Archwium > Numer 496bis (Specjalny/2014) > Orientacje > ŚWIĄTECZNY ZESTAW OBOWIĄZKOWY

ŚWIĄTECZNY ZESTAW OBOWIĄZKOWY

FOT. EVERETT COLLECTION / EAST NEWS


Są takie wydarzenia, święta, rocznice, na które czeka się cały rok. Cieszymy się na samą myśl, że dany dzień przyjdzie, przygotowujemy się, niecierpliwimy. Będzie świętowanie, będą ludzie, których kochamy, być może będą prezenty, a na pewno będzie wyjątkowo. Ale są też takie noce, na które czeka się cały rok. Noce o tyle szczególne, że w odróżnieniu od uroczystych dni można je spędzić sam na sam z ich tajemnicą. Dla mnie najważniejsza jest oczywiście ta noc, którą Kościół wieki temu nazwał Wielką, czyli Noc Paschalna – kiedy skończy się świętowanie, można usiąść pośród własnych ciemności, czekając na światło, które ożywia wszystko, co w człowieku martwe. Zaraz po niej na mojej liście najbardziej oczekiwanych plasuje się noc poprzedzająca Zesłanie Ducha Świętego – kiedy skończy się radość i wielbienie, można usiąść z własną słabością i nabrać niespożytych sił dostarczonych przez Ducha prosto z królestwa Bożego. Na trzecim miejscu, zamykając podium, plasuje się u mnie noc Bożego Narodzenia – bo kiedy zjemy już karpia i kapustę, kiedy minie pasterka i kolędowanie, można usiąść w ciemności zakonnej celi i obejrzeć Kevina samego w domu i Szklaną pułapkę.

Pewnie to niezbyt dobrze świadczy o autorze, ale z ręką na sercu muszę się przyznać, że czekam na noc z dwudziestego czwartego na dwudziestego piątego grudnia, bo wiem, że koło drugiej trzydzieści po raz enty obejrzę Kevina, a jeśli starczy mi sił, to usnę przy zmaganiach Bruce’a Willisa. Uwielbiam tego wieczoru wigilijny stół, całym sercem kocham wspólne gotowanie z braćmi, nawet patroszenie karpia; bardzo lubię wspólne kolędowanie i długie rozmowy, szczególnie z tymi, których już dawno nie widziałem, nade wszystko kocham pasterkę, z rozświetlonymi jakimś pięknym światłem twarzami ludzi, którzy do nas przychodzą. Ale choć wiem, że to mało chwalebne, to czekam cały wieczór na ten moment, kiedy usiądę sam w celi, w porze bliższej świtu niż wieczoru, i rozpocznę oglądanie perypetii Kevina i Johna McClane’a.

Pierwszy raz

Dlaczego ten pierwszy? Można oczywiście powiedzieć, że jesteśmy na niego skazani, bo w świątecznej ramówce telewizji Kevin sam w domu jest pozycją obowiązkową. Obejrzałem go po raz pierwszy, mając chyba piętnaście lat. Był śmieszny, z mnóstwem przygód i świetnych pomysłów inscenizacyjnych. Najbardziej ujęło mnie jednak zaproszenie do wkroczenia w nowe życie, dorosłe i samodzielne, na które nie jest się gotowym. Pewnie to strasznie naciągane, ale miałem wtedy niewiele oleju w głowie i pomyślałem sobie, że to przecież opowieść o Chrystusie, wrzuconym w zupełnie obcy dla Niego, bo ludzki świat, w którym wszystko czyhało na Jego życie, w którym musiał się nauczyć zupełnie nowych reguł funkcjonowania, w którym początkowa fascynacja bycia człowiekiem z czasem ustąpiła konieczności podjęcia walki z wieloma przeciwnikami, z momentami wielkiego zwycięstwa, ale też wielkiego przerażenia, aż w końcu wszystko zakończyło się sprawiedliwym ukaraniem zła i wielkim szczęściem spotkania kochającej się rodziny, która dzięki temu trudnemu doświadczeniu nauczyła się kochać jeszcze bardziej. Jezus, który rodzi się w święta Bożego Narodzenia w telewizyjnym towarzystwie Kevina, to przecież właśnie taki dzieciak, który został pozbawiony swojego Ojca, wrzucony w nieznany i niebezpieczny świat, w którym musi zaprowadzić nową rzeczywistość miłości. I choć to śmieszne, to naprawdę co roku w czasie świąt Bożego Narodzenia oglądam po raz kolejny jego przygody, szukając w nim również siebie, bo kiedy stoję oko w oko ze złem, mam wówczas wrażenie, że ono mnie bezgranicznie przerasta. Ale ta opowieść zawsze napawa mnie optymizmem, że to zło wcale nie jest takie straszne, może nawet trochę błazeńskie, jak Harry i Marv, czyli złe charaktery z Kevina, i naprawdę Bóg wyposażył mnie we wszystko, co potrzebne, aby je pokonać. Bo przecież wszelkie trudności życiowe, strachy i wyzwania są po to, żeby w tym naszym, czasem strasznie smutnym świecie, było trochę więcej miłości.

