POETA OD BOŻEGO NARODZENIA
My jesteśmy przekonani, że On powinien się urodzić u nas, a nie na jakimś wygnaniu, bo tylko u nas miałby dobrze! Zaraz byśmy Go obłożyli oscypkami, otulili pierzynami, nakarmili kiełbasami.

 

ANNA SOSNOWSKA: Wśród dominikanów krążą legendy o kolędowaniu w domu Bryllów. Jak to się zaczęło?

ERNEST BRYLL: Zupełnie przypadkowo. Jeden z naszych przyjaciół, ksiądz, który został w seminarium warszawskim opiekunem pierwszego roku, zapytał kiedyś, czy mógłby wpaść do nas na kolędowanie z klerykami. Wtedy Małgosia, moja żona, zadzwoniła też do zaprzyjaźnionego dominikanina i powiedziała: Słuchaj, przychodzą chłopcy z seminarium, może zakolędujecie razem? I tak jedni pojawili się w czarnych strojach, drudzy w białych. Było także wiele innych osób, bo kolędowanie to u nas w domu już tradycja. Nasza sąsiadka, która zajmuje się folklorem, ściągnęła jeszcze ludową orkiestrę spod Warszawy, więc graliśmy, śpiewaliśmy, trochę gadaliśmy o kolędach, no i tańce też musiały być, bo jak Narodzenie, to Narodzenie! Niezwykle fajne przeżycie.

Ale opowiem pani o jeszcze jednym kolędowaniu.

Też pod Bryllowym dachem?

Nie, w Radiu Józef, którego już nie ma. Mój przyjaciel Marek Jaromski (trochę szalony) zadzwonił i powiedział: Przyjedź do mnie do radia w święta, będziemy kolędować. Ja spytałem: Ale jak? Bo w mojej głowie jeszcze się nie zakodowało, że ludzie mają przecież telefony komórkowe. Atmosfera w czasie tej audycji była niezwykła – ja zaśpiewałem, Marek zawtórował i nagle całe radio zaczęło śpiewać, bo słuchacze dołączali do nas za pośrednictwem telefonów. Potem ktoś powiedział: To ja wam zaśpiewam kolędę z Podlasia, ktoś inny: A ja z pogranicza prawosławia i katolicyzmu. Nawet odezwali się ludzie gdzieś zza morza, którzy odbierali tę audycję przez internet.

Przykłada pan taką wagę do kolęd, do ich śpiewania, kultywowania, bo sam pan ich wiele napisał?

To prawda, niektórzy nazywają mnie nawet poetą od Bożego Narodzenia, ale dla mnie jest to ważne z innego powodu.

Jakiego?

My, jako chrześcijanie, na ogół podchodzimy do zagadnienia Bożego Narodzenia dość folklorystycznie i nie bardzo myślimy o tym, że wyznajemy religię monoteistyczną, absolutnie różną od wszystkich innych monoteistycznych religii. W porównaniu do mahometańskiego Allaha czy żydowskiego Jahwe, u nas nastąpiła generalna zmiana.

Bo Bóg stał się człowiekiem?

Tak. Ja to nazywam wielkim oksymoronem.

Czyli sprzecznością.

Ale taką, z której wynika coś zupełnie nowego. My wierzymy w to, co inne religie monoteistyczne uważają za kompletne szaleństwo, wierzymy w coś, co się nie mieści w ludzkiej logice, bo jak mógł się narodzić Ktoś, Kto jest wieczny? Jak wieczność może stać się czasowa? Wykład tej sprzeczności możemy znaleźć w pierwszej zwrotce kolędy „Bóg się rodzi” Franciszka Karpińskiego.

Dlaczego rozmyślanie o tym ma dla pana takie znaczenie?

Bo przez to, że Bóg przyszedł na ziemię, stał się, jak ja to mówię, bratem naszej krwi. W Chrystusie natura boska złączyła się w jakiś sposób z naturą ludzką, co jest bardzo trudne do pojęcia. W pierwszych wiekach to wszystko stanowiło poważne zagadnienie i wiele herezji zasadzało się na tym, że różni myśliciele chrześcijańscy nie byli w stanie tego ogarnąć, więc kombinowali z ciałem astralnym albo z tym, że Jezus to wysłaniec Boży, a nie Bóg. Albo mieli takie pomysły, że to wprawdzie Bóg, ale tylko udający człowieka, więc nie mógł odczuwać cierpienia. Niektórzy nalegali nawet, żeby wyrzucić początek Ewangelii Łukaszowej, bo śmierdzi pieluchami. A tymczasem dotykamy tu czegoś bardzo ludzkiego.

