CHWILA SZCZĘŚCIA, ŻE ŻYJEMY
Są obrazy, które będę pamiętała do końca życia. Po jednym z wybuchów zaczęłam odrzucać kawałki muru i cegieł z nadzieją, że uda się kogoś uratować. Zobaczyłam fragment ubrania. Z nową siłą wbijałam się w gruz. Wstrząs, jaki przeżyłam, był ogromny. Okazało się, że był to obszarpany fragment ludzkiej ręki.

Izabella Dziabaszewska, fot. archiwum redakcji


 Roman Bielecki OP: Zacznijmy od początku wojny…

Izabella Dziabaszewska: W 1939 roku miałam piętnaście lat i przygotowywałam się do nowego roku szkolnego w trzeciej klasie w prywatnym gimnazjum pani Taczanowskiej w Warszawie. Szkoła zaczynała się wtedy trzeciego, a nie jak dziś pierwszego września. Mówiło się o nadchodzącej wojnie, ale podkreślano, że będzie trwała krótko – miesiąc lub dwa, a my na pewno damy sobie radę z Niemcami, którzy mieli cierpieć z powodu kryzysu ekonomicznego i być mniej waleczni od naszego wojska. 

Najazd hitlerowski zastał nas w Chylicach pod Warszawą, niedaleko Piaseczna. Moi rodzice wynajmowali tam mieszkanie na okres wakacji. Okazało się, że to mieszkanie będzie naszym domem na czas okupacji, bo kamienica, w której mieszkaliśmy, przy ul. Siennej 13 w Warszawie, została całkowicie zniszczona w wyniku nalotów, a my straciliśmy wszystko – meble, rzeczy osobiste. Nie mieliśmy do czego wracać.

Jak przeżyła to pani rodzina?

Ojciec był słabego zdrowia. Nabawił się dolegliwości, będąc w niewoli pruskiej w czasie I wojny światowej. Kampania wrześniowa i oblężenie Warszawy pogorszyły jego stan i tato zmarł 1 grudnia 1941 roku. Mój starszy brat Władysław wycofał się we wrześniu 1939 roku razem z polskimi wojskami do Rumunii, a potem przez Francję trafił do Anglii. Drugi z braci – Seweryn – nie mogąc znieść bierności i chcąc czynnie walczyć z Niemcami, w 1940 roku przedarł się do Jugosławii i ostatecznie trafił również do wojsk alianckich w Wielkiej Brytanii. Długo nie było wiadomo, co się z nim dzieje, aż któregoś dnia dostałyśmy anonimowe zdjęcie, na którym był on i jego kolega nad brzegiem Adriatyku. Zostałyśmy we trójkę – matka, ja i moja starsza siostra Stefania, która była nauczycielką w gimnazjum w Tczewie, ale oczywiście jako Polka nie mogła tam dalej uczyć. Dostała pracę w szkole zawodowej w Piasecznie i dzięki temu nas utrzymywała.

Czym się pani zajmowała podczas okupacji?

Po rocznej przerwie kontynuowałam naukę na tajnych kompletach. Było to trudne i czasochłonne ze względu na codzienne dojazdy podmiejską kolejką do centrum Warszawy. Wtedy trafiłam do konspiracji, ale nie pamiętam, kto mnie do tego namówił. Nie pamiętam też momentu zaprzysiężenia do AK, a przecież musiało ono mieć miejsce, skoro zostałam formalnie przydzielona do oddziału, choć ze względu na przebywanie poza miastem miałam mniej możliwości pracy konspiracyjnej niż moje koleżanki. Zajmowałam się kolportażem podziemnej prasy. Wszystko oczywiście w tajemnicy przed siostrą i matką. Pomagał mi w tym mój wygląd, bo przypominałam typową Aryjkę – blond włosy i niebieskie oczy. Patrole Wehrmachtu mnie nie rewidowały, bo traktowały jak swoją. 

