BOSKI PAKIET
To, co najważniejsze w naszym życiu, dokonuje się poza naszą świadomością. Nie wiemy, w jakiej mierze nas to zmienia. Człowiek grzeszny i święty wyglądają na ulicy tak samo.

FOT. MIKE ABRAHAMS/IN PICTURES/CORBIS


Dlaczego mówimy, że fundamentem życia chrześcijańskiego jest chrzest, a nie na przykład komunia święta, w której namacalnie doświadczamy zjednoczenia z Chrystusem?

Bo pomimo tego, że dla wierzących Eucharystia jest centrum życia, trudno sobie wyobrazić, by mógł w niej uczestniczyć ktoś, kto nie żyje życiem Boga. Jako chrześcijanie wiemy, że człowiek rodzi się z grzechem pierworodnym, to znaczy nie ma w sobie życia Bożego. Chrzest daje nam taką możliwość i otwiera drogę do wszystkich innych sakramentów. W przeciwnym razie byłyby one nieskuteczne.

Świadomość istnienia grzechu pierworodnego jest współcześnie chyba bardzo niewielka?

Oczywiście, nawet w kazaniach rzadko porusza się ten temat.

Może wynika to z niechęci do wzięcia na siebie odpowiedzialności za coś, czego nie zrobiliśmy? To nie ja byłam Ewą – słyszymy w znanej piosence.

Tylko że to nie jest odpowiedzialność moralna. Do chwili grzechu pierworodnego człowiek żył w przyjaźni i w ścisłej relacji z Bogiem. Mówiąc obrazowo, po nieposłuszeństwie Adama i Ewy powstał mur między nami a Bogiem, który, co ważne, zbudowaliśmy my, od naszej strony i nikt z nas nie jest w stanie go przebić. Ratunkiem jest pomoc kogoś, kto go przebije z drugiej strony. I to się dzieje przez śmierć i zmartwychwstanie Jezusa.

Czy w podejściu do skutków grzechu pierworodnego Pan Bóg nie mógł być bardziej miłosierny?

Proszę zauważyć, że grzech pierworodny zburzył wszystkie relacje – także między mężczyzną i kobietą, oraz, o czym się zapomina, z przyrodą. Pan Bóg, szanując naszą wolność, pozwolił nam odczuć konsekwencje naszego złego wyboru – to mądra Boża pedagogia.

Mówimy często, zwłaszcza o osobach niewierzących lub wyznających inną wiarę, że one także są dziećmi Boga. W takim razie po co nam, wierzącym, chrzest? Czy dzięki niemu jesteśmy „lepszymi” dziećmi Bożymi?

Można być dzieckiem Boga na różne sposoby, na przykład jako stworzenie Boże. Izrael jest dzieckiem Bożym na zasadzie wybrania, co wyrażają Boże słowa przekazane przez Mojżesza faraonowi: „Synem moim pierworodnym jest Izrael” (Wj 4,22). To, co spotyka chrześcijanina, jest czymś zupełnie wyjątkowym, ponieważ jest on złączony z Synem Bożym. Jest on synem w Synu, jak to się mówi w teologii, czyli jest dzieckiem Boga dzięki wyjątkowej więzi z Chrystusem.

Czyli ktoś, kto nie ma chrztu…

…nie ma szczególnej relacji z Bogiem. Jest ciągle dzieckiem Bożym w sensie stworzenia, ale nie jest synem w Synu. Wyjaśnia to św. Paweł w Liście do Galatów, mówiąc o przyobleczeniu się w Chrystusa. To znaczy, że każda ochrzczona osoba poprzez ten sakrament staje się częścią mistycznego ciała Chrystusa. Po chrzcie Bóg widzi w nas Jezusa, w każdym rozpoznaje obecność swojego Syna. To jest nasze niezatarte znamię. I to nie jest tak, że kiedy postanowimy wypisać się z Kościoła, Duch Święty od nas odfrunie. Pewne rzeczy są w nas na stałe.

