Archwium > Numer 496bis (Specjalny/2014) > Orientacje > CO PRZEGAPILIŚCIE W KINIE W TYM ROKU

CO PRZEGAPILIŚCIE W KINIE W TYM ROKU

Układanie listy najlepszych filmów minionego roku to przedsięwzięcie tyleż przyjemne, co… wstydliwe. Jest bowiem coś ekshibicjonistycznego w ujawnianiu kolekcji przyjemności, które spotkały nas w salach kinowych w ciągu 12 miesięcy. Wszystkie tego rodzaju zestawienia w żaden sposób nie odzwierciedlają tego, czym przez te miesiące żył filmowy świat. Jest to jedynie autoportret recenzującego, jeśli oczywiście, Drogi Widzu, zgodzisz się z twierdzeniem, że gust filmowy mówi o człowieku więcej, niż można byłoby się spodziewać. Jak zatem przekonać Państwa o tym, że to właśnie te tytuły warto nadrobić u schyłku 2014 roku, by móc pozostać w błogim przekonaniu zaliczenia wszystkich najważniejszych premier roku? No cóż, proszę mi po prostu uwierzyć na słowo.

To jasne, że poniższe zestawienie jest starannie przefiltrowane przez moje osobiste preferencje. Ale zaręczam zarazem, że każdy z przedstawionych filmów wzbudził wśród obecnych ze mną na sali widzów nieprawdopodobne emocje. To na jednym z wybranych przeze mnie tytułów po raz pierwszy w życiu usłyszałem oklaski jeszcze podczas trwania seansu, nie po napisach (choć i to ostatnie jest już rzadkością)! Inny z kolei tak zahipnotyzował obładowaną pudłami z popcornem widownię, że finałowe sekwencje oglądała w kosmicznej wręcz ciszy – proszę dać wiarę, że na sali było słychać mruganie oczami. Są tu komedie, dramaty, filmy obyczajowe i dreszczowce, są kasowe blockbustery i dzieła nakręcone niemal chałupniczo. I być może ten właśnie rozstrzał przekona Państwa do zagłębienia się w lekturę. Nie znoszę powiedzenia „dla każdego coś miłego”, ale w tym przypadku tak właśnie jest!

Whiplash, reż. Damien Chazelle

Nie zgadzam się z zarzutami, stawianymi przez zaprzyjaźnionych krytyków, wobec Whiplash, głośnego zwycięzcy tegorocznego festiwalu filmowego Sundance. Rzecz dzieje się w prestiżowym manhattańskim konserwatorium muzycznym, dokąd trafia Andrew, utalentowany perkusista niesiony na skrzydłach przyszłej kariery. Jest pazerny na sławę, naukę i – przede wszystkim – stałe podwyższanie swoich umiejętności, tymczasem los daje mu jako nauczyciela niejakiego Fletchera, sadystę, którego metody nauczania zapewniają uczniom komfort psychiczny niczym na średniowiecznych torturach. Kto pęknie pierwszy? Kto faktycznie sięgnie gwiazd? Płynący w jazzowo-swingowej otulinie Whiplash jest fascynującym pojedynkiem dwóch osobowości, które (to zarzut pierwszy) mają, owszem, psychopatyczne inklinacje, ale jak kapitalnie się to ogląda! I mistrz, i uczeń rzucają życie dla muzyki, młody poświęca nawet swoją pierwszą miłość (to zarzut drugi: kino mizoginistyczne! – zupełnie jakby nie dało się zamienić bohaterów na dwie kobiety; gwarantuję, że wymowa pozostałaby taka sama), a widz zadaje sobie podstawowe pytanie: czy aby osiągnąć w czymś perfekcję, trzeba się ocierać o obłęd? I tu pojawia się największy plus Whiplash – reżyser wcale nie ma ochoty na nie odpowiadać.

Co jest grane, Davis?, reż. Joel i Ethan Coenowie

Znów Nowy Jork i znów muzyka – ta mieszanka okazała się w 2014 roku najpewniejsza. Ale klimat jest już zupełnie inny: zamiast eskalacji konfliktu mamy spokojnie płynącą historię o wokaliście folkowym, który bardzo chciał jednocześnie zostać gwiazdą i nie kłaniać się kulom komercji. Jak dobrze wiemy, takie rzeczy to tylko w bajkach. Odyseja Davisa trwa przez bite dwie godziny, głównego bohatera rzuca od przygodnie udostępnionego na noc łóżka po tylne siedzenie w samochodzie, od Wschodu po Zachód. Pięknie starzeją się bracia Coenowie, którzy coraz chętniej zastępują w swojej twórczości absurdalny humor wykwintnym żartem, a makabrę niczym nieskrępowaną nostalgią. Tyle że taką bardziej smutną. Co jest grane, Davis? dobitnie pokazuje, że czasem w życiu naprawdę warto sobie odpuścić, nawet jeśli na czymś bardzo nam zależy. Psychologowie też alarmują – nauczmy się przegrywać! Jeśli tak, to jako pierwszą lekcję proponuję seans tego wspaniałego filmu.