Początkowo udzielałam się także jako wolontariuszka w podwarszawskim domu weterana w Skolimowie, prowadzonym przez panią Ninę Młodziejowską-Szczurkiewiczową. Opiekowałam się tam rannymi żołnierzami i prowadziłam zbiórki rzeczy dla rodzin poszkodowanych w czasie wojny. Pani Nina wysłała mnie do pracy w PCK w Szpitalu Ujazdowskim, a tam zostałam skierowana na kurs sanitarny i zdobyłam umiejętności, które mi pomogły w czasie powstania.

Jakie było to lato 1944 roku?

Czuło się napięcie w powietrzu. Może dlatego, że z większą częstotliwością wywożono Polaków na roboty do Niemiec, wzmogły się łapanki i publiczne egzekucje. Atmosfera zagrożenia stała się tak powszechna, że aż nieznośna. Każdy ze znajomych, z którymi się spotykałam, zastanawiał się, ile to może jeszcze potrwać, bo udręka była potworna. A jednocześnie widać było, że Niemcy przegrywają na froncie wschodnim. Chodziłam w okolice mostu Kierbedzia i z satysfakcją oglądałam wycofujące się na zachód niemieckie siły wojskowe. To nie byli zwycięzcy. Wyglądali tragicznie i to był piękny widok. 

Gdzie panią zastał pierwszy sierpnia?

Dostałam rozkaz stawienia się w domu na rogu ulic Kazimierzowskiej i Narbutta. Zupełnie nie pamiętam, ilu nas wtedy było. Siedzieliśmy na drugim piętrze kamienicy w pokoju, w zupełnej ciszy, czekając na dalsze rozkazy. Kilka obcych dla siebie osób w cudzym mieszkaniu. Spokój zmieszany z napięciem, co będzie dalej.

Późnym popołudniem usłyszeliśmy strzały. Dyskretnie wyjrzałam na ulicę i zobaczyłam upadającego na środku jezdni niemieckiego żołnierza. Po chwili strzelanina ucichła. I znowu zaległa cisza. Czuliśmy, że rozpoczęło się powstanie, ale nikt nie przychodził z rozkazami. Nie wiedzieliśmy, co robić. Było dość późno, kiedy jeden z chłopaków poszedł na zwiady. Wrócił szybko i powiedział, że musimy się jak najszybciej ewakuować, ponieważ Niemcy przeczesują kolejne budynki, a powstanie przesunęło się w inne miejsce. Wychodziliśmy w pośpiechu. Pojedynczo przebiegaliśmy jezdnię i padaliśmy w jakieś krzaki płasko przy ziemi, bez ruchu. Była cisza. Nikt nas nie zauważył, nikt nie strzelał. Czołgaliśmy się powoli, aż trafiliśmy na pierwszy powstańczy posterunek przy ulicy Szustra. Okazało się, że stacjonuje tam oddział batalionu „Baszta”. Tu nasza grupa się rozpadła i nie przypominam sobie, żebym później kogoś spotkała.

Znała pani kogoś z „Baszty”?

Nie bardzo, ale szybko się zorientowałam, że osób takich jak ja, bez formalnego przydziału, jest więcej i do końca powstania stale ich przybywało. Wynikało to z tego, że wielu z powstańców nie dotarło na miejsce swoich zgrupowań, a niektóre z oddziałów zaraz na początku zostały rozbite. 

Jak wyglądała powstańcza codzienność?

Robiłam to, co mi kazali. Bardzo chciałam być przydatna. Denerwowała mnie bezczynność. Początkowo wysyłali mnie do prac porządkowych, potem byłam lokalnym kurierem i pomagałam wyciągać rannych po wybuchach. Staraliśmy się stworzyć namiastkę normalnego życia. To była jedna wielka rodzina, a poczucie wspólnej sprawy było szalenie głębokie i silne. Byliśmy młodzi i pełni wiary, że to, co robimy, jest słuszne. Wszystko, co się między nami wtedy działo – zaufanie, wzajemne wsparcie i pomoc – były zawsze niezwykłe. Nikt nie mówił, że przegramy. To był wielki zryw. Wierzyliśmy w wygraną. Najpiękniejsze było to, że mogliśmy mówić po polsku, bez tego znienawidzonego niemieckiego szwargotu. Z tego, co słyszałam, to byli między nami też księża i odprawiali msze, ale tam, gdzie ja walczyłam, nie spotkałam ich i powiem szczerze, że z pacierzem było wtedy krucho. 

