DRZEWO

Śląska prowincja jest zielona. Narracja o „czarnym Śląsku” jest tylko poniekąd prawdziwa: w erze, nazwijmy ją delikatnie, przedekologicznej rzeczywiście ilość sadzy (i innych niechlubnych produktów spalania) opadająca w części przemysłowej była znaczna, co nadawało wszystkiemu nutkę szarości (ale żeby zaraz czerń?). Uczciwie trzeba jednak przyznać, że w ciągu ostatnich 20 lat zmieniło się to diametralnie. Leśna zieloność śląskiej prowincji bierze się – paradoksalnie – z potrzeb przemysłu wydobywczego, który konsumując wielkie ilości drewna, wymuszał stosowne podejście do zalesiania. A chyba i górnicy po szychcie tęsknili do zielonego…

Brnąc przez kwestię lasów, zbliżyliśmy się znacząco do tytułowego drzewa. Dzieli nas od niego już tylko autobiograficzny wątek. Pamiętam z dzieciństwa jedno równie nieoryginalne, jak też niezrealizowane marzenie. Domek na drzewie. Mieszkaliśmy w centrum Piekar Śląskich. Dwa z trzech najważniejszych miejsc zabaw: plac i hasiok (miejsce, w którym wysypuje się „hasie”, czyli zasadniczo popiół z pieca – a przy okazji jakieś śmieci, jeśli nie dało się ich spalić lub po ówczesnemu zrecyklować) mieliśmy za domem, ale porządne drzewa dopiero na kalwaryjskim wzgórzu. Chodziliśmy tam z chłopakami na kasztany, a właściwie głównie pod tym pretekstem (bo pora roku nam w tym nie przeszkadzała). Nad sakralnością terenu czuwał stróż, tym groźniejszy, że wyposażony w zrywnego psa. Ze względu na sacrum kalwaryjskich dróżek, które skutecznie promieniowało na drzewa, marzenie o domku pozostało w sferze mar (...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


ks. Grzegorz Strzelczyk - prezbiter archidiecezji katowickiej, teolog, proboszcz (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

BAJLAGA

DLACZEGO NIE TĘSKNIĘ ZA WASZBRETEM

MICKIEWICZ VERSUS ORZESZKOWA

EKLEZJOLOGIA URAZOWA

GRANICE AUTONOMII


komentarze



Facebook