POCHWAŁA METRONOMU

Coraz częściej przypominam sobie, jak mój śp. ojciec wyjaśniał mi swoją nieoczywistą decyzję wyboru studiów i w konsekwencji zawodu. Namiętny czytelnik książek został mianowicie inżynierem elektronikiem. Oczywiście, wpływ na to mogło mieć w latach 50. niepozbawione wówczas podstaw przekonanie, że politechniczna empiria mniej jest podatna na polityczne manipulacje niż humanistyka. Ale komentarz taty był inny. – Należy ściśle rozgraniczać pracę i hobby. Inaczej nigdy się nie wypoczywa – mówił tato.

Moim doświadczeniem nastolatka była szkoła i związane z nią dzielenie reszty dnia na odrabianie lekcji i zajmowanie się własnymi pasjami – więc wyobrażenie, że ten codzienny dylemat (nie mogę czytać dalej książki, bo jutro klasówka) miałby, z lekka tylko zmodyfikowany, towarzyszyć mi przez całe życie, wcale mnie nie pociągało. Dlatego zrobiłem po swojemu: wybrałem studia zgodne z zainteresowaniami i od lat robię w pracy tylko lub prawie tylko to, co mnie naprawdę pasjonuje. Dziś jednak rozumiem trochę odrzucony punkt widzenia: kiedy chcę mieć pewność, że rzeczywiście wypoczywam, muszę się mocno wysilić. Od paru lat właściwie tylko dwie czynności dają mi ten komfort: oglądanie piłkarskiej Ligi Mistrzów i czytanie kryminałów. Cała reszta, niestety, może mi się przydać – i nieraz mi się już zdarzyło, że nad książką, po którą sięgnąłem dla przyjemności, zacząłem projektować audycję na jej temat.

Jaki to problem? – mógłby zapytać ktoś, kto nie ma tego rodzaju doświadczeń. Jesteś przecież szczęściarzem: mało komu w Polsce, a pewnie i na świecie, płaci się dziś pensję za uprawianie hobby. W istocie, a jednak przy wszystkich zaletach tego stanu rzeczy, jego koszty są dosyć przykre, a ujawniają się w moim stosunku do czasu. Czas bowiem ma dla mnie tendencję do przedstawiania się jako nieprzerwana płynność, a przecież ludzką potrzebą jest coś, co należałoby nazwać taktowaniem.

Zapewne jeszcze gorsza jest sytuacja tych, których praca bynajmniej nie pasjonuje, a mimo to również wypełnia im właściwie całe życie. Z rozbawieniem podszytym grozą znalazłem kiedyś informację, że kultura masowa narodziła się pod koniec XIX wieku, gdy skrócono dzień roboczy z czternastu do dwunastu godzin i pojawił się problem, czym pracownicy najemni mają wypełnić uwolnione nagle dwie godziny. Dziś ta anegdota przestała mnie śmieszyć, gdyż znam mnóstwo ludzi, których uczciwie policzona doba robocza nie byłaby wcale krótsza. Przymuszeni kapitalistycznym ideałem „dyspozycyjnego pracownika” staliśmy się (z woli szefów, z konieczności dorobienia do pensji albo z powodów subiektywnych, goniąc za perfekcją) niewolnikami pracy. Znamienne, jak dziś trudno – przynajmniej w moim pokoleniu – zorganizować spotkanie towarzyskie. Rośnie też liczba osób, które w tych okolicznościach deklarują niechęć do tradycyjnych świąt: stały się one bowiem po prostu dodatkowym zobowiązaniem, swoistą, bezdochodową pracą zleconą o charakterze gastronomiczno-organizacyjnym.

Przypominanie, jak powinno być, pobrzmiewa zatem idealizmem oderwanym zupełnie od powszechnego ludzkiego doświadczenia. A jednak: godziny, które w zapędzeniu sumują się w dni, a dni w tygodnie i miesiące – jeden tak podobny do drugiego, że trudno potem zrekonstruować w pamięci, co się właściwie działo w lutym, a co w listopadzie – muszą być przerywane świętami, i to doprawdy niezależnie od naszego światopoglądu. Rytuały, bodaj świeckie, zapewniają segmentację tej płynności i pozwalają wyznaczyć w niej punkty stałe. A to właśnie z tych stałych punktów możemy zobaczyć nasze życie nie jako nieuchwytny i ostatecznie przeciekający nam przez palce strumień, lecz rzecz: coś, co następnie pozwala skrystalizować się naszemu ja. Gdyż najprawdopodobniej swoją biografię trzeba traktować jako rozpisany na lata charakter tego pojedynczego człowieka, którym jesteśmy.

Oczywiście: jeśli rytuały odróżniające dzień powszedni od dnia świętego są powiązane z inną rzeczywistością niż ta, w której przebywamy na co dzień – czyli są w istocie święte – możliwość zatrzymania się w ruchu i spojrzenia na swoje życie z zewnątrz zyskuje dodatkową powagę. Więc: roczny rytm Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Tygodniowy rytm niedzielnej liturgii. Ba: dzienny rytm godzin brewiarzowych (nigdy nie udało mi się dłużej niż przez kilka tygodni korzystać przynajmniej dwa razy dziennie z Liturgii godzin dla świeckich – presja naglących spraw do załatwienia prędzej czy później okazywała się silniejsza). Zamiast piasku, przesypującego się w klepsydrze, metronom. Tik-tak. Teraz jestem tu. W tym miejscu i przy tej szczególnej czynności, której poprzednio oddawałem się przed tygodniem, przed rokiem. Ona to stanowi strukturę pozwalającą mi się zorganizować, jak druciany szkielet glinianej rzeźby. A jeśli świętuję nie sam, lecz z bliźnimi, struktura ta okazuje się mocna, bo jest starsza, większa i bardziej długowieczna od śmiertelnego, koniec końców, mnie. 


Jerzy Sosnowski - ur. 1962, historyk literatury, pisarz, eseista, dziennikarz, felietonista miesięcznika "Więź" i członek Zespołu Laboratorium WIĘZI. Napisał m.in. "Instalację Idziego", "Spotkamy się w Honolulu", "Co Bóg zrobił szympansom?", "Sen sów". Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

GŁOS Z KRYJÓWKI

KONIEC NOCY

OJCIEC MATEUSZ I INNI

NA CO MOŻE SOBIE POZWOLIĆ ARTYSTA?

Przebłysk i przeczucie


komentarze



Facebook