CO TO BĘDZIE ZA DZIECIĘ?
To, że pasterze jako pierwsi dowiadują się o narodzinach Zbawiciela, oznacza, że Jezus przychodzi w sposób szczególny właśnie do takich ludzi. Do tych najsłabszych, kalekich, do tych, którzy wcale nie należą do najpobożniejszych.

FOT. CHRIS JAMESON / CORBIS


DOMINIK JARCZEWSKI OP: Prologiem historii Jezusa jest dobrze znana scena zwiastowania. Czym wyróżniła się Maryja, że anioł przyszedł akurat do niej?

JUDYTA PUDEŁKO PDDM: Niewiele o niej wiemy. Skoro była zaręczona z Józefem i przygotowywała się do zamążpójścia, mogła mieć, zgodnie z panującym wtedy zwyczajem, 12–13 lat. Pozornie niczym się nie wyróżnia spośród innych dziewcząt mieszkających w Nazarecie. Ciekawe jest też to, że Nazaret wcześniej w ogóle nie pojawia się na kartach Biblii.

Nawet przez jakiś czas powątpiewano w jego historyczne istnienie…

To prawda. Dopiero szczegółowe badania archeologiczne, przeprowadzone w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, wykazały istnienie osady na tym terenie w czasach Jezusa. Dotąd poza świadectwem ewangelistów nie mieliśmy innych dowodów. Ewangelista pokazuje w ten sposób, że Pan Bóg przychodzi do bardzo zwyczajnych ludzi. Wiąże się z osobami, które nie wydają się niczym wyróżniać. Pozory jednak mylą – anioł nazywa tę niepozorną dziewczynę kecharitomene…

Pełną łaski…

Czyli osobą, na którą ta łaska została wylana w sposób niezwykły i jedyny w swoim rodzaju, czego skutki trwają cały czas. Już ten tytuł wskazuje, że Maryja nie jest taką zwyczajną dziewczyną.

Jej reakcja na słowa anioła sugeruje, że nie jest świadoma swojej niezwykłości.

Zupełnie nie ma o tym pojęcia. Jest bardzo skromna. Uważa siebie za osobę mało znaczącą i wszystko, co się dzieje w jej życiu, przypisuje Bogu. O tym, że w szczególny sposób została wybrana i obdarowana przez Boga, mówią nam inne osoby: Józef, Elżbieta, która nazywa ją „matką Pana”, pasterze, mędrcy, w końcu starzec Symeon. Wszystkie te elementy będą się układały w życiu Maryi w swoistą mozaikę i będą pokazywały, że to, co się zaczęło w Nazarecie, to, co usłyszała z ust anioła, jest prawdą i że rzeczywiście została zaproszona do niezwykłej misji.

To bardzo ważne dla naszego przeżywania wiary. Czasem chcielibyśmy otrzymać taki jeden, wyraźny znak i na nim wszystko zbudować. Tymczasem przykład Maryi pokazuje, że owszem, jest ten pierwszy impuls, ale potem zostaje on potwierdzony całą konfiguracją znaków, które dopiero razem utwierdzają ją w wierze.

Maryja stanowi wzór dla całego Kościoła. Jej „tak” jest furtką na początku wędrówki wiary. Co ważne, tę wiarę Maryja też musiała pogłębiać. Choć była bez grzechu, niepokalanie poczęta, musiała nieustannie wzrastać w swojej wierze. Tym bardziej że to, czego doświadczyła, było jedyne w swoim rodzaju. Do tej pory bowiem nigdy wcześniej nie zdarzyła się tak niezwykła ingerencja Boga w historię Zbawienia.

To niesamowicie radosne spotkanie, ale anioł odchodzi, a Maryja zostaje w ciąży, bez męża – niewesoła sytuacja…

Możemy zadać pytanie, dlaczego Pan Bóg tak to dziwnie sobie wymyślił. Chociaż Maryja jeszcze ostatecznie nie mieszkała ze swoim mężem, to była już zaręczona, czyli przynależała prawnie do przyszłego męża.

