ROK FRANCISZKA

 

Mijający rok, Rok Wiary, zostanie w pamięci wielu z nas jako czas zaskoczenia i zawierzenia. Już pierwsze dni lutego były mocnym uderzeniem, gdy dowiedzieliśmy się o abdykacji papieża Benedykta XVI. Pojawiło się wtedy wiele komentarzy, z których przebijało nie tylko zaskoczenie i zadziwienie, ale także swego rodzaju dramatyzm.

Nie wszystko rozumiejąc, nie szukając też prostych i łatwych odpowiedzi, próbowałem z moimi wychowankami, klerykami poznańskiego seminarium, przeżyć ten czas w duchu zawierzenia. Wierzymy przecież, że Pan Jezus jest ze swoim Kościołem zawsze, także wtedy, gdy dzieją się sprawy, które nas zaskakują, których nie rozumiemy. Zatem wołaliśmy, każdy jak potrafił: „Jezu, ufam Tobie”. Szczególnie mocno trzymaliśmy się Pana Jezusa, gdy papież odjeżdżał do Castel Gandolfo. Zrobiło się jakoś pusto… ale „Jezu, ufam Tobie”. Tamtego wieczoru podczas Eucharystii świętowaliśmy moje spóźnione imieniny, mój święty patron został gdzieś z boku, choć i jego prosiliśmy, aby był z nami w tym szczególnym czasie.

A potem czekaliśmy, nasłuchiwaliśmy i modliliśmy się. Ileż to było spekulacji co do kandydatów, niektórzy byli prawie pewni. Także w naszej wspólnocie pojawiali się zwolennicy tej lub innej osoby. Wielu nawet adoptowało kardynała, modląc się za konkretnego członka kolegium kardynalskiego. Ja natomiast zacząłem ogłaszać wkoło, że zamierzam włączyć się w wybór nowego papieża. Widziałem zdziwienie wielu osób. Moje postanowienie wynikało z prostego rozumowania: skoro dzieje się coś ważnego w Kościele, który kocham i na którym mi bardzo zależy, nie mogę pozostać z boku. Nikogo nie adoptowałem, ale modliłem się mocno o właściwy i Boży wybór, nie ograniczając Bożej Opatrzności żadną propozycją, żadną konkretną osobą. Ale skoro się modlę, aby wypełniło się wszystko, czego chce Pan Jezus, to i ja uczestniczę w tym ważnym wyborze. Więcej, na pewno będzie wybrany „mój kandydat”. I tak… wybrałem wraz z kardynałami papieża.

Samo ogłoszenie wyboru, które śledziliśmy w naszej wspólnocie, mocno nas zaskoczyło, ale przecież skoro to był mój wymodlony kandydat, to po pierwszym poruszeniu serca i zdziwieniu przyjąłem go jako wymodlonego papieża. Zaskoczenie moje jednak było tak duże, że gdy ogłaszano wybór, na początku myślałem, że źle zrozumiałem łacińskie słowa. Zresztą podobne doświadczenie było udziałem większości moich współbraci, a także komentatorów telewizyjnych i radiowych. Ale najważniejsze było to, że mamy papieża, papieża Franciszka.

Od początku nowy papież budził wiele różnych emocji, jego słowa, gesty, niekonwencjonalne zachowania w jednych wzbudzały zachwyt, innych dystansowały. Jednak, co było i jest najważniejsze, papież porusza serca i umysły wszystkich. Chyba nie ma ludzi obojętnych na niego.

Gdy dzisiaj, po kilku miesiącach, zastanawiamy się nad różnymi słowami i zachowaniami papieża, ale także nad tym, co działo się w nas, w naszych sercach, dostrzegamy, jak bardzo ważna jest autentyczność jego życia Ewangelią, jak bardzo nas to pociąga. Z wielu stron świata słychać o nawróceniach, które dokonują się po spotkaniach z Franciszkiem, o powrotach do wiary, do Kościoła. To, o czym często piszą media, czyli o potrzebie reformy kurii rzymskiej, czy innych strukturalnych zmianach w Kościele, schodzi na dalszy plan. Najważniejsza staje się autentyczność więzi z Jezusem Chrystusem, z której wszystko wynika i której wszystko ma służyć. Papież jednoznacznie demaskuje wszelką sztuczność, udawanie i brak autentyczności, a jednocześnie, dzięki temu, co mówi i robi, jest świadkiem radości Ewangelii. Pewnie to nie przypadek, że jego ostatnia adhortacja apostolska nosi tytuł „Radość Ewangelii” (Evangelii Gaudium).

Rok Wiary to czas zaskoczenia i zadziwienia. Dla mnie takim zaskoczeniem była decyzja papieża Franciszka o mianowaniu mnie na biskupa. Zauważyłem, że w wielu wiadomościach i komentarzach prasowych zaskoczenie i zdziwienie były jeszcze większe niż moje. Bo przecież, jak napisał jeden z dziennikarzy, tylu było bardziej predysponowanych i oczekiwanych kandydatów, a papież powołał kogoś z cienia. Moja nominacja była potwierdzeniem, że Franciszek
zaskakuje.

Uznając, że każdy ma prawo do własnej opinii, dzielę się moim osobistym doświadczeniem. Uczę się być człowiekiem wierzącym w Boga, który jest Bogiem żywym, bliskim, nieustannie towarzyszącym człowiekowi w drodze. Bogiem, który nas nigdy nie zostawia, ale zawsze jest blisko, którego Biblia nazywa Emmanuelem, Bogiem z nami. A jednocześnie Bogiem, któremu zależy na każdym człowieku, który każdego szanuje i kocha w jedyny i niepowtarzalny sposób. I chociaż Bóg czasami nas zaskakuje, przychodzi inaczej niż sobie to wymarzyliśmy, to jednak przychodzi, jest blisko. I dlatego uczę się mówić: „Jezu, ufam Tobie”, także wtedy, gdy On zaskakuje, gdy nie rozumiem. Zaskoczenie nie musi być dramatem, tragedią, może być otwarciem czegoś nowego, piękniejszego, jeśli pozwolimy sobie przeżyć to nie sami, ale z Jezusem.

 


bp Damian Bryl - ur. 1969, biskup pomocniczny archidiecezji poznańskiej, dr teologii duchowości, studiował w Poznaniu i Pampelunie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Nie wystarczy zmiana struktur

Powołanie Piotra

Święta Tereska w Waszyngtonie

"Anna Solidarność"

KOCHAM CIĘ. KROPKA.


komentarze



Facebook