Archwium > Numer 496bis (Specjalny/2014) > Bóg się rodzi > NIEKOŃCZĄCA SIĘ OPOWIEŚĆ

NIEKOŃCZĄCA SIĘ OPOWIEŚĆ
Ewangelię według św. Łukasza wciąż czytam ja, jako najmłodsza. Za rok lub dwa zrobi to już moja bratanica. Znam słowa na pamięć, ich odczytywanie nie jest poznaniem, tylko przywołaniem uczuć przeszłych i niezmiennych.

Ksiądz Mirosław był piękny jak kolumna. Chudy i długi pod dopasowaną sutanną. Opinała jego klatkę piersiową i płynęła aż do pantofli, ukazując tylko ich czubki. Nawet twarz miał smukłą. Może jakaś siła ciągnęła go w górę, całego, do spraw wyższych.

W długim cieniu księdza, padającym na nasłoneczniony plac przed zakrystią, mogłaby się schronić rządkiem szóstka dzieci. Mogłaby, ale on umykał. Chodził od człowieka do człowieka, ściskał ręce, śmiał się, oblewał wodą w wielkanocny poniedziałek, łamał się opłatkiem po pasterce, rozmawiał i głaskał nasze głowy dłońmi jak u pianisty. Kiedy grał z chłopakami w piłkę, nie zadzierał sutanny jak ksiądz Justyn, nie pokazywał ani podciągniętych wysoko skarpet, ani owłosionych łydek. Na obozach mazurskich, na które jeździło się bez zegarka, budzika i latarki, samemu gotowało, stawiało namioty w lesie i szorowało pomosty, z sutanną się nie rozstawał. Nigdy nie widzieliśmy go innego niż w czerni świętej, nie odświętnej. Co dzień tej samej, zawsze tak samo nasyconej świeżą tajemnicą. Była jego skórą. Nawet spieszył się w niej schludnie i z godnością, jakby ani jego ciało, strój, ani nawet on sam nie należał już do siebie, tylko do czegoś większego. I jakby nie on szedł, tylko moc – łagodna, przyciągająca. Nie pamiętam jego uśmiechu, ale musiał być taki sam: ujmujący, pozbawiony przesady, szczery. Śmiał się doniośle i często. Głos miał niski, młodzieńczy, trafiał nim w sam środek człowieka. Na ambonie nie potrzebował nawet mikrofonu, i tak mówił wysoko ponad nim, wypełniał kościół aż pod pobielone ściany, sufit malowany w pomarańczowe geometryczne wzory i wyłożone kolorowymi szkiełkami okna. Ale nie przybierał wtedy nowego, podniosłego tonu, nie zakrywał nas tym głosem. Głowy mieliśmy wyciągnięte, oczy wpatrzone w niego. Inaczej niż na zwykłych kazaniach, gdy śledziliśmy ułożenie kafelków w posadzce i rysy na drewnianych ławach. On nas unosił. Mówił tak, że słowa zmieniał w prawdy. Nie dały się ani pominąć, ani podważyć. Nawet kiedy żartował, to mądrze. Nie miał pustych słów. Gdy tylko usiadł w konfesjonale, robiła się kolejka. U niego spowiedź trwała długo i nie dostawało się za pokutę trzech zdrowasiek dla świętego spokoju. A chrzcił jak Chrystus z Biblii, jak gwiazda rocka. Z charyzmą, widowiskowo. Najpierw w intymności szeptał do rodziców. Potem już do nas wszystkich mówił głośno: „Ja ciebie chrzczę...”. Dreszcze biegły po plecach, bo wydarzało się coś nienazwanego, nieodwracalnego. Podnosił dziecko wysoko, ponad głowę. I stali tak w ciszy – on, ogromniejący, i ono, w ramionach jak konary. Już nie samo, już z nim złączone. I z nami. Boże, jak on umiał stać.

Ten rytuał przeszywał mnie nieraz, dopóki smukły ksiądz nie wyjechał. Niedaleko, ale bezpowrotnie. Zostali z nami księża mądrzy i ciepli. Też grali w piłkę i śmiali się głośno. Ale przy nich już tylko starałam się uwierzyć: w gesty, w siłę słów, w Obecność.