Mogła go już zatem zdradzić…

Mogła. W okresie rocznego przygotowania, między zaręczynami i zaślubinami, każda ze stron była do czegoś zobowiązana. Mężczyzna powinien w tym czasie zbudować dom albo zasadzić winnicę. Udowadniał w ten sposób rodzinie panny młodej, że może być dobrym mężem i ojcem. Natomiast narzeczona musiała w tym okresie bezwzględnie zachować dziewictwo – aż do momentu przeprowadzki do domu pana młodego. A Maryja była jeszcze przed taką przeprowadzką.

Pyta anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?

To pytanie można interpretować na dwa sposoby. Ojcowie Kościoła (szczególnie św. Augustyn) tłumaczyli, że Maryja chciała w swoim życiu zachować dziewictwo. Jest to o tyle problematyczne wyjaśnienie, że w czasach Maryi dziewictwo nie było ideałem. Ideałem było macierzyństwo i stąd też taka myśl mogła się wydawać dziwna. Jednak trzeba też wziąć pod uwagę, że Maryja była w sposób niezwykły obdarowana przez Boga i więź z Nim przeżywała w sposób o wiele głębszy niż inne izraelskie dziewczęta. Była wypełniona łaską Bożą, stąd mogła myśleć o tym, by całe swoje życie poświęcić Panu Bogu.

Istnieje też druga odpowiedź. Maryja zadaje sobie pytanie: Jak ja teraz pocznę dziecko, skoro jestem właśnie w tym czasie, kiedy absolutnie nie mogę tego zrobić? Skąd się to dziecko weźmie? Ja i mój narzeczony dopiero przygotowujemy się do małżeństwa. Jak Pan Bóg zadziała w tej sytuacji? Czy On przekroczy te wszystkie prawa, którymi ja, jako wierna Izraelitka, jestem związana? Tu jest właśnie ta niezwykła otwartość Maryi – stawia pytania, uczy się współpracy z Bogiem.

Józef, człowiek sprawiedliwy, postanawia postąpić honorowo i oddalić Maryję. Na czym to miało polegać?

Małżeństwo było kontraktem prawnym zawieranym zazwyczaj między rodzicami panny młodej i pana młodego. W pewnym momencie ciąża Maryi wyszła na jaw i Józef, który ją kochał, nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć. I tu znów mamy dwie możliwości. Maryja mogła wtajemniczyć Józefa w rzeczywistość Bożego planu i on mógł się zwyczajnie przerazić. No bo kto czuje się na siłach, by zostać przybranym ojcem Syna Bożego? Dlatego Józef postanowił się wycofać, czyli anulować kontrakt małżeński. Istnieje też druga możliwość, że Maryja nic nie powiedziała Józefowi, a on przypuszczał, że wybrała sobie innego mężczyznę. Oddalenie Maryi w takiej sytuacji byłoby czynem więcej niż honorowym. W mentalności semickiej, jeśli narzeczona czy żona zdradzała, traktowano to jako wielką plamę na honorze mężczyzny. Józef wybrał dobro Maryi. Oddalenie znaczyłoby tyle, co powiedzenie: Bądź szczęśliwa z tym, którego kochasz i którego dziecko nosisz. Chciał jej ofiarować wolność wyboru, ale na szczęście w tym momencie zainterweniował Pan Bóg, wskazując mu właściwą drogę.

Ta droga prowadzi do Betlejem. O co chodziło ze spisem ludności, o którym wspomina święty Łukasz?

Palestyna w czasach Jezusa wchodziła w skład Cesarstwa Rzymskiego. Aby można było ściągać podatki, urzędnicy cesarscy musieli wiedzieć, ilu mieszkańców zamieszkuje poszczególne prowincje. I w tym celu co jakiś czas przeprowadzano spisy ludności. Takie spisy mogły być powszechne lub lokalne. Spis, o którym mowa w ewangelii, był najprawdopodobniej spisem lokalnym i jako taki nie został udokumentowany. Mógł go zarządzić na przykład Herod Wielki.

To chyba nie było zbyt praktyczne – taka wędrówka do Betlejem. Co z tego, że Józef stamtąd pochodził, skoro mieszkał w Nazarecie i tam płacił podatki?