Ktoś może powiedzieć, że to straszne. Zwłaszcza jeśli jest obrażony na Kościół albo na księży i dowiaduje się, że będzie miał z nimi związek do końca życia.

Bo Kościół nie jest organizacją, tylko jest rodziną. Z rodziny też się nie wypiszemy, jakakolwiek by była.

Skoro mamy w sobie na stałe boski element, to czy mamy prawo mówić, że daje nam to gwarancję zbawienia bez względu na to, co zrobimy?

Możemy to roztrwonić jak syn marnotrawny. W naszym przekładzie czytamy, że dostał on od ojca majątek, tymczasem w oryginale jest słowo bios, które oznacza przede wszystkim życie, a w dalszym sensie – to, co potrzebne do życia, czyli majątek. Tym podzielił się ojciec. A syn poszedł i to stracił. My otrzymujemy od Boga Jego życie, otrzymujemy „pakiet chrzcielny”. Trzeba go rozpakować i uruchomić, ale równie dobrze można zmarnować. Nie da się wymazać synostwa, ale można uniemożliwić jego rozwój. Od chwili chrztu wolno nam odnosić do siebie słowa Ojca podczas chrztu Jezusa: Ty jesteś mój Syn umiłowany. Dla Boga, nawet w sytuacji grzechu, jestem Jego umiłowanym. I choć nasze Boże dziecięctwo różni się oczywiście od jedynego synostwa Jezusa, to także w nas Ojciec ma upodobanie.

Czy o chrzcie mówimy dopiero od momentu pojawienia się Pana Jezusa, czy można wskazać wcześniejsze fragmenty Pisma, które się do niego odnoszą?

Istniały różne „chrzty”, których wspólnym elementem była woda jako znak oczyszczenia, ale nie miały one mocy uwolnienia od grzechu pierworodnego. Wspólnoty Esseńczyków praktykowały różne obmycia związane przede wszystkim z troską o czystość rytualną. Jan Chrzciciel chrzcił tych, którzy podejmowali decyzję o zmianie swojego życia, wchodząc na drogę nawrócenia, i na znak tego zanurzali się w Jordanie. Głębia wód kojarzyła się Żydom z zagrożeniem, niebezpieczeństwem, niepewnością. Dlatego ten, kto się zanurzał w wodzie Jordanu – bo nie mówimy tu o pokropieniu czy oblaniu! – symbolicznie wchodził w rzeczywistość śmierci, a wychodząc, pokazywał, że chce zacząć nowe życie. Wolno przypuszczać, że jeśli człowiek czynił to w postawie żalu doskonałego, Pan Bóg odpuszczał mu grzechy popełnione przez niego, jednak ten chrzest nie miał mocy, by wprowadzić w jedność z Bogiem, bo nie zmywał grzechu pierworodnego.

Jako chrześcijanie łączymy chrzest z sakramentem spowiedzi i przywracaniem łączności z Bogiem, zrywanej w życiu przez grzech. Jak to wyglądało w przypadku chrztu Janowego?

Nic nam nie wiadomo o tym, żeby wracano nad Jordan do Jana. Była to najprawdopodobniej decyzja jednorazowa, wypływająca z postanowienia wejścia na drogę nawrócenia proponowaną przez nauczanie Jana.

Katechizm Kościoła katolickiego mówi, że zapowiedzi chrztu można szukać w słowach Księgi Rodzaju, gdzie mowa o Duchu, który unosił się nad wodami, albo o wodach potopu oczyszczających ziemię. Czy to jednak nie za daleko idące odniesienie?

