Archwium > Numer 480 (08/2013) > Ziemia Boga > CZY NIE MOGŁO BYĆ PROŚCIEJ?

CZY NIE MOGŁO BYĆ PROŚCIEJ?
Nie możemy iść za Jezusem bez wyrzeczeń i krzyża. Inaczej zrobimy satyrę z Ewangelii. Dlatego się nie użalam.

SALA IMION W INSTYTUCIE YAD VASHEM W JEROZOLIMIE; FOT. HANAN ISACHAR / CORBIS


ŁUKASZ POPKO OP: W twoim życiu wszystko trzeba podwajać, masz podwójne imię, podwójne nazwisko…

KS. ROMUALD JAKUB WEKSLER-WASZKINEL: Mam nie tylko podwójne imię i nazwisko: mam też dwóch ojców i dwie matki, których bardzo kocham. Mam dwie rodziny – żydowską i polską, które też bardzo kocham, i dwie równie kochane ojczyzny. Bez żadnej przesady można powiedzieć: dwa w jednym.

Nie masz wrażenia, że twoje życie zostało rozbite i posklejane na nowo? 

Nie, nigdy moje życie nie uległo rozbiciu. Natomiast w wieku 35 lat i w dwunastym roku mego kapłaństwa, gdy się dowiedziałem, że moi biologiczni rodzice byli Żydami, poniekąd narodziłem się drugi raz. Albo może inaczej – ten drugi „poród” wciąż trwa. To nie jest jednak rozbicie; jest to proces trwającej wciąż integracji. Często słyszę, że jestem rozdarty między Kościołem a Synagogą. To nieprawda. W książce Dariusza Rosiaka, w której opisane są moje losy, pada nawet takie sformułowanie, że cierpię z powodu bycia księdzem i może łatwiej byłoby nim nie być. Istotnie, byłoby łatwiej nim nie być. Ale nikt mnie nie zmusza do bycia księdzem. To jest mój świadomy wybór. Trudny do przyjęcia dla moich współziomków, którzy bardzo mnie kochają, lecz tej jednej rzeczy nie potrafią zaakceptować. Powiadają: Przyjechałeś do domu i nie chcesz do niego wejść w pełni. A ja cierpliwie tłumaczę, że przecież nigdy z tego domu nie wychodziłem, to jak mam powrócić? Ja ów dom odnalazłem i bardzo kocham – tak jak potrafię. Czasami wydaje mi się, że ta sytuacja – niejako niedopasowania do świata – to bardzo chrześcijański motyw. On pozwala lepiej przeżywać wiarę. Jestem i księdzem, i Żydem jednocześnie. Trudno być Żydem, ale i księdzem niełatwo, a co dopiero jednym i drugim naraz. Ale to nie jest rozdarcie. Nie ma rozdarcia tam, gdzie się bardzo kocha jednych i drugich.

Zastanawiasz się czasem, kim byliby dziś twoi biologiczni rodzice?

Moja mama była syjonistką niereligijną i pewnie taką by pozostała.

Dlaczego?

Kiedy prosiła panią Waszkinelową o opiekę nade mną, mówiła: „Pani jest chrześcijanką, pani wierzy w Jezusa, więc niech pani w imię tego Żyda, w którego pani wierzy, uratuje moje dziecko. Gdy dorośnie, zostanie księdzem”. Z jednej strony moja mama była bardzo mądra, bo wzięła chrześcijankę w taką próbę wiary. Dobrze wiedziała, co powiedzieć. Jeśli wierzysz w Jezusa, to uratuj to dziecko. Ale żaden religijny Żyd nigdy by nie powiedział, że syn ma zostać księdzem. To się nie mieści nikomu w głowie.

Inaczej mówiąc, imię Jezusa uratowało Ci życie?

W naszym domu Waszkinelów wisiał obraz Jezusa Miłosiernego. Mój ojciec często wskazywał na niego i mówił – to jest twój Żyd. To brzmiało tak, jakby mówił – nie jesteś sam. Oczywiście, tak myślę o tym dzisiaj. Wówczas wydawało mi się to trochę dziwne, ale bardzo mnie to wiązało z Jezusem. ON był mój.

A jak ich wspominasz?