W spisie nie chodziło o miejsce zamieszkania, ale o przynależność rodową. Co ważne, spis dotyczył tylko mężczyzn, więc Maryja nie musiała wcale w nim uczestniczyć. Ale z jakiegoś powodu poszła z Józefem i zbiegło się to akurat z narodzinami Jezusa. W ten sposób Jezus mógł się narodzić w mieście Dawidowym.

To znaczy?

Betlejem było małą mieściną, ale było ważne, ponieważ narodził się w nim Dawid, najbardziej sławiony król w historii biblijnego Izraela. Panowanie Dawida wspominano jako czas największej pomyślności kraju i życzono sobie, żeby pojawił się kiedyś nowy Dawid i przywrócił utraconą świetność, wyzwolił lud z niewoli. Właśnie tego rodzaju oczekiwania zostały określone mianem oczekiwań mesjańskich. O tym mówi też prorok Micheasz w piątym rozdziale, wskazując, że nowy pasterz również narodzi się w Betlejem.

Ten Pasterz ukazuje się pasterzom.

Tereny w pobliżu Betlejem były terenami pasterskimi, a i Dawid, nim został królem Izraela, był pasterzem. Łatwo przy tym zapomnieć, że postać pasterza jest w Biblii ambiwalentna. Z jednej strony, Bóg nazywa się pasterzem swojego ludu, kolejni królowie też są nazywani pasterzami, a z drugiej strony, pasterze nie byli szanowanymi ludźmi. I nie chodzi tu tylko o sytuację materialną. Brak szacunku wiązał się przede wszystkim z tym, że przemieszczając się ze swoją trzodą w poszukiwaniu pokarmu, nie byli w stanie w sposób wierny i szczegółowy praktykować prawa mojżeszowego. Byli w jakiś sposób pogardzani, szczególnie przez tych bardziej pobożnych, uczonych w piśmie czy faryzeuszy. To, że pasterze jako pierwsi dowiadują się o narodzinach Zbawiciela, oznacza, że właśnie do takich ludzi przychodzi Jezus. Do tych najsłabszych, kalekich, do tych, którzy wcale do najpobożniejszych nie należą.

Również pora narodzin jest dziwna. Chciałoby się, by tak ważne wydarzenie dokonało się w samo południe. Tymczasem Chrystus rodzi się w środku nocy – ciemno, zimno – najgorsza możliwa pora.

Ewangeliści nie podają nam dokładnie godziny, o której urodził się Jezus. Ta pora wiąże się raczej z pasterzami, do których wiadomość o narodzeniu Jezusa dociera w nocy. Zresztą noc w rozumieniu biblijnym ma bardzo ciekawe znaczenie – symbolizuje władzę ciemności, która sprzeciwia się światłu, sprzeciwia się Bogu. Z jednej strony, jest to moment jakiejś tajemnicy, zagrożenia, niepewności, a z drugiej strony, wszelkiego rodzaju Boże interwencje w historii zbawienia odbywały się właśnie w nocy. W tradycji pozabiblijnej, w targumie palestyńskim, mamy tzw. Poemat czterech nocy, mówiący o Bożych interwencjach, które dokonały się właśnie o tej porze. Pierwszą taką interwencją było Stworzenie, drugą – Boża obietnica dana Abrahamowi, trzecią – noc paschalna, a czwartą miało być przyjście Mesjasza. Również u proroków można znaleźć ciekawe tropy. Grecki przekład fragmentu Księgi Zachariasza (6,12) o Mesjaszu tłumaczy „odrośl” jako „wschód słońca”. Wskazuje, że Mesjasz to będzie ktoś, kto przyniesie światło pośród ciemności. W podobnym duchu utrzymane jest też czytanie, które słyszymy w czasie pasterki : „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką” (Iz 9,5). Ludzie, którzy żyją w ciemnościach grzechu, otrzymują światło.

Światło nie tylko dla wiernych, ale również, jak powie starzec Symeon, „na oświecenie pogan”. Tych pogan też mamy w Betlejem. Kim byli tajemniczy trzej mędrcy?

To jest bardzo ciekawa historia. W naszej tradycji mówimy o trzech królach, ale ewangelista Mateusz nazywa ich magami.

