MŁOT NA CZAROWNICE
Badania wykazały, że podczas sabatów spożywano potrawy przyrządzone z roślin o działaniu halucynogennym. Dlatego kobiety bez tortur były potem skłonne przyznawać, że latały na miotłach i widziały diabła.

ROBERT BENNER/FLICKR.COM XIX-WIECZNA ILUSTACJA


MACIEJ MULLER: Magia i polowania na czarownice to chyba niełatwe wyzwania dla historyka?

TOMASZ GAŁUSZKA OP: To prawda. Badacz musi zmierzyć się z faktami, a nie wie, co z nimi począć. Na przykład w XVII wieku przed sądem w Monachium stanęła grupa rolników, którzy zgodnie zeznawali, że nie mogą pracować w polu, ponieważ codziennie, punktualnie o godzinie 12, przelatuje nad nimi kilka nagich kobiet na miotłach. Zbiorowa halucynacja? Prawdziwe wydarzenie? Źródło niby z epoki, ale jak to zinterpretować?

Okres, o którym ojciec wspomina, to apogeum polowań na czarownice. Ale problem uprawiania magii był obecny w Kościele właściwie od początku.

Ba, widzimy go już w Starym Testamencie! Choćby w Księdze Wyjścia (22,17) wprost czytamy: „Czarownicy żyć nie pozwolisz”. Teologowie chrześcijańscy przez długi czas opracowywali temat pod względem teoretycznym, szukając odpowiedzi na pytanie: Czy mamy do czynienia z przywidzeniami, czy też z realnym wpływem czarów na rzeczywistość. Podwaliny pod rozwój wiedzy o magii i demonologii – bo te sprawy szybko ze sobą powiązano – położył św. Augustyn (V wiek). W swoich dziełach opisał, czym są czary, i podzielił je na kategorie – ukazując w ten sposób całą złożoność problemu. Według biskupa Hippony istniało co najmniej 13 typów osób uprawiających magię.

Na przykład?

Divini, czyli osoby, przez które przemawiały bóstwa. Incantatores, którzy rzucali uroki. Augures, którzy odczytywali przyszłość z głosu ptaków i auspices, obserwujący lot ptaków. Byli też astrologowie czytający z gwiazd oraz horoscopi, którzy na podstawie kluczowych w życiu człowieka dat spekulowali o jego przeznaczeniu. I wreszcienekromanci, wzywający duchy zmarłych w celu odkrycia przyszłości, ale i szkodzenia innym, oraz maleficii, czyli osoby, które za pomocą zaklęć potrafiły zabijać.

Oto „personel magiczny”, przyszli klienci procesów o czary. Na swój użytek uprawianą przez nich magię podzieliłem na kilka kategorii. Pierwsza to magia szkodliwa, czyli czary, które miały czynić krzywdę drugiej osobie poprzez zadanie śmierci albo pozbawienie jakieś funkcji życiowej (najczęściej chodziło o spowodowanie impotencji). Dalej – magia miłosna, czyli ingerencja w relacje damsko-męskie. Następnie magia lecznicza, uprawiana przez znachorów sporządzających lekarstwa z tego, co złapali, zebrali lub wyskubali. Kolejna kategoria to odczytywanie przyszłości, wróżbiarstwo. Jeszcze ciekawsza była magia „schrystianizowana”. W XV i XVI wieku zdarzały się przypadki wykradania hostii i używania ich jako talizmanu przynoszącego szczęście; bywało też, że umieszczano je w oborze, żeby krowy dawały więcej mleka. W przemienionych postaciach sakramentalnych widziano przedmioty kryjące moc, którą można wykorzystać do własnych celów.

Ostatnia kategoria to magia naukowa, do której zaliczam alchemię, astrologię i nekromancję.

Kiedy już dochodziło do procesów o czary, podział na magię białą (np. leczniczą lub miłosną) i czarną nie miał znaczenia. Każde czary oceniano jednoznacznie, łącząc je z działaniem demona.

Skąd się wzięło to skojarzenie?

Uznawano, że tylko demon mógł umożliwić ludziom przewidywanie przyszłych zdarzeń – nie na zasadzie jasnowidzenia, ale posługując się swoją hiperinteligencją, pozwalającą dostrzec czynniki dla człowieka niedostrzegalne.

Człowiek średniowiecza pojmował rzeczywistość prosto, ale nader poprawnie. Jest Stwórca i stworzenia, do których należeli zarówno ludzie, jak i aniołowie – w tym też demony. Między stworzeniami zachodzą relacje. A skoro głównym zamiarem upadłego anioła, Szatana, jest odwodzenie człowieka od dobra i celu ostatecznego, należy się spodziewać, że zrobi on wszystko, aby mu zaszkodzić i sprowadzić go na manowce. I czynił to, zatruwając jego wyobraźnię i utwierdzając go w kłamstwie.

