Archwium > Numer 504 (08/2015) > Orientacje > ZAMKNIĘTE W SŁOWIE

ZAMKNIĘTE W SŁOWIE
Shaun Usher, Listy niezapomniane, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2015, s. 416.

Podczas czytania tej książki czułam radość i smutek. Czułam też pewne zakłopotanie, bo wnikanie w cudze myśli, zaglądanie do ludzkiego serca i duszy wydaje się pewną niezręcznością. To przecież właśnie tam, w zakamarkach niedostępnych dla innych, przechowujemy to, co dla nas najważniejsze, co chcemy ochronić przed wścibskim spojrzeniem cudzych oczu. Mamy przecież prawo do kawałka siebie, którym chcemy się podzielić w bliskości i intymności jedynie z drugim człowiekiem, i tylko z nim – w spleceniu myśli, uczuć, spraw, trosk.

Chwilami śmiałam się do łez i mówiłam – posłuchaj, posłuchaj – zamęczając domowników czytanymi fragmentami. Śmialiśmy się razem. Wystarczyło kilka chwil, by zmienić nastrój, by zatopić się w cudzym cierpieniu, tęsknocie, miłości, powadze. I znów były łzy. Już zupełnie inne.

Im dłużej czytałam tę niezwykłą książkę, tym bardziej było mi żal, że... Że nie piszemy do siebie listów, że nie czekamy na nie, wyglądając niecierpliwie listonosza. Nie zaklejamy niebieskich, białych i różowych kopert, nie szukamy ozdobnej papeterii, nie wyciągamy pióra, długopisu, żeby myśl wprawnym ruchem ręki zamienić w słowa.

Oddaliśmy to bez walki, tłukąc w klawiaturę i zachłystując się tym, że kilka minut po wysłaniu wiadomości już mamy odpowiedź. Jakby nie drugi człowiek, ale czas stał się najważniejszy. Czas, którego ciągle nam za mało i który – mówimy – pędzi coraz szybciej. Więc jak tu znaleźć czas na pisanie listów, gdy w tym zabieganiu nie mamy już nawet czasu, żeby porozmawiać?

Zanurzeni po uszy w nowoczesności i technologii zachwycamy się światem, który przybliżył się do nas. Daleko nie jest już tak daleko, jak było kiedyś. A metr, choć wciąż dumnie pyszni się w Sèvres, wydaje się zdecydowanie krótszy.

Książka Listy niezapomniane jest zbiorem niezwykłym. Czytanie jej to wędrówka przez ludzkie losy, domy, historie, pałace, namiętności, miłości, tragedie, rozstania. Dużo w niej chwil niezwykłych, ulotnych, zatrzymanych w kilku czy kilkunastu zdaniach. Dużo też spraw codziennych i banalnych, pozornie nieistotnych, nic nieznaczących. Są też i te wielkiej wagi, które stały się historią nas wszystkich.

I choć od dziecka każdy z nas słyszał, że czytanie cudzych listów jest rzeczą niegrzeczną i niestosowną, tym razem – nie bacząc na dobre wychowanie, konwenanse i zasady – trzeba do tych listów zajrzeć. Zatopić się w nich i przeczytać z uwagą. Nie raz. Trzeba do nich wracać. Wiele razy.

Babeczki, baki i banknoty

 Pisali sławni do sławnych i znani do znanych, pisali małżonkowie, kochankowie, przyjaciele, znajomi. I obcy sobie ludzie. Pisali dorośli i dzieci, szczęśliwi i nieszczęśliwi, zakochani, porzuceni, zrozpaczeni. Pisali kilka wieków temu i wcale nie tak dawno.

Przez korespondencję – tę bardziej oficjalną i całkiem prywatną – przedzierał się blisko cztery lata Shaun Usher. To on, przy pomocy czytelników swojego bloga lettersofnote.com, zebrał i opublikował ponad 100 listów.

Czytelnik zobaczy nie tylko faksymile, ale z krótkiego opisu dowie się też, jakie były okoliczności napisania listu i jaka historia związana jest z tym wydarzeniem.

 Drogi Panie Prezydencie,

kiedy w dzisiejszej gazecie zobaczyłam zdjęcie przedstawiające pana przy grillu z przepiórkami, przypomniało mi się, że nie przesłałam Panu przepisu na babeczki, co obiecałam uczynić podczas Państwa wizyty w Barmoral. Spieszę więc, by naprawić to niedopatrzenie, i żywię nadzieję, że wypieki okażą się udane.

Jest to porcja przeznaczona dla 16 osób, jednak, jeśli gości jest mniej, dodaje po prostu nieco mniejsze ilości mleka i mąki, natomiast pozostałe składniki pozostawiam w niezmienionych proporcjach.

