Archwium > Numer 496 (12/2014) > Szukającym drogi > CZY BYLIŚMY MAŁŻEŃSTWEM WOBEC BOGA?

CZY BYLIŚMY MAŁŻEŃSTWEM WOBEC BOGA?

Od kilku lat jestem wdową. Mieliśmy ślub kościelny i byliśmy szczęśliwym małżeństwem. Ani mnie, ani mojemu śp. mężowi nigdy nie przychodziło do głowy, żeby się rozwieść. Mój problem jest następujący: Przed ślubem mąż nie powiedział mi, że ma dość poważną chorobę, która zresztą doprowadziła go do przedwczesnej śmierci. W małżeństwie było mi dobrze i na pewno bym do sądu kościelnego sprawy o orzeczenie nieważności naszego małżeństwa nie wnosiła. Jednak myślę sobie czysto teoretycznie: Gdybym taki wniosek złożyła, prawdopodobnie uzyskałabym wyrok, że nasze małżeństwo jest nieważne. Stąd pytanie już nie teoretyczne, tylko bardzo życiowe: Czyżby mój ukochany mąż, z którym byłam przecież złączona ślubem kościelnym, był moim mężem tylko wobec ludzi? Czy wobec Boga nie byliśmy małżeństwem?

 

Najpierw opowiem o moich dwóch nietypowych spotkaniach z tym problemem. Pierwsze wydarzenie miało miejsce niemal na samym początku mojej kapłańskiej posługi. W parafii, w której odbywałem praktykę duszpasterską, do ślubu przystąpił mężczyzna związany sakramentem małżeństwa z inną kobietą. Kiedy prawda wyszła na jaw, księża pracujący w tym kościele byli bardzo poruszeni, zwłaszcza że nie doszłoby do tego, gdyby w kancelarii parafialnej staranniej dopilnowano obowiązujących procedur. Proboszcz napisał wówczas list, zarówno do owego świętokradcy, jak do jego partnerki, w ostrych słowach piętnując to niewyobrażalne wręcz przestępstwo przeciwko świętości sakramentu małżeństwa, z informacją o nieważności tego małżeństwa oraz o zaciągnięciu winy wobec Boga. Nieważność tego małżeństwa była czymś oczywistym.

Druga historia dotyczy starszej ode mnie o kilkanaście lat znajomej. Jako młodziutka dziewczyna straciła podczas wojny oboje rodziców, przyjął ją – niechętnie – daleki krewny, który chciał się jej jak najszybciej pozbyć. Znalazł jej męża i doprowadził do ślubu. Dziewczyna była przekonana, że musi być posłuszna wujowi, i dlatego związała się ze znacznie starszym od siebie człowiekiem, z którym nic ją nie łączyło. Kilka dni po ślubie uciekła od męża, po kilku miesiącach jednak przekonano ją, by do niego wróciła. Wychowali trójkę dzieci, w końcu męża pochowała.

Nigdy nie chciałem ani nie śmiałem pytać, ale nie sądzę, żeby ona kiedykolwiek zastanawiała się nad tym, czy jej małżeństwo jest ważne. Gdyby jednak któreś z małżonków zaczęło się starać o uznanie tego małżeństwa za nieważne, niewątpliwie sąd kościelny orzekłby nieważność. Wprawdzie śmierć tych ludzi już rozłączyła, niemniej – skoro ich małżeństwo tak dziwnie się zaczęło – postawmy sobie pytanie: Czy byli oni małżeństwem również w obliczu Boga?

Kiedy ludzie przychodzą do mnie z podobnymi problemami, a zazwyczaj nie są one aż tak jednoznaczne, jak ten przeze mnie opisany, odpowiedź układa mi się mniej więcej następująco: Po pierwsze, prawo kościelne w kanonie 1060 z całą jasnością orzeka, że „małżeństwo cieszy się przychylnością prawa, dlatego w wątpliwości należy uważać je za ważne, dopóki nie udowodni się czegoś przeciwnego”. Przekładając treść tego kanonu na język zwyczajny, można powiedzieć, że jeżeli Kościół dopuścił nas do ślubu, to starajmy się być dobrym małżeństwem, a nie zastanawiajmy się nad tym, czy wzięliśmy ślub ważnie czy też nie.

Zauważmy, że czysto prawna logika tego argumentu jest podobna do sytuacji dziecka urodzonego przez mężatkę, któremu przysługuje domniemanie prawne, iż jest ono dzieckiem męża swojej matki – chyba że zostanie udowodnione coś przeciwnego. Domniemanie to opiera się na trzeźwej obserwacji, że ojcami większości dzieci, które się rodzą w małżeństwach, są mężowie matek tych dzieci. Czymś równie trzeźwym jest domniemywać, że większość małżeństw zawierana jest ważnie.

Toteż kiedy mąż lub żona przychodzą do mnie z niepokojem, że może jego (jej) małżeństwo jest nieważne, a w trakcie rozmowy się dowiaduję, że związek ten jakoś funkcjonuje, zazwyczaj radzę, by nie przejmować się wątpliwościami (najczęściej nieuzasadnionymi) – i zamiast dochodzić przed sądem ewentualnej nieważności swojego małżeństwa, pracować raczej nad tym, żeby było ono jak najlepsze. Zarazem podkreślam, że wolno swoje wątpliwości przedstawić sądowi kościelnemu, tyle tylko, że ja bym to odradzał, ale ja przecież mogę nie mieć racji.

Wtedy właśnie pojawia się pytanie, które zostało tutaj postawione: Skoro ważność lub nieważność małżeństwa jest czymś obiektywnym, to gdyby moje małżeństwo było jednak nieważne, czy znaczyłoby to, że mój ukochany mąż, z którym miałam ślub kościelny, nigdy nie był moim mężem przed Bogiem? Otóż nic podobnego! Kościół od wieków naucza, że nawet jeżeli przyjęliśmy sakrament nieważnie, ale przyjęliśmy go w dobrej wierze, Pan Bóg nie odmawia nam łask, które są związane z tym sakramentem. Jeżeli na przykład w dobrej wierze poszedłem do spowiedzi do kogoś, kto nie ma święceń kapłańskich, a jedynie udawał księdza (tyle że ja o tym nie wiedziałem), wówczas Pan Bóg niewątpliwie odpuścił mi grzechy. Jeśli zaś chodzi o małżeństwo autorki listu, na który tutaj staram się odpowiedzieć, mnie osobiście – ale to, rzecz jasna, jest tylko moje prywatne zdanie – wydaje się bardzo mało prawdopodobne, żeby jej małżeństwo było obiektywnie nieważne. Przeciwko takiemu podejrzeniu świadczy miłość, którą ci małżonkowie byli ze sobą związani aż do końca. 

 


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Wzywanie świętych, a Boża wszechobecność

"Niedoskonałość" ewangelicznych przypowieści

Zawodowy obowiązek

Nie zapominajmy o tym, co zależy od nas!

Pierwsza komunia dziecka z niepełnosprawnością umysłową


komentarze



Facebook