W średniowieczu wierzono jednak przede wszystkim w moc Chrystusa i zmartwychwstania; ufano, że sakramenty dają wystarczająca ochronę przed demonem. Diabeł nie był mocniejszy od Boga. W ogóle nie mógł się z Nim równać. I o tym człowiek średniowiecza doskonale wiedział.

W średniowieczu nie ścigano czarownic?

Czarami nie interesował się zbytnio ani Kościół, ani świecki system prawny. Zmieniło się to dopiero w nowożytności.

Średniowieczne myślenie o czarach ustanowił zredagowany w X wieku, prawdopodobnie ok. 900 roku, tzw. Canon Episcopi. Jego autor, benedyktyn Reginon z Prüm, zajął się osobami, które twierdziły, że potrafią latać. Uznał, że kłamią i że dały się oszukać diabelskim sztuczkom. Nie są jednak wspólnikami diabła (to znacznie późniejszy pogląd, związany z XV-wiecznym Młotem na czarownice), ale ofiarami demonicznego uwiedzenia. Demon sprawia, że człowiek doznaje wizji, w których np. lata na miotle czy dokonuje cudów. Czary i ich skutki nie są czymś realnym, lecz dzieją się w chorej wyobraźni oszukanego przez diabła człowieka – twierdził Reginon. Człowiekowi takiemu – podkreślał – należało pomóc, a nie go potępiać.

Canon Episcopi wyznaczył sposób patrzenia na czary na kilkaset lat, ponieważ w 1140 roku Gracjan włączył go do swojego Dekretu – najważniejszego zbioru prawa kanonicznego.

Do XIV wieku Kościół uznawał szkodliwość magii z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że człowiek uprawiający czary nie szukał pomocy u Boga, ale u innych sił, szkodził więc wierze swojej i innych (przypomnijmy, że w średniowieczu lepiej niż dzisiaj rozumiano, że Kościół to wspólnota i działa na zasadzie naczyń połączonych). Po drugie, magia była superstitio, zabobonem, głupotą, poniżeniem człowieka, ponieważ obrażała jego rozum.

Czy inkwizycja nie interesowała się magią?

Nie, ponieważ czary uznawano za błąd, a nie za herezję. Inkwizytorzy mieli poważniejszych przeciwników – waldensów, begardów czy katarów. Mało kto myślał wtedy, że można na serio, świadomie i dobrowolnie wierzyć w skuteczność czarów i je uprawiać – uznawano to po prostu za przejaw bałwochwalstwa i skrajnie szkodliwą głupotę. Inkwizycja do XV wieku nie zajmowała się czarami – a jeśli już, jak w przypadku procesu templariuszy, były to przypadki nadzwyczajne, związane z wielką polityką. W średniowieczu oskarżenia o czary dotykały osób z elit społecznych – biskupów, wysokich urzędników kościelnych i królewskich. Nowożytne polowania na czarownice będą tego odwrotnością – to był problem prostego ludu, mieszkańców wsi i marginesu społecznego. W Polsce ani jeden szlachcic nie został skazany za czary.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Tomasz Gałuszka OP - ur. 1978, dominikanin, dr hab. historii, dyrektor Dominikańskiego Instytutu Historycznego, wicedyrektor Instytutu Historii oraz kierownik Katedry Historii Starożytnej i Średniowiecznej UPJPII, sekretarz Międzynarodowej Komisji Studiów nad Chrześcijaństwem Polskiej Akademii Umiejętności, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego oo. Dominikanów, autor kilku książek, m.in. Inkwizytor też człowiek i Badania nad Biblią w XIII wieku, oraz kilkudziesięciu artykułów naukowych. Mieszka w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

Maciej Müller - ur. 1982, studiował historię na Uniwersytecie Jagiellońskim i dziennikarstwo w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera, w latach 2007-2012 pracował w "Tygodniku Powszechnym" jako dziennikarz, a następnie szef działu religijnego. Współautor książki "Miłość z odzysku" poświęconej związkom niesakramentalnym w Kościele, autor wywiadu z prof. Chazanem "Prawo do życia. Bez kompromisu"; redaktor książki Tomasza Gałuszki OP "Inkwizytor też człowiek. Intrygujące karty Kościoła". Mieszka pod Krakowem z żoną, synkiem i dwiema córkami. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

SERCE W ZGLISZCZACH

Paszporty braci kaznodziejów

MĘCZENNIK NAUKI

Opowiedzieć Bogu o Bogu

KIM NIE BYŁ ŚWIĘTY DOMINIK


komentarze



Facebook