Archwium > Numer 504 (08/2015) > Trudne karty Kościoła > OSTATNIA BITWA TEMPLARIUSZY

OSTATNIA BITWA TEMPLARIUSZY
Akcja była ogromna i znakomicie skoordynowana. Był środek nocy, a templariusze niczego się nie spodziewali. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że w sercu Francji ktoś mógłby podnieść rękę przeciw Zakonowi Świątyni Salomona.

Klasztor Zakonu Chrystusa w Tomarze (Portugalia) - główna siedziba zakonu templariuszy. FOT. PROFIMEDIA/CORBIS


Maciej Müller: Zakon rycerski to połączenie dwóch średniowiecznych ideałów: mnicha i rycerza. Rodzaj doskonałości. Jak doszło do powstania zakonu templariuszy?

Tomasz Gałuszka OP: W XI wieku pojawiła się idea wojny pokutnej, w pełni dopracowana za pontyfikatu Grzegorza VII. Do tradycyjnych uczynków miłosierdzia – modlitwy, postu i jałmużny – dołączono kolejny: uczestnictwo w wojnie, o której celu decydował papież. Wysiłek wojenny prowadził do odpuszczenia grzechów.

Na tym właśnie gruncie wyrosły zakony rycerskie. Epokę gregoriańską, trwającą od XI wieku, w ogóle charakteryzowało dążenie ludzi do gromadzenia się we wspólnoty. Utworzenie i funkcjonowanie po zdobyciu Jerozolimy państw krzyżowych wymagało personelu, który z jednej strony strzegł tych nowych tworów administracyjnych, a z drugiej otaczał opieką odrodzony ruch pielgrzymkowy z Europy. Dla pielgrzymów należało stworzyć miejsca noclegowe, ochronić ich w drodze przez bandytami i podjazdami muzułmańskimi.

Czy za te wszystkie usługi pielgrzymi musieli płacić?

Za ochronę nie. Rycerze działali non profit. Pielgrzymi mieli wystarczająco dużo wydatków – od opłacenia noclegów po załatwienie sobie powrotnej podróży.

Po pewnym czasie rycerze zaczęli się gromadzić w bractwa: wspólnie mieszkali, jedli, dzielili się wydatkami, wybierali sobie dowódcę i działali w sposób zorganizowany. W końcu pojawiła się konieczność uporządkowania takiego trybu życia poprzez przyjęcie reguły. Około 1119 roku grupa składająca się z dwóch cystersów i siedmiu rycerzy pod wodzą Hugona de Payens z Szampanii utworzyła bractwo, które od władz Królestwa Jerozolimskiego otrzymało na siedzibę budynek położony na Wzgórzu Świątynnym. Tam, gdzie niegdyś stała Świątynia Salomona, a dzisiaj meczet Al-Aksa. 10 lat później bractwo otrzymało już oficjalną nazwę, regułę i habit. Nazwa ta brzmiała: Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona. Świątynia to po łacinie templum, dlatego zaczęto tych zakonników nazywać templariuszami.

 Dość nobilitująca siedziba.

Z tego względu ci rycerze cieszyli się ogromną estymą, rosło w nich poczucie, że są kimś wybranym. To było Wzgórze Świątynne: miejsce święte, w którym od wieków działy się rzeczy niezwykłe. To tam Abraham miał złożyć ofiarę z Izaaka, tam według muzułmanów miała się odbyć podróż Mahometa do niebiańskiej Jerozolimy. Templariusze byli przekonani, że wszystko to predestynuje ich do rzeczy wielkich. Stali się elitą wśród rycerzy. I jak na elitę przystało, mieli swoje sekrety, budzili ludzką ciekawość, plotki. Otaczała ich aura tajemnicy. Ludzie na jarmarkach zastanawiali się, co też mogli znaleźć na Wzgórzu Świątynnym… Może odkopali Arkę Przymierza? Albo Świętego Graala? A może całun Chrystusa? Albo może odnaleźli jakieś inne źródła wszechwiedzy? Wszystkie te legendy są do dziś pożywką dla literatury, poczynając od Dana Browna, a kończąc na Magdalenie Ogórek.

Tymczasem templariusze sumiennie wykonywali swoje obowiązki, ponieważ byli to ludzie dumni, ofiarni, którzy przyjęli za motto słowa Non nobis, Domine, non nobis, sed nomini tuo da gloriam, czyli „Nie nam, Panie, nie nam, lecz Twemu imieniu niech będzie chwała”. Ich drugie zawołanie brzmiało: Memento finis – „Pamiętaj o końcu”. Formacja zakonna przygotowywała ich do śmierci – templariusze mieli być tymi, którzy jako ostatni schodzą z pola bitwy. Dezercja nie wchodziła w grę. Pamiętajmy, że templariusze uczestniczyli i ponieśli straty w bitwie pod Legnicą w 1241 roku, kiedy to polski książę Henryk Pobożny próbował postawić tamę najazdowi mongolskiemu.

 Templariuszy nazywano „bankierami Europy”. To zajęcie dość dalekie od roztaczania opieki nad pielgrzymami.