To byli bardzo prawi ludzie. Nigdy nie kłamali. Czasami nie mówili prawdy, ale nigdy nie oszukiwali. Często to podkreślam w wywiadach, bo to było ważne zwłaszcza wtedy, kiedy próbowałem zrozumieć, dlaczego wizualnie tak bardzo się od nich różnię. Oni mieli słowiański typ urody. Szatyni, niebieskoocy. Ja miałem ciemną karnację. Przez lata byłem krótko strzyżony, żeby nie było widać moich kręconych włosów. Kiedy pytałem rodziców, dlaczego nie mam włosów, tłumaczyli mi, że kiedyś przyniosłem ze szkoły wszy, więc lepiej, żebym miał włosy obcięte. Ale raz tak się uparłem, żeby mi powiedzieli, do kogo jestem podobny, że ojciec postawił mnie przed lustrem, stanął za mną i powiedział: – Patrz, do kogo jesteś podobny. Do siebie jesteś podobny. Piękna odpowiedź. Nigdy nie powiedział: Jesteś podobny do mnie czy do mamy, ale do siebie.

Pamiętam jeszcze taką scenę: byłem w piątej czy szóstej klasie, miałem trochę więcej włosów na głowie, wróciłem ze szkoły, wydało mi się, że dostrzegłem w sobie coś, co przypominało mojego ojca. Wrzasnąłem z radości, że jestem podobny do tatusia! A tu cisza ze strony matki. I wtedy wypaliłem: Jeśli jestem Żydem, to zobaczycie, co sobie zrobię! Nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy. Jakieś podejrzenie, taka nieznośna myśl. Spojrzałem w lustro. Mama miała łzy w oczach… Moje słowa głęboko zapadły jej w pamięć. Stąd, kiedy powiedziała mi prawdę o moim pochodzeniu, a ja pytałem, dlaczego dopiero teraz to mówi, przypomniała mi tamten dzień, to lustro i słowa, które wykrzyczałem. Bała się, że jeśli poznam prawdę, to coś sobie zrobię.

Rozmawiamy w Jerozolimie. Klasztor dominikanów – École biblique – jest oddalony od twojego mieszkania zaledwie o 20 minut drogi. Ale to ciekawa droga. Idąc, mija się kilka dzielnic, z których każda jest osobnym światem. Najpierw kawałek Francji, potem Palestyny, trochę Rosji, Etiopii, Stanów Zjednoczonych z chińskimi produktami i w końcu twój dom. Kawałki tak różne od siebie, nieskładające się w jedną całość. Jak ci się z tym żyje?

Doświadczenie Izraela jest trudne. Ludzie przyjeżdżają do Ziemi Świętej, żeby się wzmocnić duchowo, a niestety zdarza się tak, że wyjeżdżając stąd, po tym, co zobaczyli, są zgorszeni. Wyraźne podziały religijne, wzajemne uprzedzenia i animozje w łonie samego chrześcijaństwa, do tego inne religie, sytuacja polityczna i kulturowa. To wszystko sprawia, że wiarę można tu pogłębić, ale wymaga to czasu, przemyślenia i poukładania. Pytasz o Jerozolimę, ale o wiele ważniejsze jest skomplikowanie samegojudaizmu.Dzielnica Mea Shearim, w której mieszkają ultraortodoksyjni żydzi, to coś zupełnie innego niż kibuc, w którym żyłem na początku moich kontaktów z Izraelem. W Mea Shearim można usłyszeć głosy oskarżające Izrael o nazizm albo sympatyzujące z Mahmudem Ahmadineżadem z Iranu uważającym Holokaust za mit. A tu w pobliżu mnie żyją ci, którzy określani są mianem haredim – czyli konserwatywne skrzydło judaizmu ortodoksyjnego, ze swoim fundamentalistycznym podejściem do żydowskiej tradycji religijnej. Przejawia się to w tym, że mocno walczą z sekularyzmem i dążą do nadania Izraelowi charakteru państwa wyznaniowego. To wszystko trzeba uszanować. Oni nie zawsze się nawzajem lubią, ale też nie zawsze się zwalczają. Nie zapominajmy też, że obok różnic religijnych są jeszcze różnice w mentalności kulturowej, jest świat Jerozolimy i świat Tel Awiwu, mówi się, że w jednym mieście się modlą, a w drugim się bawią. To naprawdę skomplikowana układanka.

Jednak twoje pierwsze doświadczenia pobytu tutaj były diametralnie inne.

Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Izraela, świadomy swojego pochodzenia, zamieszkałem w kibucu, czyli miejscu, które można porównać do klasztoru. Trzy razy dziennie wspólne modlitwy, posiłki i mieszkanie pod jednym dachem. Żyje tam 120–130 rodzin w swoich domach; pracują wspólnie i nie otrzymują wynagrodzenia, bo dostają wszystko, co jest im potrzebne do życia. To zbiorowość podobna do rodziny benedyktyńskiej, w której żyje się w myśl zasady: „Módl się i pracuj”. Był to kibuc religijny, bo są też kibuce świeckie, ale – jak słyszałem – wiele z nich plajtuje albo się prywatyzuje.

