MIAŁO NIE BYĆ CHOINKI

FOT. ANNA GAWLAK


Był grudzień 1944 roku. Znajdowaliśmy się w Brwinowie pod Warszawą. My – to znaczy rodzice, mój piętnastoletni brat Zbyszek, ja – siedmiolatek – oraz zaprzyjaźniona od lat z naszą rodziną opiekunka dzieci i gospodyni zwana Dudeczkiem. W Brwinowie znaleźliśmy się z początkiem września, wygnani z Zielonki, znajdującej się po drugiej stronie Warszawy i Wisły, usunięci stamtąd przez Niemców, którzy – nie wiedzieć po co – oczyszczali teren przed spodziewanym nadejściem Rosjan. Przewiezieni przez płonącą Warszawę na Dworzec Zachodni (było to już po upadku Starówki) dostaliśmy się do obozu w Pruszkowie, skąd udało się wydostać i schronić u przyjaciół w Brwinowie.

W połowie października dotarła do nas wiadomość, że mój najstarszy brat Jerzy, który jako plutonowy podchorąży walczył w powstaniu na Mokotowie, znajduje się w szpitalu w Skierniewicach. Wiadomość miała postać zapisanej niewprawnym pismem karteczki i była adresowana do gospodarzy zajętego przez nas mieszkanka, który to adres Jurek pamiętał. Takie kartki, czasami wyrzucane z pociągu, przekazywane od osoby do osoby, były niejednokrotnie jedyną nadzieją nawiązania kontaktu z bliskimi czy rodzinami. Bałaganiarscy podobno Polacy niezwykle skrupulatnie dostarczali te kartki adresatom lub osobom, które mogły przyjść z pomocą.

Po upadku powstania nie działały koleje, nie działała żadna komunikacja, ale rodzice bez chwili wahania podjęli decyzję – jedziemy do Skierniewic. Jak? Mieszkaliśmy przy stacji kolejowej i wiedzieliśmy, że mimo braku normalnych połączeń jakieś pociągi czy same parowozy od czasu do czasu jeżdżą. Polski zawiadowca stacji, dowiedziawszy się, że mama i ojciec chcą się dostać do syna rannego w powstaniu, zatrzymał przejeżdżający parowóz i tak dotarli do celu. Jurek w ostatnich dniach powstania w ataku na Królikarnię stracił prawą rękę. Po upadku Mokotowa rannych powstańców, już jeńców wojennych, przewieziono do Skierniewic i umieszczono czasowo w cywilnym szpitalu. Tam znaleźli go rodzice. Po powrocie z przejęciem opowiadali, jak czułą troskliwością powstańcy zostali otoczeni przez miejscowych. Gdy rana się podgoiła, Niemcy zabrali rannych, w tym Jurka, ze szpitala do stalagu, czyli obozu dla jeńców wojennych, także w Skierniewicach. Byli tam powstańcy, ale także berlingowcy (jak wtedy nazywano polskich żołnierzy od generała Berlinga, bezskutecznie pomagających powstańcom) i sowieci.

W Brwinowie było biednie, nie było za co żyć, wyszliśmy bowiem z Zielonki jedynie z tym, co dało się unieść na plecach. Pamiętam, że mama sprzedała złotą koronę z zęba. Wielką pomocą były zupy rozdawane na ulicach przez RGO (Rada Główna Opiekuńcza – jedyna dopuszczona przez okupantów organizacja charytatywna). Rodzice i Dudeczek ukrywali przede mną, ale chyba także i przed Zbyszkiem, że często byli głodni, bo „najpierw trzeba dać jeść dzieciom”. Ale mimo tego całego niedostatku zawsze coś zaoszczędzili, aby, korzystając znowu z życzliwości polskich kolejarzy, zawieźć cokolwiek Jurkowi do obozu. Obozem kierował Wehrmacht. Doświadczeni żołnierze chyba wiedzieli, że wojna się kończy, i pozwalali, choć nie za często, na widzenia.

Nadszedł grudzień, było coraz zimniej i głodniej. Któregoś dnia ojciec powiedział mi, że w tym roku nie będzie choinki. Byłem dzieckiem wojny, widziałem płonącą Warszawę, przeszedłem przez obóz w Pruszkowie, więc nie była to dla mnie niespodzianka. No cóż, nie będzie Wigilii, ciocia Ada nie wyjdzie pod koniec wieczerzy z powodu bólu głowy, co było dla mnie nieomylnym znakiem, że święty Mikołaj zaraz przyjdzie (tak, tak, prawdziwy święty Mikołaj przychodzi na Boże Narodzenie!), nie będzie worka z prezentami. Ale opłatek będzie, prawda? Ojciec potwierdził.

Kilka dni przed Wigilią rodzice czy może sama mama – nie pamiętam – znowu pojechali do Skierniewic, aby podzielić się opłatkiem z Jurkiem. Ale pojawiła się niespodziewana przeszkoda. Wartownik oznajmił, że widzenie jest niemożliwe, są dodatkowe zarządzenia. I cóż na to matka Polka? Jakby przypomniała sobie brata oficera (zginął nad Berezyną w 1920 roku) i czystą niemczyzną wydała niemieckiemu podoficerowi rozkaz godny feldmarszałka: Przyprowadzić komendanta, natychmiast! Feldfebel pobiegł i wrócił z komendantem. Rozmowa była trudniejsza, ale stanowczość Polki połączona ze łzami matki zwyciężyła. Dopuszczono do widzenia. Dla mnie skutek tej rozmowy był ważny. Otóż mój brat, dowiedziawszy się, że nie będzie w tym roku choinki, stanowczo zarządził (spotkał się powstaniec z matką!), że w polskim domu, w najtrudniejszych nawet czasach, musi być choinka. Nie pozwólmy okupantom rządzić w naszych domach!

I była…

I choinka, i opłatek, ten sam, którym mama podzieliła się z Jurkiem.

 


Jan Andrzej Kłoczowski OP - ur. 1937, dominikanin, prof. dr hab., historyk sztuki, teolog, filozof, duszpasterz, wykładowca, kaznodzieja, w latach 1973?1993 członek zespołu redakcyjnego miesięcznika "W drodze". Napisał m.in. "Więcej niż mit. Leszka Kołakowskiego spory o religię", "Drogi człowieka mistycznego". Mieszka w Krakowie (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Zawsze był inny?

DOBRY PASTERZ

ZNOSIĆ JEDEN DRUGIEGO

Z pokorą, ale bez lęku

Skazany na kłopot


komentarze



Facebook