Templariusze byli realistami i było dla nich jasne, że do pełnienia ich misji potrzebne są pieniądze. Uzbrojenie, konie, ochrona zamków i szlaków, prowadzenie bitew – to wszystko kosztowało. Zakon zakładał filie w całej Europie, od Polski po Hiszpanię, żeby gromadzić fundusze na działalność w Ziemi Świętej.

Co więcej, templariusze zdawali sobie sprawę, że pielgrzymi przybywający do Jerozolimy muszą mieć z czego żyć, więc przywożą ze sobą duże sumy pieniędzy. Było to bardzo niebezpieczne: osoba z grubym mieszkiem złota stanowiła łakomy kąsek dla rzezimieszków. Dlatego też templariusze stworzyli system „czeków”: pielgrzym mógł wpłacić pieniądze do jednego z europejskich domów zakonnych i odebrać je po okazaniu pokwitowania w Antiochii lub Jerozolimie. Oczywiście za tę usługę pobierano odpowiednią prowizję. Równocześnie sprzyjało to obrotowi pieniędzmi: bo templariusze, jak przystało na dobrych bankierów, nie trzymali złota w skarbcu, tylko inwestowali. Już w XIII wieku zasłynęli w Europie jako pożyczkodawcy. Kredytowali zarówno zwykłych kupców, jak i książęta, królów i samego papieża. Władcy powierzali im zadania związane ze ściąganiem podatków, a nawet prowadzeniem skarbu państwa.

Do łatki tajemniczych dołączyła więc kolejna: ludzi, którzy mają bezpośredni dostęp do ogromnych pieniędzy. Dlatego też na templariuszy patrzono wprawdzie z respektem, ale i z nieufnością.

 Warto w tym kontekście przytoczyć list ostatniego wielkiego mistrza templariuszy Jakuba de Molaya do jednego z domów zakonnych w Aragonii: „Wydaliśmy komandorowi Walencji polecenie, aby zakupił jęczmienia. (…) Uważajcie na młode drzewka, żeby ich wiatr nie przewrócił, pilnujcie, aby nie uszkodziły ich zwierzęta. Wydaje nam się, że nadszedł już czas, aby zacząć ujeżdżać konie. (…) Donosimy wam, że budujemy właśnie okręt za 6 tys. solidów. Pytacie nas, czy macie przysłać daktyle. Nie chcemy ich, wolimy pieniądze”.

To świadczy o tym, jakimi profesjonalistami stali się templariusze w kwestiach gospodarczych. Zwłaszcza że po 1291 roku, kiedy ostatecznie upadło Królestwo Jerozolimskie, templariusze musieli sobie znaleźć nowe pole działalności.

 

Więc zajęli się bogaceniem.

To krzywdzące uproszczenie, bo oni nie obracali pieniędzmi dla własnych zysków. Po upadku państw krzyżowych w Palestynie templariusze zadawali sobie pytanie o sens dalszego funkcjonowania. Jakub de Molay wskazał im drogę: trzeba odzyskać Ziemię Świętą, a więc bierzmy się do roboty, gromadźmy fundusze… na organizację nowej krucjaty.

Taka jest przyczyna intensyfikacji działalności finansowej templariuszy. De Molay, wielki mistrz od 1293 roku, był jednym z ostatnich obrońców oblężonej Akki. Doskonale wiedział, jak ogromnych funduszy wymagają walki w Ziemi Świętej.

 Wymieniłeś na początku pełną nazwę zakonu templariuszy. Czy nie gorszy cię to, że Ubodzy Rycerze Chrystusa stali się wielkimi finansistami, prowadzącymi rachunkowość królom?

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Tomasz Gałuszka OP - ur. 1978, dominikanin, dr hab. historii, dyrektor Dominikańskiego Instytutu Historycznego, wicedyrektor Instytutu Historii oraz kierownik Katedry Historii Starożytnej i Średniowiecznej UPJPII, sekretarz Międzynarodowej Komisji Studiów nad Chrześcijaństwem Polskiej Akademii Umiejętności, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego oo. Dominikanów, autor kilku książek, m.in. Inkwizytor też człowiek i Badania nad Biblią w XIII wieku, oraz kilkudziesięciu artykułów naukowych. Mieszka w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

Maciej Müller - ur. 1982, studiował historię na Uniwersytecie Jagiellońskim i dziennikarstwo w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera, w latach 2007-2012 pracował w "Tygodniku Powszechnym" jako dziennikarz, a następnie szef działu religijnego. Współautor książki "Miłość z odzysku" poświęconej związkom niesakramentalnym w Kościele, autor wywiadu z prof. Chazanem "Prawo do życia. Bez kompromisu"; redaktor książki Tomasza Gałuszki OP "Inkwizytor też człowiek. Intrygujące karty Kościoła". Mieszka pod Krakowem z żoną, synkiem i dwiema córkami. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

SZAFRANOWY CHŁOPIEC

SPÓR PRZY JEDNYM STOLE

NIENAWIŚĆ DO GROBOWEJ DESKI

STOS W MIEŚCIE KWIATÓW

ENTLICZEK, PENTLICZEK


komentarze



Facebook