Tacy magowie nie za dobrze się kojarzą?

Tak, ponieważ nawiązują do astrologów, których było sporo w Mezopotamii, i do wróżbitów na dworze faraona. Kojarzą się też z konfrontacjami między obcymi bóstwami a Bogiem Izraela. Józef Egipski rywalizuje z wróżbitami egipskimi, a Daniel – z babilońskimi, i obaj wygrywają. Tutaj jednak magowie są przedstawieni w sposób niezwykle pozytywny.

Możemy zapytać, skąd mogła pochodzić ta tradycja. Otóż w Księdze Liczb mamy bardzo ciekawą postać proroka Balaama, którego Filon z Aleksandrii nazywa właśnie magos. Balaam zostaje wezwany przez króla Moabu, Balaaka, żeby złorzeczył Izraelowi. Tak się jednak nie dzieje, bo Balaama opanowuje duch Boży i zaczyna błogosławić Izraela oraz wygłasza wspaniałe proroctwo mesjańskie. Mówi w nim o wschodzącej gwieździe z Jakuba.

Gwieździe betlejemskiej?

W pewnym sensie tak. Możemy znaleźć podobieństwo między Balaamem a naszymi mędrcami. Zobaczmy, że ten pogański prorok nie dał się zmanipulować swojemu królowi i z niezwykłą gorliwością szukał prawdy. Ta sama gorliwość prowadzi tajemniczych magów, którzy odnajdują znak – gwiazdę, wskazującą na narodziny jakiegoś niezwykłego króla. W starożytności bowiem powszechnie uważano, że każdy człowiek ma swoją gwiazdę i to, co się dzieje na ziemi, odpowiada temu, co się dzieje na niebie. Pojawienie się jakiejś niezwykłej, jasnej gwiazdy wskazywało więc na narodziny nieprzeciętnej osobowości.

Co ciekawe, istnieje też tradycja, że królowa z Saby była prowadzona do Salomona przez gwiazdę. Można sobie postawić pytanie, czy przypadkiem ewangelista Mateusz nie chciał nam pokazać, że Jezus jest synem Dawida, czyli nową mądrością Bożą, nowym Salomonem, do którego zmierzają narody pogańskie i pragną oddać Mu cześć.

Swoi natomiast nie potrafią Go rozpoznać…

Mateusz pokazuje bardzo wyraźny kontrast między postawą mędrców a postawą króla Heroda. Oni szukają, przemierzają daleką drogę, a mieszkający blisko, w Jerozolimie Herod odrzuca Mesjasza.

Tego Heroda to my znamy raczej z jasełek. A z drugiej strony, archeologia pokazuje go jako genialnego organizatora, budowniczego, który rozbuduje świątynię jerozolimską. To w końcu geniusz czy zakompleksiony wariat?

Myślę, że jedno i drugie da się pogodzić. Świadectwa pozabiblijne mówią nam, że Herod, przy całym swoim geniuszu, był niezwykle żądny władzy. Nie będąc z pochodzenia Żydem, potrafił zyskać przychylność imperium rzymskiego do takiego stopnia, że otrzymał koronę króla żydowskiego. I mając taki kompleks bycia nie-Żydem, nieakceptowanym przez lud, cały czas się lękał i trwożył, żeby nikt mu tej korony nie odebrał. Mamy liczne świadectwa mordów, których Herod dokonywał z lęku o władzę. Po kolejnym mordzie, dokonanym tym razem na jego dwóch synach: Aleksandrze i Arystobulu, sam imperator Oktawian August miał powiedzieć: „Lepiej jest być świnią Heroda niż jego synem”. Stąd też nie może nas dziwić jego zachowanie. Wiadomość o nowonarodzonym Królu wzbudziła nowe podejrzenia, lęki i kolejne wyroki śmierci.

Giną niewinni – święci „młodziankowie”. Tacy dziwni męczennicy, co nie wiedzieli nawet, za kogo giną…

Oni nie wiedzieli, ale Herod i mędrcy – tak. Ewangelia Mateusza bardzo jasno pokazuje, że Herod dokonuje mordu dzieci w obawie przed przyjściem Mesjasza. I młodziankowie oddają życie po to, aby ów Mesjasz mógł przeżyć i dokonać zbawienia. W tym sensie zostają włączeni w zbawczą misję samego Jezusa.