A jak pani zapamiętała życie mieszkańców miasta? 

Ich los był dużo gorszy niż nas, powstańców, czynnie zaangażowanych w walkę. W chwilach przerwy rzesze cywilów przemieszczały się przez dzielnice stolicy. Oczywiście o tyle, o ile pozwalali im na to Niemcy. Jedni chcieli wrócić do swoich najbliższych, z którymi zostali rozdzieleni w wyniku wybuchu powstania. Inni szukali sposobności wydostania się poza teren walk i samego miasta. W piwnicy willi przy ulicy Szustra, w której przez chwilę stacjonowaliśmy, przebywała właścicielka posesji – matka z córką w moim wieku. Obie, kiedy panował względny spokój – co się zdarzało niezwykle rzadko – wychodziły na zewnątrz zaczerpnąć choć trochę świeżego powietrza. Zamieniały z nami kilka zdań i po chwili wracały do schronu. Z całego serca współczułam tej dziewczynie, którą matka kurczowo trzymała przy sobie. Były przerażone tym, co się działo, a ten lęk paraliżował je i wpędzał w bierność, nakazując siedzieć nieustannie w piwnicy. 

Oczywiście były też głosy krytykujące naszą walkę. Mojego krewnego – Kazimierza Jarzyńskiego – wybuch powstania zaskoczył wraz rodziną na Starym Mieście. Mieli pięcioletniego synka. Mimo że przeżyli powstanie, to z braku odpowiedniego odżywiania i od przebywania w zapylonym i brudnym pomieszczeniu dziecko zachorowało na krwawą biegunkę. Po kapitulacji, wraz z innymi cywilami, byli pędzeni w morderczym marszu do Pruszkowa i podczas tej drogi ich synek zmarł z wycieńczenia. Kiedy ich potem spotkałam, teściowa mojego kuzyna nie mogła mi tej śmierci wybaczyć i obarczała mnie winą za to, co się stało. 

Co zapamiętała pani jako dotkliwy brak?

Żyliśmy od początku w zupełnych ciemnościach. Zaraz na początku powstania Niemcy wyłączyli prąd w dzielnicach, w których toczyły się walki. Podobnie było z wodą. Wszędzie jej szukaliśmy. Zdarzało się trafiać na ziemię niczyją, której nie atakowały niemieckie bombowce, bojąc się trafić w swoich. Były to wąskie pasy opustoszałych budynków oddzielające od siebie posterunki polskie i niemieckie. I tam najczęściej była woda. Nocami, za cenę bycia dostrzeżonymi i z narażeniem życia, przekradałyśmy się tam z koleżankami, penetrując puste kondygnacje i chcąc wykorzystać nawet najmniejsze ilości wody do przemycia się i odświeżenia. Chodziło o utrzymanie higieny osobistej na minimalnym poziomie. W późniejszych dniach powstania nawet i tego brakowało i chodziło się w tych ubraniach, które się miało na sobie. Mimo to nie przypominam sobie żadnych chorób i dolegliwości skóry. To było ciepłe lato.

Może to głupie pytanie, ale zapytam: Czy pani się bała?

Lęk to doświadczenie, z którym się człowiek zżył. Pięć lat wojny nauczyło wszystkich, że życie można stracić w każdej chwili. Wcale nie byłam jakaś odważna. Miałam chwile przerażenia. Bliskość rozrywających się pocisków jest nie do opisania, ale jednocześnie nie było czasu, by się zastanawiać, jak się zachować – jak komuś pomóc, jak odskoczyć od potencjalnego wybuchu – wszystko działo się w ułamkach sekund. 

A chwile odpoczynku?