Wilk z Wall Street, reż. Martin Scorsese

Menażerii zepsutych finansistów, których gierki trzęsą życiem zwykłych, nieocierających się o świat wielkiego pieniądza ludzi, mieliśmy już w kinie sporo. Przypomnijmy sobie wybitne Wall Street Olivera Stone’a. Co zatem dodał do tego tematu Martin Scorsese? Otóż z chirurgiczną precyzją pokazał proces upodlenia się pod wpływem zatracenia jakichkolwiek hamulców moralnych. Historia Jordana Belforta, człowieka, który zaczynał od sprzedaży akcji w biurze mieszczącym się w obskurnym warsztacie, a skończył na szczycie nowojorskiej finansjery, jest studium piekła w raju. Bohaterowie są piękni, bogaci i tak odrażający, że trudno powstrzymać mdłości, patrząc na ich kolejne wybryki. Równocześnie ten film jest czarną komedią, bo Scorsese buduje kolebiący się świat Belforta i jego wspólników z iście apokaliptycznym poczuciem humoru. Nakręcony przy użyciu szybkiego montażu (bo jak inaczej pokazać pęd bohaterów do kolejnych stosów pieniędzy?) film to trzy godziny ataku na serce i zmysły. Można odwracać od niego oczy, ale nie wolno go przegapić.

Dzikie historie, reż. Damián Szifrón

Bardzo, bardzo dzikie. I jeszcze bardziej zabawne. Argentyński reżyser w zasadzie nie odkrywa Ameryki – osią napędową jego filmu są zachowania ludzi, których nerwy zostały wystawione na ciężką próbę. Dzikie historie to sześć nowel, większość z tragicznym finałem, wszystkie napisane niesamowicie inteligentnie, pełne zaskakujących zwrotów akcji i błyskotliwie dowcipnych dialogów. Ten film jest znakomitą komedią, bo nic tak dobrze nie podkreśli ludzkich ułomności, jak ich wykpienie.

Boyhood, reż. Richard Linklater

Zwykły film, zwykli bohaterowie, zwykła Ameryka. Tu naprawdę niewiele się dzieje, choć w oku kamery Linklatera zmieściło się aż dwanaście lat. Chłopiec ma sześć lat, potem osiem, dziesięć, przechodzi etap łobuziaka, buntownika, wrażliwca… I to wszystko. Nic więcej. Całe Boyhood jest utkane z pojedynczych rozmów, drobnych gestów i słów. Nie ma suspesu, bomba nie tyle nie wybucha, ile wręcz nie zaczyna tykać. Dlaczego zatem ten niby zwykły film jest tak niezwykły, że już teraz krytycy wpisują go do kanonu najwybitniejszych premier ostatniego dwudziestolecia? Kręcony przez 12 (tak!) lat Boyhood jak mało który obraz chwyta to, co w kinie niemożliwe do złapania – autentyczne życie. Czyli rzecz absolutnie najciekawszą z możliwych, choć przecież taką zwykłą.

Duże złe wilki, reż. Aharon Keshales, Navot Papushado

Izraelska odpowiedź na wczesnego Quentina Tarantino: jeszcze szybsza, jeszcze brutalniejsza i jeszcze mocniej nasycona humorem. Ze zwykłego pościgu policjanta za domniemanym mordercą małych dziewczynek reżyserski tandem zrobił obraz, przy którym nasza moralność jest wystawiona na ciężką próbę; jakże tu zaśmiać się z makabry, skoro zwyczajnie nie wypada? A sprawić, by widz mimowolnie kibicował złemu, potrafią tylko najsprawniejsi magicy kina. Choć na dobrą sprawę w Dużych złych wilkach jest z tym trochę łatwiej – wszyscy są źli.