Może gdybym nie zapamiętała tamtego uniesienia, uważałabym je za niemożliwe. Nie dostrzegałabym go później, w dalekich stronach, w przeżyciach obcych ludzi. Nie zazdrościłabym i nie zaglądała do kościołów w Manili, Fatimie, Ravennie, ani do meczetów w Damaszku, Kairze i Bombaju, ani do zimnych gomp w Ladakhu, myśląc, że może mi się jeszcze przydarzy. Szukam z nadzieją, że nie było tylko dziecięcym wyobrażeniem, że jest możliwe – jeśli nie dla mnie, to dla innych. Szukam go w Wigilię Bożego Narodzenia między jeszcze pustymi talerzami na stole. Wydaje mi się, że znajduję. Stoimy wszyscy, mama zapala święcę. Ewangelię według św. Łukasza wciąż czytam ja, jako najmłodsza. Za rok lub dwa zrobi to już moja bratanica. Znam słowa na pamięć, ich odczytywanie nie jest poznaniem, tylko przywołaniem uczuć przeszłych i niezmiennych, powtarzaniem prawd, poprawianiem palimpsestu, który od zawsze niesie jedną tylko treść. Opowieść, którą znamy, ożywa, gdy powraca. Tego dnia nie podlega interpretacjom, nie budzi wątpliwości. Słucha jej nawet kot. Gdzieś pomiędzy słowami jest luka, mogę przez nią wejść do przeżyć z samego początku, z uczenia się wiary, z poznawania Boga i reguł religii. Szczelina rozsuwa się raz w roku, dopóki wybrzmiewa tekst. Zasysa mnie, porusza, czasem wbrew woli. A potem brat rozbraja ciszę żartem, bo mu się chce pierogów. Jeszcze nie, jeszcze opłatek. Ale już strzelają półmiski, porcelanowa waza pozbywa się pokrywy, kot odwraca głowę i przenosi się na parapet. Szczelina się zamyka.

***

Zaspany surfer wysunął głowę z namiotu, zmrużył oczy. Może nie wierzył w to, co widzi. Latem, o szóstej rano, wysuszona portugalska ziemia jest wciąż ciepła. Stanął na niej bosymi stopami, wyciągnął się, ale zaraz skulił ramiona, jakby jego gest był czymś niestosownym. Otoczył nas wzrokiem i odszedł w stronę łazienek. Staliśmy zbici w grupę, na małym placyku między namiotami, kapelan odprawiał szybką mszę. Rozłożył biały obrus na składanym stoliku turystycznym. Miał też małe kielichy, buteleczki z wodą i winem. I tak co dzień, przez trzy tygodnie. Pielgrzymowaliśmy po Europie, odwiedzając różne miejsca święte – to określenie mnie drażniło, brzmiało pusto i martwo, nie pasowało do nich. W Lourdes po raz pierwszy zobaczyłam ludzi cieszących się wiarą. Wyglądali, jakby dobrze się bawili. Rozłożeni na trawiastych kempingach między Pirenejami śpiewali, hałasowali do późna, a przed świtem byli już w grocie, leżeli krzyżem albo stali w kolejkach do kąpieli w wodzie zimnej i twardej jak lód. Rozebrani do naga, otuleni zmoczonym płótnem, odchylali głowę i pozwalali, by dwie asystujące siostry położyły ciało w ten mrożący chłód, który miał czynić cuda. Zostały po nich ślady: porzucone kule, protezy, laski ociemniałych. Wieczorami wszyscy schodzili z gór pod grotę, z lampionami, odmawiać różaniec w kilkunastu językach świata. Tam byłam chyba najbliżej tego pierwszego przeżycia – rytualnego złączenia we wspólnocie, która w słowach znajduje jedno znaczenie. Wywiozłam z Lourdes odruch na pamiątkę – zmawiam modlitwy w trzech językach. Po zmroku tłum wlewał się w wąską, biegnącą wzwyż uliczkę, oblepioną dewocjonaliami jak Disneyland. Wpatrywałam się w twarze plastikowej Matki Boskiej, której korony – zwykle niebieskie – służyły jako nakrętki. Do środka wlewało się cudowną wodę. Różańce z drewna różanego, sosnowego, buku, plastiku, szkła i kamieni szlachetnych wisiały jak starannie plecione warkocze. Od najtańszych i najbardziej lśniących, po grube, rzeźbione i drogie. Nigdy nie nudziło mi się oglądanie maleńkich talizmanów, migoczących sojuszników pomagających rozpraszać wątpliwości. Są jak odłamki świętości, wędrujące za nami do domów. Oswojone jarmarcznością, niedoskonałe i bliskie.