Zamiast cukru używam czasami słodkiego syropu – z nim babeczki są równie wyśmienite

 – napisała 24 stycznia 1960 roku królowa Elżbieta II do prezydenta USA Dwighta D. Eisenhowera, załączając oczywiście, obok ciepłych słów i kilku grzecznościowych uwag, wspomniany przepis ze szczegółowym opisem, jak przygotować babeczki.

Prezydent dostawał korespondencję nie tylko od wielkich tego świata. Czasami przychodziły listy od zwykłych ludzi:

Drogi Prezydencie Eisenhowerze,

moja dziewczyna i ja piszemy do Pana z Montany. Naszym zdaniem wystarczająco źle się stało, że Elvis Presley trafił do wojska, ale jeśli zgolicie mu baki, to po prostu umrzemy!

Nie wie Pan, co my do niego czujemy, naprawdę nie rozumiem, jak Pan mógł go wysłać do wojska, ale błagamy Pana, prosimy, prosimy, niech nie obcinają mu włosów, och błagamy, błagamy! Jeśli to zrobicie, umrzemy!

Do prezydentów pisały też dzieci:

Drogi Prezydencie Nixon,

słyszałem, że jest pan chory na zapalenie płuc.

Wczoraj wyszedłem ze szpitala, bo tez miałem zapalenie płuc i mam nadzieję, że nie zaraził się pan ode mnie. A teraz proszę być grzecznym chłopcem i jeść warzywa tak samo jak ja musiałem!! Jak pan będzie brał leki i zastrzyki, to wyjdzie pan po 8 dniach tak jak ja.

Całusy John W. James III 8 lat

O miłości i śmierci

 Ten list czytałam późnym wieczorem. Leżałam sobie na kanapie. Zawołałam mojego syna. Dalej czytaliśmy już razem. Niby zwykły list ojca do syna. Zwyczajna rodzicielska miłość i troska. Czyżby? Czy mamy dziś czas tak ze sobą rozmawiać, tak bardzo być uważnym na własne myśli i słowa, uczucia?

W listopadzie 1958 roku 14-letni Thomas Steinbeck, syn słynnego pisarza Johna Steinbecka, autora m.in. Myszy i ludzi, napisał do swoich rodziców z internatu list, w którym poinformował, że się zakochał. John Steinback jeszcze tego samego dnia odpisał synowi:

Drogi Thomie,

dziś rano dostaliśmy Twój list. Przedstawię Ci mój punkt widzenia... (...)

Jeśli jesteś zakochany, to dobrze – to najlepsza rzecz, jaka może się człowiekowi przydarzyć. Nie pozwól, by ktokolwiek umniejszał lub bagatelizował to uczucie.

Istnieje kilka rodzajów miłości. Może to być samolubne, podłe, zachłanne i egoistyczne uczucie, które prowadzi jedynie do zadufania w sobie. To brzydka i kaleka forma miłości. Jest też jednak inna, która wydobywa z ciebie to, co najlepsze – uprzejmość, rozwagę, szacunek – nie tylko szacunek dla zasad społecznych, ale również ten ważniejszy, odnoszący się do drugiego człowieka jako kogoś wartościowego i wyjątkowego. Pierwsza forma miłości sprawi, że poczujesz się chory, mały i słaby, za to druga pozwoli ci odnaleźć w sobie siłę, odwagę i dobroć, a nawet mądrość, której byś się po sobie nie spodziewał. Piszesz, że to nie jest zwykła szczeniacka miłość. Jeśli czujesz to głęboko, to oczywiście, że nie jest to zwykła szczeniacka miłość. (...)

Ciesz się tym uczuciem i bądź za nie wdzięczny. Obiekt miłości jest kimś najlepszym i najpiękniejszym. Spróbuj mu dorównać. (...)

Czasami czujesz, że Twoje uczucie z takiego bądź innego powodu nie jest odwzajemnione, ale pamiętaj, że nie staje się ono przez to gorsze ani mniej wartościowe. (...)

 Wszyscy dobrze pamiętamy słynny film Szeregowiec Ryan – opowiadający wzruszającą historię żołnierza, który stracił na polu bitwy trzech braci. Czwarty, ostatni syn rodziny, nie może zginąć. Dowództwo amerykańskiej armii wysyła specjalny oddział, który ma go odnaleźć i odtransportować bezpiecznie do domu.

To nie była wymyślona historia, to nie był kinowy wyciskacz łez. To było życie – niewyobrażalnie brutalne i realne. To się zdarzyło naprawdę. Prawie.

W 1942 roku pięciu braci Sullivan wstąpiło do wojska. W listopadzie tego roku trafiony japońskimi torpedami okręt, na którym służyli bracia, zatonął. Zginęło 687 żołnierzy. Zaniepokojona pani Sullivan, nie mając od dwóch miesięcy wiadomości od synów, napisała list do Biura Personalnego Marynarki Wojennej.