Co z tamtych wydarzeń jest dla ciebie żywe i aktualne do dziś?

Chyba to, że czułem się przyjęty przez wspólnotę. Kibuc to było bardzo religijne miejsce. Nie zapominajmy, że cały czas funkcjonowałem tam jako ksiądz. Ale nikt nigdy z tego powodu nie robił mi wyrzutów, nikt mnie nie śledził ani nie podglądał, chociaż sprawowałem Eucharystię. Czasami mnie pytali, dlaczego nie nakładam do modlitwy tałesu, bo sprawiało to wrażenie, jakbym się dystansował. Tłumaczyłem, że nie chcę bezmyślnie powtarzać jakichś gestów, nie chcę się przebierać. Ma to płynąć z serca.

Przy okazji uwaga natury ogólnej: są takie miejsca w Izraelu, w których ksiądz w koloratce powinien nałożyć jarmułkę (kipę) – np. gdy idzie pod Kotel (Ścianę Płaczu) albo na żydowski cmentarz, albo gdy jest zaproszony do żydowskiego domu na szabat. Jest to wyraz szacunku. Ale na ulicy ksiądz w koloratce i z kipą na głowie wygląda, przyznaję, dosyć komicznie. No bo co to znaczy? Jarmułka na głowie to nie jest góralski kapelusik zakładany folklorystycznie. Zostawmy to praktykującym żydom. Bądźmy pobożnymi chrześcijanami, nie uprawiajmy teatru. Jeżeli na tym miałby polegać nasz dialog międzyreligijny, to szkoda zachodu. My mamy lepiej siebie nawzajem rozumieć, a nie głupio naśladować.

Jest ci czasem ciężko?

Bywa, że pytam Boga, co to wszystko znaczy? Od blisko pięćdziesięciu lat jestem kapłanem, mam siedemdziesiątkę na karku. Mieszkam w Izraelu. Jestem Żydem. Ile razy sprawuję Eucharystię, tyle razy odzywają się pytania, czy tak musiało być? Czy nie mogło być prościej? Odpowiedź zawsze ta sama – nikt mnie nie odłączy od miłości Boga, która jest w Jezusie. Miłości, która niezmiennie mówi mi: Kto chce iść za Mną, niech weźmie swój krzyż. Przypominał o tym ostatnio papież Franciszek. Nie możemy iść za Jezusem bez wyrzeczeń i krzyża. Inaczej zrobimy satyrę z Ewangelii. Dlatego się nie użalam. Jeśli miałbym streścić swoją życiową teologię, to przywołałbym modlitwę z pierwszej komunii świętej: „Boże, choć Cię nie pojmuję, jednak nad wszystko miłuję”. W tych słowach jest wszystko.

Czy te doświadczenia sprawiły, że wiesz coś więcej o Bogu?

To nie jest wygodna wiedza, jeżeli w ogóle można tak powiedzieć. Wiem, czym w życiu jest ciemność i brak wiedzy. Można powiedzieć, że wiem więcej, że nie wiem. Paradoksalnie jednak po tym, co przeszedłem, o wiele bardziej wierzę w istnienie Boga. Że On jest. I to jest dla mnie podstawowa prawda życia. Bez niej nie byłoby nic. To bardzo osobiste i intymne doświadczenie.

Czy czujesz się samotny?

Ani w Polsce, ani tu nie jestem samotny, choć na pewno czułem się w Polsce wyizolowany. Mam jednak wielką łaskę wiary, to nie jest natura, to jest łaska. Jestem „pijany Bogiem”, jak pisał Isaac Bashevis Singer o jakimś cadyku. Nie potrafiłbym żyć bez Boga. Życie, a na pewno cierpienie, nie miałyby bez Niego sensu. Kiedy On jest przy mnie, wszystko nabiera sensu i mocy. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia. Był taki czas, kiedy jeden z profesorów na KUL-u mówił, że filozof nigdy nie jest samotny. Wtedy bardzo mi to imponowało. Teraz wiem, że to lipa. To JEGO obecność – a nie filozofia – sprawia, że nie jestem samotny. On jest życiem i czynem. To zwłaszcza w judaizmie widać, jak bardzo religia jest ortopraksją – micwot: „Cokolwiek uczyniliście najmniejszemu, Mnieście uczynili”!