Jeżeli chodzi o Ducha unoszącego się nad wodami, to nie jesteśmy pewni, co to zdanie miało dokładnie oznaczać. Wielu biblistów uważa, że powinniśmy je tłumaczyć: „A nad wodami wiał silny wiatr”, zatem byłby to jeszcze jeden z elementów pierwotnego nieładu, niekoniecznie symbol stwórczej mocy Boga. W przypadku wód potopu skojarzenie jest czytelniejsze, bo w Drugim Liście św. Piotra znajdujemy nawiązanie do tego, że tak jak Noe został cudownie ocalony od wody, tak my jesteśmy ocaleni przez wodę. Innym stosowanym skojarzeniem ze Starego Testamentu jest porównanie chrztu do przejścia Izraelitów przez Morze Czerwone. My też musimy przez nie przejść, żeby wejść do Ziemi Obiecanej. Ale to są raczej pewne figury, a nie prawdziwe chrzty w naszym rozumieniu tego słowa.

Niemniej jednak w czasie odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych w noc Wigilii Paschalnej padają te słowa: „Boże, Ty w ciągu dziejów zbawienia przygotowałeś wodę, przez Ciebie stworzoną, aby wyrażała łaskę chrztu…”.

Jest to tylko potwierdzenie tego, że przez różne wydarzenia z historii biblijnej Bóg przygotowywał nas do tego, czym będzie chrzest.

Mówimy o zanurzeniu. Czy dzisiejsza forma sprawowania sakramentu, w większości przypadków sprowadzająca się do delikatnego polania głowy dziecka, nie zubaża sensu znaku?

Pod wieloma względami tak. Z drugiej jednak strony wskazuje się na to, że polanie głowy podkreśla element oczyszczenia, bo kiedy się myjemy, woda też po nas spływa. Dlatego ta praktyka aż tak bardzo mnie nie dziwi.

Jestem natomiast bardzo przeciwna innemu zwyczajowi, jakim jest chrzczenie dzieci przy ołtarzu. Przecież dziecko jest dopiero katechumenem, nawet jeżeli ma tylko kilka miesięcy. Dawni chrześcijanie mieli co do tego lepszą intuicję – jeśli się nie jest chrześcijaninem, to się nie biegnie do ołtarza. Chrzest sprawowany w baptysterium lub kaplicy blisko wejścia do kościoła lepiej wyrażał wprowadzenie do wspólnoty wierzących.

Takich niezrozumiałych elementów jest dziś więcej. Zamiast białej szaty zakładamy dziecku jakiś biały śliniaczek, świecę niejednokrotnie zapalamy zapałką, zamiast przyjąć płomień od paschału. To wszystko świadczy o tym, że nie rozumiemy pewnych symboli.

Pan Jezus w rozmowie z Nikodemem tłumaczy: Trzeba wam się na nowo narodzić. Nikodem nie rozumie za bardzo, co Jezus do niego mówi. Wielu z nas reaguje podobnie: Jak to jest możliwe, żeby człowiek wszedł z powrotem do łona swej matki?

Dla przeciętnego chrześcijanina chrzest to jest zapisanie się do Kościoła, tak jak zapisujemy się do jakiejś organizacji: idziemy i prosimy, żeby wpisano nasze dziecko do jakiejś księgi. Nikt nie mówi, że chodzi o rozpoczęcie nowego życia. Ochrzczone dziecko to naprawdę zupełnie inny człowiek. Czasem się podkreśla, że wyrażenie „przybrane dzieci Boże” nie jest do końca adekwatne, ponieważ adopcja nie zmienia natury, adoptowany pozostaje w swojej istocie taki, jaki był wcześniej. Owszem zmienia nazwisko, może też nabierze nowych zachowań w przybranej rodzinie, ale jest taki, jaki był wcześniej. Kiedy mówimy o adopcji w odniesieniu do chrztu, to tylko dlatego że nie mamy innego adekwatnego słowa. Tymczasem z wody chrzcielnej wychodzi nowa istota – człowiek, który jest zanurzony w Chrystusie i żyje życiem Chrystusa.

Brzmi to bardzo mądrze niczym fragment o chrzcie z Listu św. Pawła do Tytusa, w którym czytamy, że chrzest to obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym.