Drodzy Panowie,

piszę do Was w sprawie plotki o tym, że w listopadzie na froncie zginęło pięciu moich synów. Jedna z matek, które tu mieszkają, powiedziała mi, że dostała list od syna, który napisał jej, że podobno moi chłopcy zginęli.

W mieście jest teraz o tym głośno i bardzo się martwię. (...) Jeśli rzeczywiście polegli, proszę mi powiedzieć prawdę. 12 lutego mam ochrzcić w Portland statek U.S.S. TAWAS. Jeśli cokolwiek stało się moim pięciu synom i tak ochrzczę ten statek, bo taka była ich wola. Nie zamierzałam Panów niepokoić, ale te wieści bardzo mnie zmartwiły i chciałam się dowiedzieć, czy to prawda. Proszę mi więc powiedzieć. Trudno było oddać pięciu synów do wojska, ale jestem dumna z moich chłopców, którzy służą temu krajowi. (...)

Na odpowiedź pani Sullivan nie musiał długo czekać. Zaskoczeniem dla niej mogło być jedynie to, że pod adresowanym do niej i do męża listem podpisał się sam prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin D. Roosevelt:

Szanowni Państwo Sullivan,

wiadomość o tym, że pięciu państwa synów zginęło w walce z wrogiem, skłoniła mnie do napisania tego listu osobiście. W pełni rozumiem jednak, że niewiele mogę zrobić, by umniejszyć Państwa cierpienie.

Jako dowódca amerykańskiej armii i marynarki wojennej pragnę poinformować Państwa, że cały kraj łączy się z Państwem w bólu. Chciałbym złożyć Państwu kondolencje i wyrazy wdzięczności od naszego kraju. My, którzy wciąż walczymy, musimy pozostawać mocni duchem, wiedząc, że to ogromne poświęcenie nie poszło na marne. (...)

Przesyłam Państwu głębokie wyrazy współczucia i modlę się, żeby Bóg wszechmogący pomógł Państwu odnaleźć pocieszenie, które tylko On może na nas zesłać.

Wzruszenie. Właśnie tak. Wzruszenie musi się pojawić, gdy czytamy listy miłosne, albo raczej pełne miłości, tęsknoty, samotności. Listy, w których była nadzieja, że ktoś je przeczyta, i takie, których już nikt przeczytać nie mógł.

W październiku 1946 roku słynny fizyk Richard Feynman napisał list do swojej żony, która była największą miłością jego życia...

Droga Arline,

uwielbiam Cię, skarbie.

Wiem, jak bardzo lubisz słuchać tych słów – ale nie piszę ich dlatego, że je lubisz – piszę je, ponieważ rozgrzewają mnie od środka. (...)

Chcę Ci powiedzieć, że Cię kocham. Chce Cię kochać. Zawsze będę Cię kochał.

Trudno mi zrozumieć, co to oznacza, że kocham Cię po tym, jak umarłaś – nadal chcę jednak pocieszać Cię i opiekować się Tobą – chcę też, żebyś Ty opiekowała się mną i żebyś mnie kochała. Chcę mieć problemy, o których moglibyśmy wspólnie dyskutować – chcę też podejmować z Tobą niewielkie przedsięwzięcia. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że można robić coś takiego. Szyliśmy wspólnie ubrania, uczyliśmy się chińskiego albo kupowaliśmy projektor filmowy. Czy mogę zrobić teraz coś takiego? Nie. Bez Ciebie jestem samotny; to Ty byłaś głównym pomysłodawcą naszych dzikich przygód...”

Wspomnienie

 Ze wstydem i smutkiem muszę przyznać, że i ja nie piszę już listów. Choć kiedyś pisałam ich naprawdę sporo. Te, które otrzymałam, przechowuję w wielkim pudle, razem z innymi pamiątkami mojego dzieciństwa i młodości. Rzadko do niego zaglądam, ale za każdym razem, gdy przyjdzie mi na to ochota, czytam stare listy, choć przecież dobrze wiem, co w nich jest napisane. Każdy z nich ma swoją historię, za każdym stoi człowiek i więź, która nas łączyła. I dziesiątki wspomnień.

Jeśli ktoś nigdy nie dostał listu, jeśli go nie wypatrywał w swojej skrzynce, jeśli nie rozrywał z niecierpliwością koperty i nie smakował zapisanych tam słów, po przeczytaniu tej książki poczuje ukłucie w sercu. Że ominęło go coś ważnego i niepowtarzalnego. Coś, co niestety, jak wiele pięknych i wartościowych rzeczy, odeszło do przeszłości.


Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Drodzy Czytelnicy,

Sześćdziesiąt minut

CHCE MI SIĘ WYĆ

A ŻŁÓBEK BĘDZIE?

KTO JE UKRADŁ?


komentarze



Facebook