Plastikowy Ganeśa, najpopularniejsze z tysięcy bóstw hinduizmu, z których każde jest przejawem istnienia jednego boga, migocze nie gorzej niż Matka Boska z Lourdes. Szczególnie gdy się go podłączy przewodami do samochodowego radia, dzięki któremu zmienia kolory, a nawet gra, dopóki tani mechanizm się nie popsuje. Wtedy już tylko siedzi na desce rozdzielczej, kurzy się, przynosi szczęście kierowcom i usuwa stojące na drodze przeszkody. Na wypchanych po dach straganach Ganeśa stoi cudownie rozmnożony: rzeźbiony w alabastrze i tańszych kamieniach, wydłubany w miękkim drzewie sandałowym, odlany z tworzywa, które szybko się stopi i wyblaknie w upale. Oprócz niego niezliczone Durgi wystawiające czerwony język, figurynki Śiwy trzymającego gumowy trójząb tuż obok czupryny długich, plecionych w dready włosów. Jest małpi Hanuman, siedząca na lwie – lub tygrysie – malowana Durga, plakaty i widoczki z łagodną Saraswati. Można kupić tylu, ilu się zapragnie. Hinduizm nikogo nie faworyzuje. W tłumie bóstw symbolizujących jedność wszyscy jesteśmy boskimi cząstkami. W megaświątyni Ganeśi w Bombaju, największej i jednej z najnowocześniejszych, nawet nie próbowałam wypatrywać mistycznego uniesienia. Bramini na ołtarzach są tak zajęci odbieraniem kolejnych darów, święceniem ich, układaniem wokół posągów bóstw i podawaniem pchającemu się tłumowi odrobiny prasadudo zjedzenia, że na kontemplację nie mają czasu. Ale też nie w kontemplacji leży moc hinduizmu. W chaotycznej świątynnej scenie, na pierwszy rzut oka mającej więcej wspólnego z pospiesznym handlem odpustami niż z wiarą, zatrzymanie wzroku pozwala dojrzeć więcej. Precyzyjną powtarzalność ruchów braminów, ich staranność i czystość. Delikatnie przekładają ofiarowane kokosy, posypują posągi płatkami kwiatów, okadzają, obchodzą z ogniem, nucą monotonne mantry. Dokładność i powaga gestów wyklucza przypadkowość, podpowiada, że niosą znaczenia. Tak jak teksty są odradzającą się opowieścią, która trwa tym bardziej niezmienna, im częściej jest głoszona.