My chyba temu Dzieciątku też wolimy się przyglądać raczej z pewnego dystansu. Leży sobie takie święte Niemowlę w aureolce…

Ale przecież są też pieluchy i normalna cielesność. Nasza wyobraźnia cofa się przed tym, jednak dla mnie, jeżeli chce się w ogóle coś zrozumieć z naszej relacji z Bogiem, niezmiernie ważną sprawą jest przerobienie Jego człowieczeństwa. To szalenie istotne, bo przecież dotyka zmartwychwstania – jeśli nie było narodzin i śmierci, czyli czegoś dojmująco ziemskiego, to nie mogło być też powstania z grobu. Myślę, że musimy ten temat w naszym polskim katolicyzmie dobrze przepracować.

Dlaczego właśnie w polskim katolicyzmie?

Bo na ogół wszyscy jesteśmy jednością wiary, natomiast istnieją pewnego rodzaju odchylenia barw – inaczej na różne prawdy i sprawy reagujemy. Jesteśmy bardzo wrażliwi na Boże Narodzenie, chociaż w taki, powiedziałbym, ludowy sposób. Ja się czasami śmieję, że naszą sytuację opisuje kolęda „A wczora z wieczora”.

„A wczora z wieczora/ Z niebieskiego dwora/ Przyszła nam nowina/ Panna rodzi Syna”.

Ale gdzie Ona go rodzi? „Za wyrokiem boskim/ W Betlejem żydowskim”. Tymczasem my jesteśmy przekonani, że On powinien się urodzić u nas, a nie na jakimś wygnaniu, bo tylko u nas miałby dobrze! Zaraz byśmy Go obłożyli oscypkami, otulili pierzynami, nakarmili kiełbasami. Oczywiście nie przyjdzie nam do głowy, że też byśmy Go zatłukli jakimiś kłonicami albo czymś innym, bo złość natury ludzkiej jest wszędzie taka sama.

Czy my przez te wszystkie kolędowe, pastorałkowe opowieści nie próbujemy przypadkiem jakoś na swój sposób oswoić tematu wcielenia?

Jak najbardziej. Przez inne zwyczaje, jak choćby lulanie Jezusa, także. Ale to zawsze jest Jezus, który się nie zsika, o gorszej rzeczy nie wspominając. A przecież każdy, kto ma dzieci, wie, że jedną z rzeczy stanowiących o wyjątkowości relacji jest właśnie ta fizjologiczna bezbronność niemowlęcia. Które zresztą w tym przypadku Bóg oddaje w grube ręce dość nieokrzesanych pasterzy.

Ojciec Niebieski zachował się nieodpowiedzialnie?

Napisałem kiedyś satyryczną rozmowę aniołów specjalizujących się w PR i reklamie, rwących sobie pióra z tego powodu, że Pan Bóg kombinuje zupełnie bezsensownie w sprawie zesłania swojego Syna na ziemię. Zamiast zapewnić Mu takie miejsce urodzenia, w którym mówi się ogólnoświatowym językiem, czyli greką, no, ewentualnie po łacinie, a nie po aramejsku, zamiast zagwarantować Mu dobrze sytuowaną rodzinę, wykształconą, z odpowiednią pozycją społeczną, to Bóg zsyła Go do kraju pogardzanego przez resztę Imperium Rzymskiego, uważanego za takie, za przeproszeniem, zadupie, zamieszkane w dodatku przez wariatów, którzy nie chcą wysłać swojego Jahwe do Rzymu, co było ogólnie przyjętą wtedy zasadą wymiany kulturowej. Ale jakby tego było mało – myślą sobie anioły – Bóg jeszcze sprawił, że Jezus pochodzi z Nazaretu, z którego nie może być przecież nic dobrego, bo to taki przysłowiowy Pcim tamtego okręgu. Nie ma najmniejszej szansy, żeby Jezus zdobył uznanie. I tu tkwi pewnego rodzaju tajemnica, znowu mamy oksymoron, bo coś, co właściwie nie rokuje nic, daje niebywałe efekty. Oczywiście można to tłumaczyć zbiegiem okoliczności.

Dużo tych zbiegów okoliczności musiałoby być.

Tak, ale niektórzy uważają, że okoliczności głównie się zbiegają. A ja, jako poeta, podchodzę do tego tak, że skoro to jest tajemnica, to ja nie mogę tylko klęknąć przed nią na kolana, ale muszę spróbować ją zobaczyć, dotknąć jej. Skoro zaniosło mnie w którymś momencie mojego życia do żłóbka, to trzeba poklepać po pupce tę Nieskończoność, która tam leży, wejść z Nią w kontakt.