A zastanawiałeś się kiedyś, co możesz dać temu społeczeństwu, temu krajowi?

Dużo opowiedziałem o sobie w filmie Na rozstaju w reżyserii pochodzącej stąd Ronit Kertsner. Mówiłem o poszukiwaniu własnej tożsamości. O pierwszych świadomych przyjazdach tutaj. Ten projekt miał pokazać, jak trudno być Żydem, pozostając jednocześnie księdzem katolikiem, kiedy rabini izraelscy nie zgadzali się, i do dziś się nie zgadzają, na takie postępowanie. Tytułowe bycie „na rozstaju” dotyczyło wyboru między rezygnacją z chrześcijaństwa, która stawała się przepustką do uzyskania tożsamości pobożnego Żyda i otrzymania izraelskiego obywatelstwa, a pozostaniem przy kapłaństwie. Ta historia pokazywała, że ja jestem bardzo głęboko stąd, a jednocześnie niczego sobie nie wymyśliłem. Kiedy Izraelczycy pytają mnie: „Kim właściwie jesteś?”, odpowiadam, „To wy mi powiedzcie”. Wtedy pytają mnie o praktykę, a ja im mówię o Bogu i o tym, że bliskość z Nim jest moim życiem.

O Bogu czy o Jezusie Chrystusie?

Często mówię też o Jezusie, podpierając się chociażby dorobkiem nieżyjącego już profesora Davida Flussera z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, który pokazywał, że żaden z opisanych w Ewangelii czynów Jezusa nie był sprzeczny z prawem Tory, ale odpowiadał jej ówczesnej wykładni. Jezus nie głosił niczego, co byłoby nie do przyjęcia przez ówczesnych uczonych w prawie.

Ale czy Żydzi są zainteresowani Jezusem?

Zainteresowani to może za dużo powiedziane. Ja to widzę inaczej: powtórzę za Janem Pawłem II – „Kto spotyka Jezusa, spotyka judaizm”. Nie da się oddzielić jednego od drugiego. Wszyscy znamy zdanie z Katechizmu Kościoła katolickiego – nie ma Nowego Testamentu bez Starego. Na swój użytek ukułem taką definicję, że czytam Biblię jako Żyd od Jezusa. Chociaż zawsze się nieco obawiam, gdy to mówię. Zdaję sobie sprawę, że ci wszyscy, którzy ucierpieli przez chrześcijan, niekoniecznie chętnie tego słuchają. Ale to prawda, religijnie jestem Żydem od Jezusa, a po ojcu i matce jestem Polakiem i Żydem. Trzeba się nauczyć, że religia żydowska jest w stosunku do chrześcijaństwa czymś wewnętrznym, a Żyd jest starszym bratem w wierze. Tak nas naucza Kościół. Dużo o tym mówił Jan Paweł II. Szkoda, że tak mało nam z tego zostało. Skupiamy się na kulcie przysłowiowego zęba papieża i jego pomnikach, ale tak mało mówimy o wielkości Jego myśli na temat dialogu chrześcijańsko-żydowskiego.

Czujesz się bezdomny?

Czasem brakuje mi książek, które zostały w Polsce, w mojej bibliotece. Podobnie rzecz się ma z wolnym czasem. Tu pracuję intensywnie przez osiem godzin dziennie. W Polsce czasu miałem znacznie więcej. Do Polski jeżdżę regularnie co roku na wakacje. Ale psychicznie w Izraelu czuję się lepiej, bardziej u siebie. Cieszę się, że mam pracę w Instytucie Yad Vashem. Pracuję w archiwum, przeglądam wiele dokumentów, niektóre kopiuję. Wydaje mi się, że powinienem coś napisać. Coś, co miałbym ochotę zatytułować: Świat czarów i koszmarów. Świat piękny, jak zaczarowany, i jednocześnie rzeczywistość koszmarna, z którą spotykam się poprzez dokumenty i trochę poprzez własne doświadczenia. Weźmy pierwszy przykład z brzegu: Dziś czytałem historię trzech Żydów z Grodna, zamordowanych w 1943 roku przez białoruskich żandarmów. Opis mordu jest potworny i trudno go cytować, ale prawdziwym koszmarem są zeznania świadków tego zajścia: oto matka jednego z tych żandarmów, staruszka, chodziła po wiosce i opowiadała, jak jest dumna z syna, który dobrze strzela i świetnie wyłapuje Żydów. To znaczy, że za tą potworną, koszmarną sytuacją stała akceptacja społeczna.