***

Czy można być świadkiem rytuału? Czy można go w ogóle zobaczyć, nie będąc jego częścią? Czy jest się wtedy jedynie myślącym życzeniowo ślepcem, próbującym dopisywać treści, uchwycić moment przemiany, wtłoczyć weń własne wyobrażenia i nieutulone utraty? Co widzę, gdy patrzę na modlącą się hinduskę, która przyniosła starannie wyplecioną kwiatową girlandę i kosz pełen owoców, śpiewała przez godzinę z innymi kobietami, a teraz – już po zmroku, gdy mała kamienna świątynia w Radżastanie rozbrzmiewa dźwiękami tabli i harmonium – zaczyna tańczyć? Obraca się i uderza o siebie dzwoneczkami, które założyła na palce, jak pierścienie. Wydają piękny, wysoki dźwięk. Taki, jaki słychać w telewizyjnych bajkach, gdy na niebie rozbłyska gwiazda. Patrzę na jej uśmiech, na stare ciało, które nabrało lekkości i porusza się z wdziękiem. Nie dla moich oczu, nie dla otoczenia. Widzę kobietę, która duchem jest gdzie indziej i której fizyczność się temu „gdzie indziej” poddaje. A raczej – współgra z przeniesieniem. Bo gdyby nie rytm tabli, gdyby nie powracające wersy i trans, które wprawiły je w ruch, czy ciało stałoby się tak niematerialne? Jej ramionami porusza umysł albo to one, wędrując w górę i w dół, są wehikułem dla umysłu. O zmroku w całych Indiach odzywają się dzwony i muszle. Kobiety wychodzą na dachy domów i dmą w te zwinięte, morskie rzeźby. Na koniec dnia, na początek nocy, na chwałę boga. Bramini rozpalają większe ognie, przechodzą z jednej strony świątyni na drugą, dzwonią, ile sił w rękach. Coraz więcej bosych stóp na kamiennych posadzkach, coraz więcej szybkich pokłonów, muśniętych posągów i dłoni przyłożonych do piersi. Świątynie się zapełniają – w podzięce za to, co było, albo w lęku przed jutrem. Lśnią wystrojeni przed zmrokiem bogowie, opasani girlandami, ukwieceni. Zawsze uśmiechnięci i młodzi. Nawet tam, gdzie stoją od tysięcy lat, promienieją życiem, seksualną energią, witalnością. Można ich obrzucić klarowanym masłem, okadzić, posmarować barwną pastą, obdarować świeżymi owocami. Ustawić figurki w domach i czcić, śpiewając im miłosne pieśni. A z samego rana umyć i osuszyć – jak kogoś, kogo się kocha nie z daleka, ale po ludzku, troskliwie. Co leży za choreografią drobnych czynności, za religijną czułością wobec istot wyłonionych z mitów i legend? Nigdy się tego nie dowiem. Jaka głębia, jaka pozorność lub siła odruchów? Oglądam hinduizm z podziwem dla jego teatralności i trwania, choć to także najbardziej zmieniająca się i różnorodna religia ludzkości. Jest w nim niewzruszona, śmiertelnie groźna moc reguł. Ale i wolność dla tych, którzy chcą kochać abstrakcyjnego boga zwyczajnie, nie szukając mistycznej ścieżki, po prostu mając go przy sobie. Jak moja babcia, w której domu dniem i nocą migało wieczne światełko. A teraz starym drzewom w dzielnicy, w której mieszkam, wyrastają na korze małe Matki Boskie, wokół nich rozkwita coraz większa mozaika sztucznych kwiatów, kokard i świeczek. Co wieczór, gdy na Jasnej Górze powoli zsuwa się zasłona świętego obrazu, w Złotej Świątyni w Amritsarze Sikhowie kładą do snu swoją bezcenną księgę. Zapisano w niej mądrości zgłębione przez dziesięciu guru. Odprowadzana przez procesję księga jest z celebrą umieszczana w nocnej komnacie, okrywana barwnymi materiałami, kołysana modlitwami, zamykana i strzeżona w czasie snu. Ale jej treści nigdy nie cichną – w świątyni zbudowanej na wodzie i oświetlonej tak, by jej złota powłoka mieniła się jak klejnot, przez całą dobę zmieniają się duchowni. Bez ustanku czytają jej wersy – płyną mądrości, tłumy otaczają świątynię, dorzucając kolejne kwoty ubijane w przepełnionych skarbonach stalowymi tłuczkami. Rytuał tak stary, że nie ma już początku i nigdy nie będzie miał końca – zapętla się, obrazując koło czasu, wieczność trwania. Tekst czytany bez przerwy uzmysławia niezmienność i umowność świata – jeśli prawda jest od zawsze ta sama, czym jest codzienny wysiłek życia? Jeśli czas nie upływa, a jedynie nawraca, czym byliśmy, nim zaczęliśmy być tu i teraz? Siwi, brodaci mężczyźni w turbanach wymawiają wersy, usadowieni na zdobionych dywanach, czasem otoczeni przez muzyków. Szukają tych samych znaczeń tam, gdzie już je kiedyś dostrzeżono.

***

Chłopcy wybiegli na podwórko madrasy. Patrzę na nich z góry, z hotelowego balkonu. Co dzień w południe kończą posiłek, myją naczynia przy kranach i wygłupiają się. Dorosły głos wzywa ich wreszcie: zdejmują obuwie, myją twarze, dłonie, opłukują stopy i znikają wewnątrz.