Zniewolony, reż. Steve McQueen

Artystyczne kino z epickim oddechem. Obraz nagrodzony Oscarem za najlepszy film roku to oparta na faktach historia tragicznych losów Solomona Northupa, prawego mieszkańca XIX-wiecznego Nowego Jorku, który w biały dzień został porwany i wywieziony jako niewolnik na południe Stanów. Dzieło niezwykle „filmowe”, wyciskające ze wspomnieniowej powieści Northupa wszystko, co było do wyciśnięcia (Zniewolony to dosłownie parada niezapomnianych scen), dalekie od histerycznego portretowania uciemiężonych i w swojej monumentalności niezwykle skromne, a przy tym duszne i hipnotyczne. Ten film zniewala. Nie da się od niego oderwać oczu.

Babadook, reż. Jennifer Kent

Kobieta czyta swojemu nadpobudliwemu synkowi bajkę o dziwacznym potworze – Babadooku, po czym odkrywa, że może to jest bajka, ale co najwyżej dla dorosłych o stalowych nerwach. Straszna książka zostaje wrzucona na najwyższą półkę, lecz jej bohater nie ma ochoty zostać tam na długo. Nakręcony za śmieszne pieniądze (część funduszy zebrano za pomocą internetowego serwisu) australijski horror udowadnia, że do stworzenia świetnego kina gatunkowego potrzebny jest tylko pomysł i ogromna erudycja filmowa. Jennifer Kent potrafi bowiem straszyć na wiele zaczerpniętych z historii kina sposobów, a w jej kamerze odbija się zarówno Koszmar z Ulicy Wiązów, jak i Wstręt Polańskiego. Dreszczowiec kontynuujący najznakomitsze tradycje gatunku.

Wielkie piękno, reż. Paolo Sorrentino

To film rozkoszny, w którym można – ba, nawet trzeba – zanurzyć się po uszy, zapominając przy tym o Bożym świecie. Trzygodzinny spacer starzejącego się dziennikarza po uliczkach Wiecznego Miasta jest tylko pozornie rozliczeniem się ze starością i całym życiem bon vivanta. Bo bohater coraz dotkliwiej odczuwa, jak szalenie pusta była jego egzystencja. Co po sobie zostawił? Wydawać się może, że niewiele, choć nie znajdziecie w Rzymie bardziej cenionej od naszego bohatera postaci. Tylko pozornie, bo Paolo Sorrentino składa Wielkim pięknem hołd klasycznemu kinu, misternie skomponowanym scenom, imponderabiliom, czarowi płynącemu z ekranu. I jest przy tym tak szczery, że zapominamy o nieco drażniącym, wszechobecnym u Sorrentino kulcie wyrafinowania, żałując, że nie ubraliśmy się na ten seans nieco bardziej elegancko. Tak, to urokliwe dzieło!

Interstellar, reż. Christopher Nolan

Zygmunt Kałużyński pisał kiedyś, że film science fiction jest jak opera: jeśli zły, wówczas nie da się go oglądać, ale jeśli dobry, to jest to najlepsza rzecz, jaką można zobaczyć w kinie. Są, rzecz jasna, w przygodzie astronautów, którzy ruszają w kosmos, by zbadać tajemnice tunelu czasoprzestrzennego, dość poważne dziury scenariuszowe, ale Christopherowi Nolanowi udało się uchwycić dwie szalenie istotne rzeczy, które w kinie fantastycznym trafiają się niezwykle rzadko. W pierwszej części filmu, rozgrywającej się jeszcze na nadmiernie wyeksploatowanej Ziemi, której mieszkańcom grozi zagłada, reżyser dobrze uchwycił atmosferę globalnej depresji – pogodzeni z losem Ziemianie snują się bez celu, jakby gotowi na śmierć. W drugiej, kosmicznej, Nolan nie bawi się w wojnę i pożogę, lecz jako jeden z nielicznych pokazuje możliwości stworzenia w przyszłości czegoś nowego, lepszego, zamiast pogrążać świat w destrukcji. Zamiast romantyzmu – praca u podstaw. I to wszystko w filmie za 165 milionów dolarów!


Jacek Sobczyński - ur. 1985, absolwent filmoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Był redaktorem prowadzącym miesięcznika "Film", publikował m.in. na łamach pism "Przekrój","K MAG", "Exklusiv", "Polska Times" oraz na portalach Filmweb i Onet. Odpowiedzialny za program festiwalu filmowego Transatlantyk. Redaktor książki "Świat żelaznych szmat" Zygmunta Kałużyńskiego oraz autor powieści "Nie rozumiemy się bez słów". (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

ŻYĆ, NIE TYLKO PRZEŻYĆ

CZARNO-BIAŁE

POJEDYNEK

CZŁOWIEK Z WĘGLA

SAM PRZECIWKO WSZYSTKIM


komentarze



Facebook