Spaliśmy, gdzie się dało i kiedy się dało – na siedząco, opierając się o mur, przykładając głowę do kawałka ziemi. Nikt się nie rozbierał, kładliśmy się w ubraniu. Byliśmy słabsi od Niemców i tak naprawdę to oni decydowali o tym, kiedy walczymy – broniąc się lub przemieszczając w nowe miejsca. Przecież nie mieliśmy żadnej ciężkiej broni, zwłaszcza przeciwlotniczej, więc niemieckie bombowce mogły dzięki temu nurkować ukośnie i zrzucać bombę na wysokości drugiego lub trzeciego piętra kamienicy, w ten sposób, że przelatywała w środku przez klatkę schodową, aż do piwnicy, i wybuchała dopiero na samym dole, niszcząc budynek od środka.

Zdarzyło się pani strzelać?

Wiedziałam, jak się to robi, i chłopcy czasem dawali mi karabin, żebym spróbowała. Ale one bardzo odbijały bark i zostawał ogromny siniak. Nigdy nikogo nie zabiłam, choć przyznam, że zdarzyło mi się strzelać do Niemców. 

Wiedzieliście o niemieckich mordach w czasie powstania? Na Mokotowie, gdzie pani walczyła, dokonano egzekucji na Rakowieckiej i na Olesińskiej.

Nie wszystkie wiadomości do nas docierały. Początkowo kontakt między poszczególnymi dzielnicami był jako taki, ale potem byliśmy od siebie odcięci. Niemcy na początku powstania zachowywali się agresywnie i okrutnie. Nazywali nas bandytami. Im dalej jednak, tym bardziej nabierali do nas szacunku i chyba zrozumieli, że zbiorowe mordy wzmagają naszą wolę oporu i prędzej zginiemy, niż się poddamy. Mimo to, mimo różnych prób rozmów dowództwa z Niemcami, do końca się słyszało, że byli bezwzględni wobec rannych, chorych i niedołężnych i zabijali ich na miejscu.

A co z głodem?

Dostawaliśmy skromne posiłki z kuchni polowej. To było bardzo niewiele. Gotowana soczewica, brązowego koloru. Chodziliśmy chudzi jak patyki. Jeśli ktoś znalazł kromkę suchego chleba, to jadł ją ze smakiem. Powiem więcej. Przed wojną byłam strasznym niejadkiem, mama różnymi sposobami namawiała mnie do jedzenia. Mówiła: Izuniu, jak zjesz, to pójdziemy kupić sukienkę albo płaszczyk. A potem przeszło, jak ręką odjął. Powstanie nauczyło mnie nie grymasić (śmiech).

Mówi pani o tym z uśmiechem, jakby nie dostrzegając grozy tamtych dni.

To nie tak. Po prostu w tym napięciu trzeba było jakoś odreagować. Stąd i śmiech. Kiedyś wraz z pewną łączniczką wysłali nas do centrum Mokotowa. Było słonecznie – dziwnie cicho i spokojnie. Szłyśmy jakąś ulicą willową, która nie wyglądała na bardzo zniszczoną. Widok był bardzo inny od tego, co otaczało nas na co dzień. Mniej gruzu, więcej zieleni. Chwila swobodnego oddechu. I nagle ten charakterystyczny zgrzyt „ryczącej krowy” – działa przeciwpancernego. Pięć albo sześć razy, świst, ogromny wir powietrza i okropny huk. Padłyśmy przytulone do ziemi, skulone, z zamkniętymi oczami, oniemiałe, ogłuszone, oszołomione i wystraszone. Trwało to bardzo długo. Gdy opadł pył, wyprostowałyśmy się, nie wierząc, że żyjemy. Dookoła dalej nic nie było widać. Pylna zasłona. Spojrzałyśmy po sobie. I zaczęłyśmy się głośno śmiać, nie zważając na żadne zasady bezpieczeństwa. Włosy miałyśmy postawione sztywno na sztorc. Spinki do włosów zniknęły, a my pełne odłamków i liści wyglądałyśmy jak straszydła. To był atak śmiechu. Krótka chwila radości, chwila szczęścia, że żyjemy, bo pocisk trafił w sąsiednią willę. 

Docierała do was aliancka pomoc?