Jezus – Syn Boży zostaje po czterdziestu dniach ofiarowany w świątyni, a Maryja składa ofiarę oczyszczenia. O co chodziło z tym oczyszczeniem?

Kobieta, która urodziła dziecko, wchodziła w stan nieczystości rytualnej. W związku z tym po urodzeniu chłopca przez 40 dni przebywała w odosobnieniu. W tym czasie powracała do sił po porodzie, ale była też wyłączona z życia wspólnoty, również z kultu. Po czterdziestu dniach dokonywała rytualnego obmycia w mykwie i składała dwie ofiary: jedną – dziękczynną, drugą – przebłagalną. Według prawa miał to być baranek oraz gołąb lub synogarlica. Jeżeli ktoś był uboższy, mógł złożyć skromniejszą ofiarę, a więc parę synogarlic lub dwa młode gołębie. I ta ofiara, o której wspomina ewangelista Łukasz, była związana z zakończeniem tzw. nieczystości rytualnej w życiu Maryi.

Przy tej okazji należało też „wykupić” pierworodnego. Jezus został wykupiony, czy nie?

To osobna kwestia, bo według tego, co mówi nam Księga Wyjścia, wszystko, co pierworodne, należy do Boga i trzeba to wykupić. Księga Liczb podaje nawet dokładną cenę i jest to pięć szekli. Natomiast w Ewangelii Łukasza nie ma mowy o tego rodzaju opłacie. Jezus został tylko przedstawiony w świątyni Boga. Co to więc oznacza? Jezus nie przestaje przez całe swoje życie należeć do Boga. W scenie ofiarowania w świątyni możemy zauważyć nawiązanie do tego, że życie Jezusa jest w ręku Boga i zostanie w sposób szczególny Bogu oddane. To już taka subtelna aluzja do śmierci.

To dlatego już w tym momencie Symeon mówi Maryi o mieczu boleści?

Tak. Ale Symeon jest też bardzo ciekawą postacią z innego powodu. To starzec, który symbolizuje cały biblijny Izrael oczekujący  na Mesjasza. Wśród Żydów istniała tradycja, żeby imię i zawód przekazywać z ojca na syna. Z czym się to wiązało? Ano z tym, że istniało przekonanie, że jeżeli ja nie ujrzę Mesjasza, to będę mogła go zobaczyć oczyma moich potomków, moich prapraprawnuków. To oczekiwanie na Mesjasza było ogromne. Symeon również pragnął go zobaczyć. I Bóg obiecał mu, że on tego Mesjasza ujrzy – nie oczami syna, ale osobiście. Trudno więc się dziwić jego wzruszeniu.

Towarzyszy mu prorokini Anna. Taka ciekawa para staruszków…

Ciekawa para, bo taka też jest koncepcja w Ewangelii Łukasza, w której bardzo często obok mężczyzn występują kobiety. Sama Ewangelia zaczyna się przecież od dwóch zwiastowań: Zachariaszowi i Maryi.

Do świątyni powracamy w kolejnej scenie z życia Świętej Rodziny. Mija 12 lat i Jezus gubi się rodzicom. Jak to możliwe?

Pytanie tylko, czy rzeczywiście się gubi. Ale po kolei. Tekst mówi nam coś bardzo ważnego o relacjach panujących w rodzinie Jezusa. Otóż Jego rodzice mieli do Niego ogromne zaufanie. Nie pilnowali Go, nie trzymali za rękę, ale pozwolili przebywać w towarzystwie przyjaciół i byli przekonani, że razem z nimi powraca po zakończonych uroczystościach święta Paschy do Nazaretu. Dopiero później zorientowali się, że tak nie było. I zaczęli Go szukać. Jezus jednak się nie zagubił, tylko całkiem świadomie pozostał w Jerozolimie.

Dlaczego?