Spokojne święta?

Kiedy nie jestem zbyt zmęczony, to zaraz po Kevinie, albo ewentualnie w pierwszy dzień świąt po obiedzie, oglądam dodatkowo, trochę na deser, pierwszą część Szklanej pułapki. Tyle że z tym filmem historia jest trochę poważniejsza.

Zaczęło się od tego, że wysłuchałem kiedyś wyznania żonatego mężczyzny, który w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, kiedy w dominikańskich kościołach się nie spowiada, poprosił o sakrament pokuty. Dorwał mnie na krużgankach krakowskiego klasztoru. Nie byłem jeszcze kapłanem i nie mogłem go wyspowiadać, ale ponieważ wyglądał na bardzo zdeterminowanego, postanowiłem z nim porozmawiać. Zaczął od zdania: „Proszę księdza, oglądałem wczoraj Szklaną pułapkę i ten film sprawił, że postanowiłem zmienić swoje życie”. Jakiś wariat – pomyślałem, ale cierpliwie słuchałem dalej. Otóż człowiek ten dwa dni przed świętami postanowił, że opuści swoją żonę i dwójkę dzieci, bo bycie z nimi sprawiało mu za dużo trudności, szczęście i miłość gdzieś uleciały, wychowanie dzieci nie dawało żadnej satysfakcji i, jak to bywa w takich sytuacjach, na horyzoncie pojawiła się lepsza, młodsza, piękniejsza i lepiej rokująca opcja. Kulminacyjnym momentem była Wigilia, wypełniona kłótniami i żalami, co tylko utwierdziło go w powziętym postanowieniu. Zamknął się więc w pokoju i włączył telewizor. Leciała akurat, jak w każde święta, Szklana pułapka. Oglądając ten film, mężczyzna doznał objawienia: są w życiu takie sytuacje, kiedy mamy wszystkiego dość, kiedy marzymy jedynie o świętym spokoju, kiedy chcemy się schować pod kołdrę i spod niej nie wychodzić, ale życie zmusza nas do walki o siebie, o bliskich, o rodzinę. Bo czasem człowiek jest jedynym, który może coś zmienić, który może innych uratować: albo ja, albo nikt.

Ze zdumieniem słuchałem wyznania: „Proszę księdza, chcę być jak John McClane, będę walczył o moją żonę, rodzinę i dobro w świecie. I chociaż moim Hansem Gruberem jestem ja sam albo raczej zło, które we mnie siedzi, to jeśli zajdzie taka potrzeba, wypchnę się z 27 piętra wieżowca, żeby ocalić moich bliskich”. Niezła jazda, pomyślałem i poleciałem oglądać ten świąteczny i zdolny przemieniać życie telewizyjny hicior. Od tamtego momentu perypetie Johna McClane’a zawsze towarzyszą mi w święta.

Podobno po premierze Szklanej pułapki w Stanach Zjednoczonych bardzo popularne stało się powiedzenie: „John McClane też chciał mieć spokojne święta”. Mówiąc krótko: „Zaciskaj zęby i ciągnij dalej swój życiowy wózek”. I choć to może znowu głupie i infantylne, to przecież jest w tym jakaś głęboko ewangeliczna prawda. Tak jak Chrystus, mimo ogromnych trudności i niebezpieczeństw, ze śmiercią włącznie, nie wycofał się z kochania i misji ratowania świata niszczonego przez Szatana, tak każdy Jego uczeń powinien Go naśladować. Nie uciekać, nie wycofywać się i nie rezygnować, ale z wytrwałością wziąć krzyż codziennego życia i zmagać się o miłość i dobro. Bo jeśli nie ja, to kto?

Jeśli więc w te święta nasza dusza będzie wołać: Już dość! Dlaczego, Panie, dzieje się to, co się dzieje? Gdzie jesteś? Czemu nie może być wreszcie spokojnie? Napraw ten świat i pozwól nam wszystkim odpocząć! – to przypomnijmy sobie, że mamy wszystko, co potrzeba, aby dać sobie radę ze złem. A kiedy ta myśl w niczym nam nie pomoże, to zaciśnijmy zęby i powiedzmy sobie: „John McClane też chciał mieć spokojne święta”. 


Adam Szustak OP - ur. 1978, dominikanin, wędrowny kaznodzieja, przez kilka lat duszpasterz akademicki krakowskiej "Beczki", prowadzi stronę www.langustanapalmie.pl, mieszka w Łodzi. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

PRZEDZIWNY POKARM

Od Świętych Rodzin zachowaj nas, Boże!

WOLNOŚĆ

ZAWROTNA KARIERA PIECZONEJ RYBY

Między wierszami


komentarze



Facebook