak można to robić.

Chciałabyś być bardziej obiektywna?

Całkowita obiektywność w reportażu nie wydaje mi się możliwa – jeśli twierdzimy inaczej, zwykle po prostu oszukujemy i czytelnika, i siebie. Z drugiej strony, autorzy, którzy decydują się na całkowitą subiektywność, na pisanie tylko o tym, co im przechodzi przez głowę, łatwo osuwają się w megalomanię. Nawet jeśli ich przemyślenia są ciekawe, wydaje mi się, że dopiero otwarcie na drugiego człowieka niesie prawdziwą dynamikę, tajemnicę życia.

Wzorujesz się na kimś, kto potrafi tak pisać?

Trudno mówić o modelowym tekście. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie książki poświęcone ludobójstwu w Rwandzie, autorstwa Jeana Hatzfelda (Strategia antylop – 2009, Nagość życia – 2011, Sezon maczet – 2012). Z jednej strony mamy wyznania ocalałych z masakr świadków wydarzeń, z drugiej autora, który opatruje głęboką refleksją to, co widzi. W efekcie jesteśmy zanurzeni w indywidualnych historiach bohaterów, ale wiemy też, kto z tymi ludźmi rozmawiał i z jakiego punktu widzenia zadawał im pytania. Wiedza ta pozwala nam lepiej pojąć ich wypowiedzi.

…to jednak rację miał bohater Ronda, mówiąc, że lubisz potworność.

Od tego nie ma ucieczki. Ona nas goni, niestety. Nie byłam jednak w Rwandzie. Ani w czasie wojny, ani później. Nie widziałam masakr. Nawet tego, co po nich zostało. Obcuję jedynie z książką, która pozostaje tylko literaturą – nawet jeśli to literatura faktu, która stara się powstrzymać od estetyzowania potworności.

Co w takim razie jest dla ciebie najważniejsze w reportażu?

Zasadniczą wartością wydaje mi się kategoria spotkania, czyli to wszystko, co się dzieje między ludźmi. Nie chodzi tylko o słowa, ale wszelkie drobne gesty życzliwości i ludzkiego ciepła, przekraczające często rytuały kulturowe.

To dlatego łatwiej odnalazłaś się w słynnej enklawie imigrantów, tu w podparyskim Saint-Denis?

To ciekawa historia. Kiedy kilka lat temu wprowadziłam się tu z rodziną, zaprzyjaźniliśmy się z migrantami z Wybrzeża Kości Słoniowej. Trzydzieści rodzin mieszkało od 10 lat w strasznej ruderze, w dramatycznych warunkach, bez wody i prądu. Przez wszystkie te lata negocjowali z lokalnymi władzami legalizację ich pobytu we Francji, żeby móc przenieść się do normalnych mieszkań. Większość z nich pracowała, ich dzieci chodziły do szkół i potrafili zgromadzić wokół siebie wiele osób, które ich popierały. Ludzie, którzy mogli wydawać się marginesem społeczeństwa, okazali się głęboko wpisani w lokalną społeczność. W warsztacie krawca z Senegalu, gdzie nawet nie było okna, poznałam mojego deputowanego. Może to się zdawać paradoksem, ale właśnie oni, nielegalni migranci, byli dla nas nauczycielami tego miejsca. Byli na pewno w naszej dzielnicy mniej obcy niż my, choć mój mąż jest Francuzem, a ja obywatelką Unii, i mamy nasze papiery. Byli też mniej wykluczeni niż wiele starszych osób – można we Francji mieszkać od zawsze, ale umrzeć w całkowitym zapomnieniu i samotności.

Zostańmy przy twoich francuskich doświadczeniach. Politycy Europy Zachodniej coraz częściej mówią o wyczerpaniu się koncepcji społeczeństwa wielokulturowego, otwartego na imigrantów z Azji i Afryki, czego dowodem są coraz częstsze społeczne zamieszki i napięcia. Jak to oceniasz?

Przede wszystkim społeczeństwo wielokulturowe, którego część stanowią migranci z innych kontynentów, jest faktem. Ma głębokie przyczyny, historyczne i ekonomiczne. Nie wynikło z koncepcji, którą wymyślili jacyś politycy i którą mogliby oni teraz zastąpić inną koncepcją. Możemy tylko się starać, by wielokulturowe społeczeństwa działały jak najlepiej. Czy one się sprawdzają? Można powiedzieć, że nie – dyskryminacja rasowa przy naborze ludzi do pracy czy gettoizacja terytorialna wciąż istnieją i zdarza się, że imigranckie społeczności mają poczucie odrzucenia i zamykają się w sobie. Ale można też powiedzieć, że przecież jednak masy ludzi o różnych korzeniach uczą się, bawią i pracują razem – a w każdym razie obok siebie – bez większych zgrzytów. Kiedy wyjrzę przez okno mojego mieszkania, widzę najstarszą katedrę gotycką we Francji, w której pochowano 43 francuskich królów, i widzę ludzi, którzy przyjechali z całego świata. Są konflikty, jak w każdym sąsiedztwie, nie są one jednak specjalnie natury kulturowej. Chłopaki za szybko na przykład jeżdżą na skuterach…

Przez okno wszystko lepiej wygląda, ale kiedy jechałem metrem i okazało się, że jestem jedynym białym, który wysiadł na stacji, to przez moment poczułem się tu jak obcy.

Och, a jak właściwie zdefiniujesz słowo „biały”? Grecy na przykład są w naszym potocznym mniemaniu „biali”. A Turcy…? Już nie? A Arabowie…? W hammamie w Damaszku większość kobiet miała tak naprawdę jaśniejszą skórę ode mnie – nie próbowały nigdy się opalać. W mojej dzielnicy odcienie skóry stanowią continuum, od jasnych po najciemniejsze. 

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Olga Stanisławska - ur. 1967, pisarka, eseistka, autorka reportaży, studiowała literaturę angielską i amerykańską w Warszawie i Aix-en-Provence. Podróżowała po Bliskim Wschodzie, Azji i Bośni. Za książkę "Rondo de Gaulle?a" (Warszawa 2001) będącą zapisem samotnej wędrówki po Afryce otrzymała nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Mieszka w Paryżu. (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

ODTĄD JUŻ BLIŻEJ DO NIEBA

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,


komentarze



Facebook