Jak się żyje, czytając codziennie takie historie?

Czasami mam tego dosyć. Płaczę. Przerywam pracę. Po prostu nie daję rady. Zwłaszcza gdy trafiam na dokumenty dotyczące mordowania dzieci. Jeśli ktoś szuka dowodów na istnienie diabła, to tu je znajdzie. Pośrednio jest to oczywiście również dowód na istnienie Boga. Z drugiej strony, moja aktualna praca jest nadrabianiem luk w mojej pamięci historycznej. W moim domu nikt nigdy nie mówił o Żydach. Do 1968 roku nie wiedziałem, że była Zagłada. Swoją drogą zawsze mnie to zastanawiało, że w podręczniku historii Kościoła autorstwa księdza Józefa Umińskiego, który obowiązywał po wojnie także w seminariach, nie było ani słowa o zagładzie Żydów. Nie wiem, może cenzura na to nie pozwalała. Niemniej po lekturze można odnieść wrażenie, że największe ofiary poniósł naród polski, rosyjski, ukraiński, francuski czy niemiecki. Wszyscy ginęli, tylko nie Żydzi. O nich długo się nie mówiło. Dlatego teraz spłacam dług, jest to swego rodzaju rekompensata za lata niewiedzy.

Martwisz się o Polskę?

Tak, bardzo się martwię. O Kościół zwłaszcza. Może inaczej: nie martwię się, bo Kościół to Chrystus. Raczej jestem smutny, że Kościół oddalił się od tego, czego nas uczył Jan Paweł II. To był prawdziwy Polak i katolik, w całej jego szerokości spojrzenia. To, że Polska była i jest chrześcijańska, nie jest dane raz na zawsze. Niektórzy posługują się krzyżem według zasady „W tym znaku zwyciężysz”. Nic bardziej fałszywego i okrutnego zarazem! Nikt jeszcze w dwóch patykach złożonych na krzyż nie zwyciężył. Bo krzyż, jeżeli nie jest znakiem miłości, jest rzymską szubienicą. A szubienicą się nie zwycięża niczego. To musi być miłość, a tej świadomości nie ma. Zamiast tego szafuje się krzyżem, a tego nigdy nie było w nauczaniu Jana Pawła II. Musimy doń wrócić. Kościół to ramiona szeroko otwarte na każdego człowieka.

 
Nakładem wydawnictwa Czarne ukazała się ostatnio książka Człowiek o twardym karku. Historia księdza Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, autorstwa Dariusza Rosiaka, której recenzję zamieściliśmy w kwietniowym numerze miesięcznika.

ks. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel - urodził się w 1943 roku w getcie w Starych Święcianach koło Wilna jako syn Jakuba i Batii Wekslerów. Kilka dni przed likwidacją getta matka oddała go polskiej rodzinie Piotrowi i Emilii Waszkinelom. Przez nich został z wielką miłością wychowany jako Romuald Waszkinel. Jego biologiczny ojciec został zamordowany w obozie koncentracyjnym w Stutthofie, a matka i brat zginęli w Sobiborze. W wieku 17 lat wstąpił do Warmińskiego Wyższego Seminarium Duchownego w Olsztynie, gdzie w 1966 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W 1967 roku rozpoczął studia filozoficzne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jako doktor filozofi i pracował w Katedrze Metafizyki KUL. W 2008 roku przeszedł na emeryturę. W 1978 roku, po dwunastu latach od otrzymania święceń kapłańskich, dowiedział się o swoim żydowskim pochodzeniu. Do swojego imienia i nazwiska dodał imię i nazwisko swojego żydowskiego ojca: Jakub Weksler. W 1992 roku został przyjęty w Izraelu przez rodzeństwo ojca. Nie porzucił chrześcijaństwa i stanu kapłańskiego. W 2009 roku wyjechał do Izraela. Przez rok żył w kibucu religijnym Sde Eliyahu przy granicy z Jordanią. Obecnie mieszka w Jerozolimie i pracuje w instytucie Yad Vashem jako archiwista. Jako emeryt w dalszym ciągu jest księdzem diecezji warmińskiej. (wszystkie teksty tego autora)

Łukasz Popko OP - ur. 1978, dominikanin, biblista, wykładowca w EBAF w Jerozolimie i w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym Dominikanów w Krakowie. Mieszka w Jerozolimie. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

PRZEKRACZANIE

MARYJNY, CZYLI JAKI?

JESZCZE WIĘCEJ

UKRYTE ŻYCIE

CZTERDZIEŚCI LAT PUSTYNI


komentarze



Facebook