GRUBA PRZESADA

Wszystkiego jest teraz za dużo: spraw na głowie, rzeczy, które można mieć, decyzji do podjęcia każdego dnia. I słów, które się mówi lub pisze – bez konsekwencji, bez pokrycia. Czytuję powieści i historie science fiction w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czym się ta rzeczywistość nadmiaru może skończyć. Większość autorów myśli dystopijnie, ale przy tym zaskakująco optymistycznie. Saramago – że przyjdzie plaga ślepoty, która nas najpierw ograbi, zredukuje do stanu walki o przetrwanie, a jednak później odnowi, zaprowadzi do opamiętania. Oates przepowiada biologicznie modyfikowaną katastrofę – złe intencje wspomagane laboratoryjnie, zabijające człowieczeństwo. Ale nawet w brutalnych realiach tworzy bohatera wierzącego w bliskość. P.D. James rysuje świat, w którym posiadający władzę wdrażają kulturę śmierci. Utylizują słabych i zbędnych, co wobec bliskiego wymarcia starzejącej się ludzkości nikogo nie popycha do walki o sens istnienia. A jednak i James nie może trwać bez nadziei: w centrum opowieści stawia ostatnich sprawiedliwych, pisze o miłości, która da nowe życie, uratuje nas. W gruncie rzeczy autorzy nie chcą, nie mogą się zgodzić na upadek, na przepowiednię braku przyszłości. Przestrzegają, zasępiają się, jednak w ostatniej chwili wręczają koło ratunkowe – pakunek wiary, że człowiek pragnie dobra bardziej niż autodestrukcji.

Ale czy naprawdę niemożliwy jest tragiczny finał przesady, przesytu? Jeszcze jeden upadek Rzymu? Tylko tym razem byłby to koniec cesarstwa globalnego, wspólna zapaść różnych krain, które uległy jednej manii rośnięcia i puchnięcia. W apokaliptycznej wizji największą szansę przetrwania mieliby najubożsi, najmniej zmodyfikowani, najbardziej niedożywieni – czyli mieszkańcy Afryki. Oni specjalizują się w trwaniu, istnieniu wobec faktycznej katastrofy. Dystopia jest ich normą. Sytych, skrajnie zależnych od brania więcej i więcej, dotyczy inna przyszłość. Można umrzeć z przejedzenia. Albo inaczej – umrzeć pomimo nadmiaru dostatku, szczególnie pozorowanego. Karmimy się niby-pożywieniem robionym w fabrykach, na wacie.

I tyjemy, coraz częściej głodni, zapychając żołądki bezwartościową masą. Przeżywamy (czy naprawdę?) sztucznie produkowane w mediach treści, jesteśmy w relacji ze światem zmyślonym i wykrzywionym. Próbujemy ucieczek w naturę – traktowaną z jednej strony jak skarb, z drugiej – jak rozrywka. Rozpaczliwie szukamy powrotu do korzeni: makrobiotycznych, religijnych, ludowych. Ale nie ma którędy iść – ścieżka w przeszłość prowadzi przez cywilizację, która nawet ziemię i wierzenia solidnie przetrawiła i serwuje teraz w formie filozofii gotowej do spożycia.

Dokąd uciekać z przesytu? Można próbować chronić się w minimalizmie, ale niestety i on jest tworem wielkomiejskiej nadprodukcji – nie tylko zdrowym odruchem, także kolejną sprowokowaną modą. Paradoksalnie – konsumpcyjną, bo spożywa się w niej inny, ale niekoniecznie lepszy styl życia. Mieć i chcieć mniej – to podejście wydaje się dziś jednak najlepszym zabezpieczeniem przed obłędem. Hamulcem zaciągniętym w porę – jeśli nie dla ludzkości, to dla nas samych, pojedynczo. Życie skromniejsze, prostsze bywa wstępem do tego uduchowionego, do nienamacalnej sfery zakrytej warstwą doraźności i pozorów. Ale duchowość jest trudna. A także zapominana – trochę jak szlachetna, przedwojenna szkoła solidności i niezachwianych przekonań, wyprostowanych pleców, medalionów, książeczek do nabożeństwa i krochmalonych kołnierzyków. Jeszcze potrafimy westchnąć nad tym utraconym wszechświatem, jeszcze się wydaje osiągalny. Gdyby się cofnąć o krok. A jednak trzymamy kurs na równię pochyłą, namnażamy bzdury i jesteśmy pełni wiary. Tak – wiary, w siłę, która zdoła nas zatrzymać. W jakiś krach, katastrofę, wojnę. W mamę, niechby i najsurowszą, która chwyci za kołnierz tuż nad przepaścią. W tatę, który ześle potop, pozwoli zacząć raz jeszcze. Gdy wszystkiego jest za dużo, za mało jest tylko pustki. Tej ciemnej antymaterii, cichej i wystarczająco przeraźliwej, by nakazać natychmiastowy odwrót. Zsuwamy się niżej i niżej, jednocześnie wiedząc i nie chcąc wiedzieć, co nas czeka.


Paulina Wilk - pisarka i publicystka, autorka książek "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii", "Znaki szczególne" oraz serii bajek o misiu Kazimierzu i nowej opowieści "Pojutrze. O miastach przyszłości". Pisze dla "W drodze", "Przekroju" i "Polityki". Razem z Anną Król i zespołem Fundacji "Kultura nie boli" prowadzi Big Book Cafe i organizuje Big Book Festival. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

OD CZEGO BY TU ZACZĄĆ

KOŁYSANKA PRZECIWLĘKOWA

JEGO WYSOKOŚĆ WIEŻOWIEC

MADONNA Z JARZENIÓWKĄ

JUTRO NIE UMIERA NIGDY?


komentarze



Facebook