Czekaliśmy na nią, choć z upływem czasu coraz bardziej zdawaliśmy sobie sprawę, że nie nadejdzie. Były oczywiście zrzuty, ale ze względu na ciągle kurczący się teren walk trafiały bardzo często w niemieckie ręce. Nam się udało ocalić tylko dwa. Tyle pamiętam. Były też zrzuty sowieckie, ale one budziły niesmak i żal, bo często trafiała się w nich broń z niepasującymi do niej nabojami. 

Kiedy się dowiedzieliśmy, że Rosjanie stoją po drugiej stronie Wisły, to skakaliśmy z radości i kompletnie nie rozumieliśmy, dlaczego nie forsują rzeki, biernie obserwując wykrwawianie się miasta. Potem zrozumieliśmy, że to zachowanie było celowe. To był czysty bandytyzm wobec powstańców. Nie da się tego inaczej określić.

Gdzie panią zastała kapitulacja? 

W przedostatnim dniu walk byliśmy ściśnięci na bardzo małym obszarze dzielnicy przy ulicy Bałuckiego. Zniszczenia były tak ogromne, że nie sposób było rozpoznać, czy miejsce, w którym jesteśmy, jest placem, ulicą, skwerem czy domem mieszkalnym. Jedno wielkie gruzowisko zryte lejami po bombach i pociskami. Kikuty czegoś, co dawniej było drzewami. Wszystko w szarym kolorze. Zwały gruzu. Popielata od pyłu zieleń, potrzaskane okiennice i wygięte rury. Wieczorem 26 września zebrano nas i poinformowano o ewakuacji kanałami do Śródmieścia. Było nas tak wielu, że szczelnie wypełniliśmy teren między rumowiskami budynków, czekając na swoją kolej. Byliśmy śmiertelnie zmęczeni i głodni, ale nie przypominam sobie, żebyśmy rozmawiali o jedzeniu. Może dlatego, że przywykliśmy do funkcjonowania z pustymi żołądkami. Czekaliśmy tak całą noc. A rano 27 wrześ- nia przyszedł rozkaz dowództwa o kapitulacji Mokotowa. 

Wychodziliśmy pojedynczo przez bramę, przed którą stali niemieccy żołnierze. Z tamtego momentu pamiętam dwa krańcowo różne od siebie obrazy. Jeden to głuchy, metaliczny i przerażający szczęk upadającej broni, którą chłopcy rzucali pod nogi Niemców. I drugi, gdy nasi chłopcy szli przede mną wyprostowani, z godnością, mimo zniszczonych ubrań, zmęczenia na bladych i niedożywionych twarzach. Nie stwarzali wrażenia pokonanych. To był niezwykły widok.

Co było potem?

Rannych i nas, dziewczęta, oddzielono od reszty i wsadzono na odkryte ciężarówki, przewieziono na nieznaną mi rampę kolejową i załadowano do wagonów towarowych. Jak się później okazało, wieźli nas do Skierniewic. To zaledwie dziewięćdziesiąt kilometrów za Warszawą, a jechaliśmy 25 godzin. Wielu podczas tej podróży uciekało, ale my, jako sanitariuszki, miałyśmy poczucie, że trzeba zostać z rannymi i opiekować się nimi do końca. Na miejscu umieszczono nas w obozie, w którym znajdowały się puste baraki po jeńcach radzieckich. To był duży obóz, podzielony na oznakowane sektory. Miał pełnić funkcję przeładunkową. Stamtąd zabierano ludzi na roboty do Rzeszy. 

Byłyśmy tak potwornie zmęczone podróżą, że nie zważając na nic, rzuciłyśmy się na prycze i natychmiast zasnęłyśmy. Rano obudziłyśmy się „z przychówkiem”. Przez całe powstanie udało nam się uniknąć wszy, a tu wystarczyła jedna noc, żeby insekty weszły w nasze ubrania. Koszmar.

Czym się tam pani zajmowała?

Na początku nie mogłyśmy opuszczać terenu obozu. Po pewnym czasie pozwolono nam pod nadzorem chodzić do pobliskiego szpitala, w którym znajdowali się ranni żołnierze, zarówno powstańcy, jak i Rosjanie. Niemców nie spotkałam. Warunki opłakane. Wszystkiego brak, a potrzeby ogromne. I ta bezsilność. Pamiętam jednego z żołnierzy radzieckich, który prosił mnie o pomoc, pokazując na swoją nogę. Kiedy podniosłam prześcieradło, widok był potworny. Rozpruta noga i rana, w której kłębiło się robactwo.