A może łatwiej byłoby nam to wszystko ogarnąć, gdyby Jezus zstąpił na ziemię już jako dorosły?

Przerabiałem temat wcielenia ciągle i na różny sposób, aż nagle zrozumiałem, że istota tkwi właśnie w Jego dziecięctwie. Niedawno napisałem wiersz, w którym Matka, podając nam Dziecko, mówi: „Przytul Je”. Dlaczego chodzi o relację z Dzieckiem? Bo każdy może Je wziąć na ręce, nawet jeśli jest to człowiek – nie lubię tego słowa – niegodny, nie w porządku, potrzaskany, popękany, niezałatwiony z sobą. Przytul Je, słuchaj, jak bije Jego serce, jak Ono jest związane z tobą.

„Bądź teraz silny, Tyś Dziecka obroną/ Nawet gdy w życiu twoim wszystko zagubione”.

Matka w moim wierszu apeluje do tego naturalnego odruchu opieki nad małym dzieckiem i przez to prosi o coś więcej. Bo to Dziecko jest Bogiem, więc przytulając Dziecko, przytulamy też Boga. Mam pewność, że ten akt przytulenia Miłości, nawet jeżeli wypełnia nas zwątpienie czy wręcz rozpaczliwie brakuje nam wiary, coś przed nami otwiera. W Bożym Narodzeniu jest wiele rzeczy nielogicznych, które nie śniły się żadnym filozofom, więc trzeba mieć wielką pokorę, żeby nie próbować ich uładzić w formę dowodu do przyjęcia. A problem z człowieczeństwem Chrystusa odbija się, moim zdaniem, także na naszej relacji z Matką Boską.

Wydawałoby się, że akurat z Maryją nie mamy w Polsce kłopotu, bo Jej kult trzyma się u nas całkiem nieźle.

Owszem, Polska jest krajem ponoć wielkiego kultu maryjnego, ale jednocześnie odnoszę wrażenie, że chce się go zepchnąć w pewnego rodzaju ludowość, folklor, a ludzie dostojni i wytworni w swoich rozumowaniach teologicznych patrzą na to z pewnego rodzaju pobłażliwością, bo przecież musi być jakiś teatr dla ubogich. Jako poeta widzę to tak, że na dole idą pielgrzymki, a na wieżach siedzą ci, którzy obserwują ten marsz z dystansem, czasem i niechęcią, bo ten kult maryjny ich uwiera. A przecież, kiedy przyglądniemy się obrazom Jezusa w sztuce, to widać na nich Jego pępek, co znaczy, że Chrystus był związany bezpośrednio z tą Kobietą. Czyli znowu dotykamy tej dojmującej życiowości i człowieczeństwa w Bożym Narodzeniu.

Które pan podkreśla w swoich wierszach chyba w jeszcze inny sposób – pokazując perspektywę śmierci, ku której będzie zmierzał Jezus. Pisze pan: „Zobaczył pyski wołów wielkie zaślinione/ I cień od uszu osła – cierniową koronę”.

Wie pani, u każdego narodzenia stoi śmierć. Taka jest tajemnica naszego istnienia i powód, dla którego zadajemy pytanie: po co żyjemy? Boże Narodzenie stawia przed nam wiele bardzo poważnych kwestii, dlatego ja nie mogę nie zastanawiać się nad tym, co się tutaj stało? Tymczasem my dziś zamieniamy te święta w zabawę, w Season’s Greetings ­– czas podarków.

Atmosfera kolorowych migających światełek czy reklamy z Mikołajem w roli głównej pojawiające się zaraz po Wszystkich Świętych raczej nie sprzyjają głębszej refleksji i namysłowi.

To prawda, że atakuje nas dziś sztuczność Narodzenia kupionego. Tak łatwo otrzymać obecnie substytuty wszystkiego – od szopki komputerowej do gotowej, już ubranej choinki. Nie ma tego elementu obecnego w dawnej obyczajowości: klejenia ozdób i łańcuchów czy lepienia pierogów. Szkoda nam na to czasu, bo przecież możemy te rzeczy kupić. I chociaż wydaje się to mało ważne, to zaczyna nas to zżerać od środka i tak naprawdę czai się za tym ogromne niebezpieczeństwo.

Jakie?

Na tę sprawę trzeba spojrzeć tak: klejenie łańcuchów czy lepienie pierogów to nie jest strata czasu, ale właśnie zyskanie czasu na przerabianie tajemnicy Narodzenia. Można wtedy pomyśleć, można o tym porozmawiać, poopowiadać, pouczyć się słów kolęd. Wiadomo, że my nie będziemy ich śpiewać jak gwiazdy popu, a nasze pierogi może nie będą takie eleganckie, jak te ze sklepu. No i co z tego? Uważam, że coś tu pęka, coś się wali, ale wiem też, że ludzie zaczynają zdawać sobie z tego sprawę i próbują to ratować. Wiem, bo to sprawdzam.