Kiedyś jeden z nich nauczy się śpiewnych recytacji Koranu tak pięknie, że jego głos będzie wzywał miasto z minaretów. Usłyszą go sklepikarze i maklerzy – pójdą szybko do najbliższego meczetu. Jak bracia Afaq, Ekhlaq i Nasir, którzy teraz przepychają się przy domowej umywalce – na zwilżone głowy wciągają białe nakrycia, na wilgotne stopy – czyste sandały. Wybiegają, by wąskimi przejściami między domami przecisnąć się do meczetu. Stoi kilkadziesiąt metrów stąd, widzę jego kopułę i zewnętrzny dziedziniec, na którym robi się gęsto od mężczyzn. Bracia dołączają, stoją już boso obok siebie, z dłońmi złożonymi na łokciach. Wraz z innymi obracają twarze w prawo i lewo, przecierają je dłońmi, składają ciało w pół, a potem uginają kolana, przyciągają czoła do posadzki. Tymczasem Tarana, jej teściowa i bratowa, także zakryły już włosy, obmyły się. Wchodzą do sypialni, która w ciągu dnia służy za pokój do modlitwy. Zamykają drzwi. Każda z osobna, na własnej macie, powtarza w milczeniu wersety. Oczy zamknięte, ruchy nieznaczne, doskonałe. Jak wtedy, gdy haftują i malują dłonie henną. „Gdybym została z nimi na dłużej, z nimi bym wierzyła” – myślę, obserwując powagę i staranność, z jaką modlą się kilka razy dziennie, zsuwają z włosów zasłony i zwijają maty. Takiej sile – duchowej i społecznej – nie można się oprzeć, wypełnia wszystkie zaułki rzeczywistości. Kryje się w regułach żywienia, ubierania, mycia, pracy i relacji z innymi ludźmi. W szczelnej powłoce klarownych zasad, przestrzeganych tak pieczołowicie, musi istnieć jakiś rodzaj nieznanego mi bezpieczeństwa. Nie tyle wiary, ile pewności. To ta sama, codzienna i zawsze świeża tajemnica, którą widziałam w sutannie księdza Mirosława.

***

Wódz także był smukły, dowcipny i mądry. Nie znał daty swojego urodzenia i nie potrafił pisać. Ale używał telefonu komórkowego i liczył, wyrysowując na piachu kwadraty sandałem zrobionym z gumowej opony. Mówił trochę po angielsku. Nosił czerwoną masajską kangę, okrywającą ramiona. Nogi miał odsłonięte – długie, smukłe. Wspiął się z dzidą na skałę, wysuniętą przy szczycie jak półka. Dobre miejsce na modlitwę. Śpiewał, poruszając ciałem w przód i tył, raz przymykając oczy, to znów otwierając je szeroko. Miał przed sobą wysuszoną równinę, zbocza gór, za którymi wschodziło słońce, i pobłyskujące porannym granatem jezioro. A przy brzegu stado krów i osłów, pierwsze z wielu tego dnia. To jedyny zbiornik wody w okolicy.

Uniósł dzidę, złączył stopy. Podskakiwał, ledwo odrywając je od kamienia. Chrzęściły koraliki z importowanego plastiku, które nosił na szyi w grubym zwoju. Nocą, przy ogniu, częstował upieczoną kozą i opowieściami. Powiedział mi to samo, co powtarza od lat – gościom, obcym i młodym członkom plemienia. O życiu w bliskości z duchami przodków, o tym, jak udzielają mu porad i pomagają rozwiązywać problemy, odsuwają niebezpieczeństwa i jak ich nie urazić. Oraz że dzięki nim nigdy nie jest sam. Chciał się dowiedzieć czegoś o mnie. Mieszkam w dużym mieście? Co tam robię? Piszę? A więc opowiadam ludziom historie? Tak samo jak on. Uśmiechnął się, uznając podobieństwo. 


Paulina Wilk - pisarka i publicystka, autorka książek "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii", "Znaki szczególne" oraz serii bajek o misiu Kazimierzu i nowej opowieści "Pojutrze. O miastach przyszłości". Pisze dla "W drodze", "Przekroju" i "Polityki". Razem z Anną Król i zespołem Fundacji "Kultura nie boli" prowadzi Big Book Cafe i organizuje Big Book Festival. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

MASZYNA DO ŻYCIA

WCHŁANIANIE ŚWIATA

KSIĄŻKI Z ICH PÓŁKI

JUTRO BĘDZIE INACZEJ

ROWERZYSTOM CHCE SIĘ ŻYĆ


komentarze



Facebook