NIEŚMIAŁY ARTYSTA SŁOWA
Ten łagodny brodacz w dużych okularach z grubymi szkłami w jednej chwili potrafił się przeistoczyć w wyrafinowanego kpiarza i bezlitosnego szydercę, gdy zetknął się kiczem czy grafomanią.

FOT. KRZYSZTOF MILLER/AG


Maciek Zięba zapomniał o Bożym świecie i nawet o bólu zęba

Gdy czytał, że klub gry w domino „Dynamo” w Dominikanie

Demonicznie zdominowali dynamiczni dominikanie

– tak się zaczynała dedykacja, którą Stanisław Barańczak napisał na swych Biografiołach. Poczcie 56 jednostek, sławnych, sławetnych i osławionych. Przywołuję dziś ten Staszkowy żart, by się jakoś wytłumaczyć, że tekst o jednym z najwybitniejszych polskich poetów oraz krytyków i najwybitniejszym polskim tłumaczu, o który poprosiła mnie redakcja „W drodze”, będzie miał charakter osobisty. I gdyby nie owa prośba, nie zdecydowałbym się na jego napisanie. Nie jestem bowiem ani literaturoznawcą, ani krytykiem i w związku z tym taki tekst nieuchronnie się osuwa w kierunku „Stanisław Barańczak i ja”, wyraźnie kontrastującym z powściągliwym i nieśmiałym zachowaniem samego poety.

***

Poznaliśmy się w 1974 roku. Znajomi z kręgu „komandosów marcowych” dali mi jego numer telefonu i ja, świeżo upieczony student fizyki i świeżo upieczony przewodniczący świeżo powstałej sekcji młodzieżowej wrocławskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, zadzwoniłem do domu młodego asystenta na wydziale polonistyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, zapraszając go na wieczór autorski. Stanisław precyzyjnie opisał mi przez telefon swoją bujną brodę, ja zaś dokładnie opisałem mu wygląd mych wąsów i dzięki temu parę dni później bez trudu rozpoznaliśmy się wzajemnie przy witrynie księgarni Ossolineum na wrocławskim Rynku. Młody poeta nie był pieszczochem cenzury. Jego wiersze opisywały bowiem absurdy i beznadzieję życia w PRL-u. Później naraził się jeszcze wielu ważnym pupilom władz komunistycznych, drwiąc bezlitośnie z ich twórczości na łamach „Studenta”, gdzie pod pseudonimami Feliks Trzymałko i Szczęsny Dierżankiewicz prowadził rubrykę „Książki najgorsze”, a samym władzom się naraził, podpisując „List 59” protestujący przeciwko wprowadzeniu do konstytucji zapisu o „przewodniej roli PZPR” i „wieczystym sojuszu z ZSRR”. Przypieczętowaniem tego procesu było podpisanie przez Stanisława deklaracji przystąpienia do Komitetu Obrony Robotników i zaangażowanie się w tworzenie niezależnego obiegu wydawniczego, łamiącego monopol wszechobecnej wówczas cenzury, która kontrolowała każde słowo i każdy obraz, także etykietki na pudełku zapałek i prognozę pogody. Od tego czasu jego dom przy ul. Newtona w Poznaniu był pod stałą obserwacją SB i gdy regularnie odwiedzałem mieszkanie Anny i Stanisława, zawsze byłem później legitymowany przez milicyjny patrol, a niekiedy, na szczęście pobieżnie, rewidowany. To ostatnie było szczególnie niemiłe, bo za każdym razem dostawałem od Stanisława porcję „bibuły”, na którą – jak mówił – nie ma w Poznaniu zbyt wielkiego rynku zbytu (a rynek wrocławski był znacznie bardziej chłonny). Byłem też u Staszka i Ani w historyczny wieczór 16 października 1978 roku – zatopieni w rozmowie nie byliśmy jednak świadomi niezwykłości tego momentu. Stanisław podarował mi wtedy emigracyjne, bibliofilskie wydanie swego tomiku Sztuczne oddychanie, ilustrowane przez Jana Lebensteina, z dedykacją: „Maćkowi Ziębie, z przyjaźnią i nadzieją, że nasze oddychanie w PRL-u będzie może wkrótce bardziej naturalne”. Godzinę później ogłoszono całemu światu gaudium magnum – radość wielką: Habemus papam Carolum Cardinalem Wojtyła!

Każdego, kto się spotkał ze Stanisławem Barańczakiem, uderzała jego nieśmiałość, niekiedy wręcz nieporadność wrażliwego poety, kontrastowo połączona z pełnym ironii demaskowaniem przejawów fałszu i głupoty oraz cudownie purnonsensowym poczuciem humoru i pełnym pasji zaangażowaniem obywatelskim.

Ten łagodny brodacz w dużych okularach z grubymi szkłami w jednej chwili potrafił się przeistoczyć z konesera lubującego się w Bachowskich sonatach w interpretacji Glenna Goulda w wyrafinowanego kpiarza i bezlitosnego szydercę, gdy zetknął się kiczem czy grafomanią. Nie wahał się też, gdy trzeba było podejmować trudne i ryzykowne decyzje o podpisaniu petycji do władz PRL-u albo też pisać jawnie, pod nazwiskiem, teksty w drugim obiegu czy uczestniczyć w głodówce w obronie uwięzionych przyjaciół z KOR-u. Każdego uderzała też niesłychana pracowitość i niesamowita erudycja Stanisława. Poznańska rzetelność połączona ze znakomitą znajomością literatury polskiej i światowej oraz muzyki klasycznej zaowocowała bogatą i wszechstronną twórczością. Mimo trapiącej go bez mała przez połowę życia i stale postępującej choroby, mimo rozlicznych obywatelskich i dydaktycznych zaangażowań, jest on przecież autorem blisko 30 zbiorów esejów i tomików poezji oraz około 100 tomów tłumaczeń z wielu języków.