Jak udało się pani uciec?

Skorzystałam z niemieckiego rozprężenia i braku rygoru. Pod koniec 1944 roku Niemcy nie byli już tak butni i pewni siebie. Dawało się wyczuć, że przegrywają wojnę. Dlatego którejś nocy zaryzykowałam, schowałam się w szpitalu i nie wróciłam razem z grupą pielęgniarek do obozu. Przenocowałam w łóżku jednej z dziewczyn pełniących dyżur w nocy, a o świcie opuściłam teren szpitala. Dzięki temu na pewno uniknęłam wywózki na roboty przymusowe. Przez jedną noc mieszkałam u rodziny w Łowiczu, a ostatecznie wylądowałam w Poznaniu.

Czy miała pani powojenny kontakt z kimś, kto przeżył powstanie?

Dwa lub trzy lata po zakończeniu wojny w okolicach poznańskiego mostu Uniwersyteckiego spotkałam porucznika z okresu powstania, z którym byliśmy razem na jednej akcji. Tak bardzo się ucieszyłam, bo to było jak spotkanie z dawno niewidzianym krewnym. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego on zachowywał się niespokojnie i nerwowo. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że ujawnianie swojego udziału w powstaniu można przypłacić życiem. Zalecił mi ostrożność, szybko się pożegnał, wtopił w tłum i nigdy więcej go nie widziałam. 

Spotkałam także kilka razy moją szefową z czasów konspiracji. Mówiłam do niej „Kasia” i nie wiem do dziś, czy to był jej pseudonim, czy prawdziwe imię. Zamieniałyśmy każdorazowo kilka ogólnych zdań, ale nic więcej. 

Nie dotknęły pani represje polityczne?

Po latach myślę, że przed więzieniem ubeckim uratowały mnie dwie rzeczy: po pierwsze to, że przyjęłam nazwisko męża, a po drugie, że szybko przeprowadziłam się do Poznania. 

Co pani sądzi dziś o tych, którzy krytykują decyzję o wybuchu powstania?

Kiedy słyszę o tym, że tylu nas zginęło, to mam ochotę powiedzieć, że ludzie masowo ginęli także przed powstaniem. Nie zapominajmy o tym, że my walczyliśmy z najeźdźcą, który na nas napadł, chciał zniszczyć nasz kraj, ludzi i zabrać wszystko. To był wróg śmiertelny. A co z pięcioma latami wojny, podczas której ginęło się za byle co – nieodpowiedni wygląd twarzy, krzywy uśmiech, nieustąpienie pierwszeństwa, złe nakrycie głowy? To też były ofiary. To prawda, że byliśmy nieprzygotowani, ale dwadzieścia lat niepodległej Polski, które nam zabrano, to był świat, w imię ocalenia którego warto było walczyć. Sama długo się wstydziłam mówić o swoim uczestnictwie w powstaniu, bo oprócz drobnych zadraśnięć nic mi się nie stało, a przecież co to za kombatantka bez blizn? (śmiech). Potem zrozumiałam, że to, iż przeżyłam, to była Opatrzność Boska i naprawdę mam za co dziękować.


Izabella Dziabaszewska - Ur. 1924 w Warszawie, pseudonim konspiracyjny w AK ? ?Iza?; w czasie Powstania Warszawskiego zgrupowana w V Obwodzie (Mokotów) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej; przeszła szlak bojowy ze zgrupowaniem pułku ?Baszty?, w którym była do dnia kapitulacji Mokotowa, czyli do 27 września 1944 roku. Wyszła z Warszawy z ludnością cywilną. Ma czterech pasierbów, jedną córkę, 14 prawnuków. Od 1945 roku mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

O najważniejszej ze sztuk

Jeżeli można mówić "happy"

Drodzy Czytelnicy,


komentarze



Facebook