Dużo lepiej wyrażały to starożytne zwyczaje, gdy chrzest przyjmowali ludzie dorośli. Towarzyszyły temu konkretne znaki: na przykład katechumen deptał skórę – symbolizującą stare życie Adama ubranego w skórę, odwracał się ku zachodowi i spluwał, dając w ten sposób do zrozumienia, że porzuca całe zło dotychczasowego życia.

Ten geograficzny zachód to symbol Szatana?

Tak. Człowiek miał wejść do sadzawki i wyjść ku wschodowi, czyli ku Chrystusowi, który jest słońcem. Wchodzi, zanurza się w śmierć, a potem wychodzi w zupełnie nowe życie po drugiej stronie, gdzie zostaje ubrany w białą szatę na znak tego, że od tej pory już całkowicie należy do Chrystusa.

Dalej uważam, że słowa o „byciu zanurzonym w śmierci Chrystusa” brzmią tajemniczo.

To jest obraz nieadekwatny, ale podpowiadający pewną intuicję. Chrystus każdemu z nas mówi: Chwyć mnie za rękę, wejdziemy razem w moją śmierć, a potem wprowadzę cię w moje zmartwychwstanie. I od tej pory będziesz żyć ze Mną, moim życiem. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób brzmi to mało czytelnie, ale nie da się tego inaczej przybliżyć.

Może dlatego, że sama śmierć wzbudza w nas obawę.

Pierwsi chrześcijanie nie bali się śmierci, bo wiedzieli, co się stało poprzez chrzest. Ta świadomość wyzwalała ich ze strachu. Dlatego było tylu męczenników – ludzi, którzy z odwagą wchodzili w śmierć fizyczną. Co może być gorszego od grzechu? Dziś ta świadomość jest w nas bardzo nikła, bardziej boimy się śmierci niż grzechu i tym samym nie potrzebujemy zbawienia, żaden post i nawrócenie nie są nam potrzebne. Myślę, że to jest wyzwanie naszych czasów: uświadomić ludziom potrzebę zbawienia. Jeżeli się jej nie ma, to po co nam chrześcijaństwo? Wystarczy jakakolwiek wiara w jakiegokolwiek boga.

Fantastycznie pokazują to niektóre wczesnochrześcijańskie mozaiki, chociażby w San Clemente w Rzymie, gdzie przy krzyżu mamy jelenie połykające węże. Uważano, że jelenie jedzą węże, a ponieważ te są słone i tłuste, to chce im się potem pić. Dlatego chrześcijanin, który połknął zło, pragnie wody życia. Staje pod krzyżem i pije wodę, która spod niego wytryska.

Przyznam, że to bardzo odległy od dzisiejszego sposób opowiadania.

Bo to wszystko, o czym mówimy, dzieje się trochę na innej płaszczyźnie. Na ten temat mogliby powiedzieć coś więcej ludzie, którzy głęboko przeżyli swój chrzest w życiu dorosłym i dobrze wiedzą, jak to jest, kiedy nie ma się w sobie tej radości życia Bożego. My naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, jakie byłoby nasze życie, gdybyśmy się nie spowiadali, nie przyjmowali komunii. Usłyszałam kiedyś od pewnego pustelnika, że to, co najważniejsze w naszym życiu duchowym, dokonuje się poza naszą świadomością. My nie wiemy, w jakiej mierze to nas naprawdę zmienia. Człowiek grzeszny i święty wyglądają na ulicy dokładnie tak samo.

Dlaczego Pan Jezus przyjął chrzest od Jana? Czy nie mógł stworzyć własnego, odrębnego rytu, od którego wszystko by się zaczęło?

To jest bardzo ciekawe, że Jezus zaczyna swoją drogę z człowiekiem i dla człowieka w sposób bardzo paradoksalny, stając w kolejce z grzesznikami, sam nie mając grzechu. Tyle że On wyszedł z wody natychmiast po zanurzeniu, bez jakiegokolwiek wyznania, podczas gdy inni wyznawali grzechy.