***

Tłumaczem był absolutnie genialnym. By nie być gołosłownym, przytoczę wierszyk Cummingsa, którego – jak żartobliwie napisał Stanisław – „jesteś bohaterem”.

O purple finch

please tell me why

this summer world (and you and I

who love so much to live)

must die

 

if I

should tell you anything

(that eagerly sweet carolling

self answers me)

I could not sing

 

szkarłatna ziębo

powiedz czemu

razem z tym latem (choć tak chcemy

w nim żyć, i ty i ja )

umrzemy

 

gdybym ci coś powiedzieć miała

(odparła śpiewna żywa mała

istota)

śpiewać bym przestała.

To specjalny dar. Zwykłe ucho, normalna imaginacja nic tutaj nie zdołają. Rację miał młody Brodski, gdy mówił, że to pochodzi od Boga. Bo tłumaczenia Barańczaka to ponadludzka, nadprzyrodzona dyscyplina zachowująca rym i rytm, połączona ze sferyczną, muzyczną harmonią utrzymującą jedność i współbrzmienie wraz z – po ludzku karkołomnymi – nieledwie boskimi niekiedy asocjacjami w myśleniu o słowach, w precyzyjnie ważonych sylabach i dźwiękach.

Literatura polska niezmiernie wiele mu zawdzięcza. Z pewnością cały przekrój literatury anglosaskiej – od angielskiego średniowiecza po dzisiejszą literaturę amerykańską. Radością dla nas dominikanów pozostanie to, że tłumaczenia pierwszych 19 sztuk Shakespeare’a powierzył oficynie „W drodze” i w trakcie tych lat ścisłej współpracy, od 1990 do 1995 roku, prawdziwie się zaprzyjaźnił z tymi, którzy ją wówczas tworzyli. Ale Barańczak to nie tylko wiele tysięcy tłumaczeń znakomitych Anglosasów. To także Gorbaniewska, Galicz oraz Brodski, to Celan, Venclova i Jan od Krzyża. Mieszkańcy ojczyzny-polszczyzny mogą dziś dzięki niemu odbywać, i to w komfortowych warunkach, rozliczne poetyckie podróże w przestrzeni i czasie.

A do bilansu jeszcze trzeba dodać umożliwienie różnorodnych podróży w odwrotnym kierunku dzięki jego niemieckim antologiom literatury polskiej czy też angielskim tłumaczeniom polskiej poezji od Trenów Kochanowskiego (wraz z irlandzkim noblistą Seamusem Heaneyem) po Wisławę Szymborską.

***

Dość długo krążyła o Stanisławie opinia, że jest genialnym tłumaczem, a przy tym też dobrym poetą. Wiem, że nie była ona Stanisławowi zbyt miła. Dobrze go rozumiałem, ale też i mogłem zrozumieć tych, którzy wypowiadali taki pogląd. Jego pierwsze tomiki, zwłaszcza te nowofalowe, były znakomite formalnie, błyskotliwe i mądre, ale – przynajmniej dla mnie – zbyt wykoncypowane, zbyt chłodne. Jednakże jego poezja bezustannie ewoluowała, rozwijała się razem z jej autorem. WSztucznym oddychaniu nadal jest wiele żonglerek słownych, wiele intelektualnych polemik z PRL-em, ale jest też muzyczna smutna opowieść Hymnu wieczornego o beznadziei życia w realnym socjalizmie:

Ponad głowami i ponad słowami

Ponad domami i ponad dymami

Ponad dachami ponad oddechami

Zapada noc

 

Nad zmaganiami i nad zmęczeniami

Nad rozkoszami i nad rozpaczami

Nad mdłymi dniami i nad złymi snami

Zapada noc

I nad poddaniem się i nad niezgodą

I nad ugodą czyjąś z samym sobą

Ponad niewolą i ponad swobodą Zapada noc

I powiedz czemu I powiedz czy wszędzie

i wciąż tak samo i zawsze już będzie

nad dachy fabryk kościołów i więzień

zapadać noc

 

Powiedz dlaczego jej dłoń coraz cięższa

i coraz bardziej brakuje powietrza

kiedy nad nami ciemna i zwycięska

zapada noc

Dlaczego dławi nas Dlaczego śnimy

oblani potem że się nie zbudzimy

że wiecznie będzie nad lata i zimy

zapadać noc

 

Nikt nie odpowie Nad ziemią nad miastem

nad tym pokojem nad ciałem twym własnym

głuchym spokojem i milczącym kłamstwem

zapada noc

Ponad dachami ponad oddechami

Ponad domami i ponad dymami

Ponad głowami i ponad słowami

 

Zapada noc

Zapada noc

Zapada noc

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Maciej Zięba OP - ur. 1954, dominikanin, znawca i popularyzator myśli Jana Pawła II, autor kilkuset publikacji w prasie krajowej i zagranicznej oraz kilku książek, m.in. "Kłopot za kłopotem. Katolik w dryfującej Europie" (Poznań 2015), "Papieska ekonomia. Kościół-rynek-demokracja" (Kraków 2016), w latach 1998-2006 prowincjał Polskiej Prowincji Dominikanów. Mieszka we Wrocławiu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Mistrz

SZUKAJCIE TEGO, CO JEDNOCZY

PATRIOTYZM W CZASACH PODZIAŁU

Rozrzucać ziarno

Bez prawdy wolność traci sens


komentarze



Facebook