W jaki sposób?

Wybieram się czasem na Służew na roraty do dominikanów. Niezwykły kościół, nie wiadomo dlaczego panuje tam taka atmosfera modlitwy. Nie mam pewności, czy oni zasługują na taką łaskę Bożą, ale ja też nie zasługuję, a dostaję. Jest wcześnie rano, siąpi deszcz, przymrozek i wszystko generalnie do chrzanu. Ktoś podwiózł mnie z żoną, wchodzimy do kościoła. I wie pani co? To jakby scena z jakiegoś filmu. W ciemności i zimnie stoi tłum młodych ludzi, wielu z nich w garniturkach, z teczkami czy laptopami w rękach, bo zaraz potem idą do pracy. To mi przywraca wiarę, że właśnie ci młodzi, i to młodzi z większych ośrodków miejskich, dadzą sobie radę z tą sztucznością Narodzenia kupionego.

Mówi pan tu także o wspólnocie, o doświadczaniu czegoś razem. To mi uświadamia, że w wielu pana bożonarodzeniowych wierszach również jest dość tłoczno.

Relację z Bogiem w dużej mierze trzeba przeżywać samotnie, ale w wypadku Narodzenia i Dziecka nie jest to możliwe, bo nie da się adorować Dziecka, nie zajmując się Nim. Gdyby tak wszyscy uklękli i tylko się do Niego modlili, to Ono by zginęło. Czyli musi tu być jakiś udział, pomoc, zaangażowanie. Poza tym wspólnota staje się dla nas często ratunkiem, bo każdy z nas jest w taki czy inny sposób pokaleczony. Opisałem w jednej z moich sztuk, a potem przeniosłem do „Kolędy-Nocki”, taką sytuację, że ludziom poobcinano po jednym skrzydle. I mówią im: No lećcie, proszę, jesteście wolni! A oni nie mogą. I nagle zaczynają podawać sobie ręce i połączeni w gromadę ciężko, ale unoszą się ponad ziemię. I o to właśnie chodzi. A nie o to, żeby tak strasznie strzec swojego przeżywania Boga i nie dopuszczać tu żadnych zakłóceń. Może metafora jest niestosowna, ale znam poetów, którzy podobnie podchodzili do swojej poezji. A ja zawsze robiłem wszystko, żeby życie mi przeszkadzało w pisaniu wierszy, bo dopiero wtedy wychodziło to, co naprawdę musiałem napisać.

I uważa pan, że ta zasada sprawdza się także w przypadku wiary?

Tak, ja to tak właśnie widzę. Przychodzę na pasterkę pełen niepewności, czy ja to wytrzymam? Przecież będzie ciasno, duszno, długo, a ja mam tylko małe krzesełko; idę obłożony lekarstwami, bo jestem sercowiec. Wszystko zaczyna się przerażeniem, a pod koniec wybucha radość z tego, że On się narodził, cały kościół z tej radości po prostu chodzi. I nagle okazuje się, że dostałem nowe siły, wracam nawet fizycznie odrodzony, bo naładowały mnie te promienie, fluidy bijące od innych ludzi.

Czy wcielenie Boga do czegoś pana zobowiązuje?

Przede wszystkim do myślenia – ale nie abstrakcyjnego! – o tym, co się stało w żłóbku, do próby zobaczenia tego, bo w przypadku ludzi takich jak ja, sam zachwyt niewiele daje. Odczytuję to jako mój obowiązek. To, że Bóg stał się moim bratem, stawia przede mną wiele wyzwań i nawet jeśli nie potrafię im sprostać, to przynajmniej muszę wiedzieć, że nie dałem sobie z tym rady.

 


Ernest Bryll - ur. w 1935 r. w Warszawie. Poeta, autor "Kolędy-Nocki" oraz wielu innych sztuk scenicznych, oratoriów, musicali, tekstów piosenek i programów telewizyjnych. Tłumacz z języka irlandzkiego, czeskiego oraz jidysz. W latach 1991-1995 był ambasadorem Polski w Irlandii. Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Anna Sosnowska - ur. 1979, absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, współautorka książki "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary", wcześniej związana z kanałem religia.tv, gdzie prowadziła programy "Kulturoskop" oraz "Motywacja jest kobietą". Redaktor naczelna portalu Aleteia. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Przyśpiewka na powitanie Ojca Świętego

Pochmiel

Biały jeleń

...dotknąć Niewyrażalnego

Feudalnie


komentarze



Facebook