Czy w takim razie można mówić o jakimś momencie, w którym konstytuuje się chrzest Jezusowy?

Na końcu Ewangelii św. Mateusza Jezus daje wskazania apostołom: Udzielajcie narodom chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

Swoją drogą ten nakaz dany apostołom to jedna z nielicznych wypowiedzi Jezusa na temat chrztu, dodatkowo poparta stwierdzeniem, że kto uwierzy i w czas przyjmie, będzie zbawiony. Poza tą mową końcową u Mateusza i pewnymi tekstami u Jana nie mielibyśmy w ewangeliach żadnej teologii chrztu. W Dziejach Apostolskich czytamy, że znakiem przyjęcia do wspólnoty uczniów Jezusa jest chrzest. Widzimy, że w dniu Pięćdziesiątnicy apostołowie udzielają chrztu nowo nawróconym i odtąd każdy przychodzący do Kościoła przyjmuje chrzest.

Czy to oznacza, że od czasów apostolskich funkcjonuje nowa forma chrztu?

Chrzest w imię Jezusa jest czymś nieporównywalnym, ale przez jakiś czas współistnieje on z chrztem Janowym, udzielanym przez uczniów Jana, którzy nie przyjęli nauki Jezusa, kontynuując misję swojego mistrza. Czytamy w Dziejach Apostolskich chociażby o Apollosie, który na początku znał tylko chrzest Janowy.

W Pierwszym Liście do Koryntian pojawia się wzmianka o chrzcie za zmarłych. Jak to rozumieć?

Wszyscy stawiają sobie to pytanie, dlatego że jest to jedyny tekst w literaturze starożytnej, który mówi o tej praktyce. Przypuszcza się, że chodziło o pomoc zmarłemu na podobnej zasadzie, jak my przyjmujemy komunię świętą za zmarłych i prosimy za nich Boga. Koryntianie, wychowani w greckim świecie, w greckiej filozofii, mieli trudności z wiarą w zmartwychwstanie ciała. A Paweł mówi: Skoro niektórzy z was chcą przez chrzest pomóc zmarłym, to znaczy, że wierzą, iż oni tej pomocy potrzebują, de facto wierzą w zmartwychwstanie.

A co z dziećmi, które umierały bez chrztu? O tym pisał św. Augustyn, próbował to doprecyzować kilka lat temu papież Benedykt.

W Nowym Testamencie kwestia chrztu dzieci jest wzmiankowana tylko przy okazji tego, że ktoś przyjął chrzest „z całym swoim domem”, a skoro z całym, to można zakładać, że również z dziećmi. Nigdzie natomiast Nowy Testament nie rozważa tego problemu, co by było, gdyby dziecko umarło bez chrztu.

Ale odpowiedź na to pytanie w którymś momencie się w Kościele pojawiła. I co w takim wypadku?

Trzeba liczyć na to, że Pan Bóg sobie z tą sytuacją poradzi. On ma różne sposoby dotarcia do człowieka.


Danuta Piekarz - doktor teologii biblijnej, italianistka, wykłada na Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II i w dominikańskim Kolegium Filozoficzno-Teologicznym w Krakowie; od wielu lat współpracuje z salwatoriańskim Centrum Formacji Duchowej w Krakowie jako tłumaczka i konferencjonistka; autorka książek: "(Nie) bój się Boga. Co Biblia mówi o lęku?"; "Słowo, które stwarza. Medytacje nad Starym Testamentem", "Słowo, które zbawia. Medytacje nad Nowym Testamentem". Mieszka w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

TRZY RAZY DOOKOŁA ŚWIATA

ZASŁONA JUŻ NIEPOTRZEBNA

CZY PAN BÓG MA IMIĘ?

WEŹ TĘ KSIĘGĘ I ZJEDZ

ZMIENIAĆ ZIEMIĘ W NIEBO


komentarze



Facebook