Jezus ma 12 lat. Dochodzi więc do bardzo ważnego etapu w życiu każdego Izraelity, w którym zaczyna świadomie przeżywać swoją więź z Panem Bogiem. Wiąże się to z rytem bar-micwy, podczas której młody Żyd samodzielnie czyta i komentuje księgę Prawa. Prawdopodobnie wizyta w świątyni zbiegła się z tym przełomowym momentem w życiu Jezusa. Poczuł się nie tylko dorosłym Izraelitą, ale zdał sobie sprawę z niezwykłej więzi, która łączy go z Bogiem. Myślę, że tak Go to zafascynowało, iż pozostał w świątyni, a ściśle rzecz biorąc, w jej krużgankach, gdzie spotykali się uczeni. I może właśnie w tym momencie Jezus odkrył swoje powołanie do bycia nauczycielem. Pozostaje zatem w świątyni, rozmawia, dyskutuje. I to jest też zadziwiające, że zachowuje się nie jak uczeń, czyli nie siedzi u stóp nauczycieli, ale – między nimi, jak równy. Wszyscy są zadziwieni…

Ale nikt Mu nie przeszkadza.

Ponieważ widzą, że ten chłopiec jest niezwykły, absolutnie przerasta rówieśników swoją mądrością. Jezus jak gdyby zapomina, że jest dwunastoletnim chłopcem, że jest synem Józefa i Maryi i że powinien z nimi wrócić do Nazaretu. Na pewno nie zrobił tego celowo, nie chciał ich zdenerwować ani sprawić im bólu. Dopiero gdy Maryja przywołuje Go do porządku i mówi: To, co uczyniłeś, sprawiło nam ból, martwiliśmy się o Ciebie, Jezus orientuje się, że to Jego głębokie doświadczenie wewnętrzne nie było tak obecne w życiu Józefa i Maryi. Chciał rozpocząć już swoją publiczną działalność, głosić, być nauczycielem. Słowa Maryi przekonują Go, że jeszcze jest na to za wcześnie, że będzie musiał poczekać.

To zdarzenie prowokuje jeszcze inne pytanie. Jezus został w domu Swojego Ojca, a jego rodzice zapomnieli, kim On naprawdę jest?

Jezus dla Józefa i Maryi też był tajemnicą. Wiedzieli od początku, że uczestniczą w jakimś niezwykłym Bożym planie, ale myślę, że Jezus ich nieustannie zaskakiwał. Bo z jednej strony, zachowywał się tak samo jak inni mali chłopcy. Zresztą Ewangelista bardzo zwięźle nam przekazuje, że Jezus „czynił postępy w mądrości, w latach
i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2,52), czyli podlegał normalnym prawom dojrzewania. Ale z drugiej strony rodzice Jezusa przeczuwali, że mają do czynienia z Kimś niezwykłym. Jednak na razie nie potrafili odpowiedzieć na pytanie, kim jest ich syn. Musieli się tego dopiero nauczyć.

To odkrywanie zawarte jest w powtarzających się słowach, że „Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19).

To ważne dla nas, bo pokazuje, w jaki sposób dojrzewa człowiek wiary. Dużo się dzieje: pojawiają się nowe postaci, nowe słowa i wszystko to staje się dla Maryi przestrzenią medytacji. Tekst Łukaszowy mówi dosłownie, że Maryja „gromadziła wszystkie te sprawy”, czyli dodawała jedne do drugich. I dopiero wszystkie te wydarzenia razem wzięte zaczynały tworzyć w jej sercu obraz, który wskazywał na Boże działanie i tajemnicę, w której ona uczestniczy. Tajemnicę, w którą trzeba się zagłębić. To oczywiście jest zaproszenie i dla nas, aby z jednej strony rozważać Boże słowo, bo w nim znajduje się prawda o tajemnicy Mesjasza, a z drugiej strony, również wydarzenia naszego życia czynić przestrzenią medytacji i spotkania z Bogiem.



Dominik Jarczewski OP - ur. 1986, dominikanin, doktor filozofii uniwersytetu Paris 1 Panthéon-Sorbonne, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów, mieszka w Krakowie. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

NAGRODA DLA WYTRWAŁYCH

KAMIEŃ OBRAZY

KTÓRZY SIĘ SMUCĄ

NIE ZATRACI

WSZYSTKO


komentarze



Facebook