TWOJA I MOJA RACJA
Podstawową zasadą w kłótni jest umiejętność dostrzegania perspektywy drugiego człowieka i niezakładanie z góry, że ja mam rację

FOT. ALEJANDRO ESCAMILLA/UNSPLASH


Anna Sosnowska: Często słyszymy: Trzeba się kłócić o swoje. Ale czym właściwie jest to „moje”?

Zofia Milska-Wrzosińska: Niełatwo jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Większość psychologów i psychoterapeutów zgadza się, że istnieje jakieś rdzenne ja, które jest najbardziej „nasze”, określa naszą tożsamość, więc pewnie warto się o nie kłócić czy walczyć. Jednak dość wcześnie w życiu obrastamy w rozmaite przeświadczenia na temat siebie, świata, emocji i bliskich relacji. Niekoniecznie przynależą one do tego rdzennego ja, mogą być formacją obronną – wykształciliśmy je w dzieciństwie, żeby chronić się przed trudnymi uczuciami czy doświadczeniami.

Mogłaby pani podać jakiś przykład?

Weźmy choćby siedmioletniego chłopca, który jest najstarszy z trójki rodzeństwa, jego matka bywa depresyjna (niekoniecznie w sensie klinicznym), wycofana, bezradna, a ojciec to euroemigrant, rzadko obecny w domu. Taki chłopiec dosyć szybko odczytuje przekaz, że ma być małym mężczyzną, pomocnikiem mamusi.

Czyli zostaje obarczony zadaniami dorosłego?

Tak, ma odgrywać rolę partnera swojej matki. To zjawisko nazywamy parentyfikacją – dziecko nie może być dłużej dzieckiem, zaczyna być opiekunem, a co najmniej zastępczą postacią rodzicielską. Parentyfikacja występuje często wtedy, gdy któreś z rodziców jest uzależnione od alkoholu. Ciekawą książkę Dorosłe dzieci napisała o tym prof. Katarzyna Schier.

Co się dzieje w głowie takiego chłopca?

Może czuć, że powinien być osobą wspierającą, ale również decydującą; taką, która bierze bardzo dużo odpowiedzialności, ale też rządzi i jej zdanie jest w zasadzie niepodważalne. Przy słabej matce nabiera przekonania, że mężczyzna powinien być silniejszy i dominujący. Nie ma to wiele wspólnego z rdzennym ja tego chłopca. Jak każde dziecko potrzebuje dorosłych rodziców, którzy będą się nim opiekowali i stopniowo prowadzili ku samodzielności, ale tego nie dostaje. Gdyby w wieku siedmiu lat nie musiał stać się dorosłym mężczyzną, odpowiedzialnym za rodzeństwo, a w pewien sposób i za matkę, to pewnie miałby dostęp do swoich pragnień – bliskości, opieki. Ale ponieważ nie miał szansy na ich zaspokojenie, a do tego i ojciec („Opiekuj się mamą i siostrzyczkami, synku, jesteś już duży, liczę na ciebie”), i matka („Nie płacz, syneczku, bo zaraz ja się rozpłaczę”) dawali wyraźne sygnały, że jego słabość i dziecinność nie są akceptowane, chłopiec głęboko to wyparł. W ten sposób wykształcił formację obronną i będzie o nią zaciekle walczył przez całe życie. Wyobraźmy sobie, że jako dorosły mężczyzna trafi w pracy na szefa – kobietę. Będzie z nią w ciągłym sporze, bo w jego wizji świata nie ma miejsca na silną, samodzielną kobietę, która nie potrzebuje ciągłego wsparcia. Ale czy jest to walka o „swoje”?

Co się w takim razie składa na rdzenne ja?

Źródło rdzennego ja to takie doświadczenia ludzkie, które pojawiają się bardzo wcześnie i są zakorzenione w cielesności – dziecko coś czuje fizycznie, ma emocje, wyraża je, a otoczenie na to reaguje. Kiedy niemowlę płacze, to ma szansę spotkać się z adekwatną reakcją – np. mama bierze je na ręce i mówi coś w rodzaju: No nie płacz, mamusia cię przewinie, zaraz będzie dobrze, sucho. Mały człowiek dostaje potwierdzenie, że jego doznanie psychofizyczne było słuszne: Rzeczywiście miał mokrą pieluszkę. Malutkie dziecko tych werbalnych sygnałów nie rejestruje, ale chodzi o kierunek relacji – dziecko czegoś doświadcza, to jest najbardziej „jego”, a świat mu to potwierdza swoją reakcją. Oczywiście źródłem rdzennego ja jest też wrodzone wyposażenie dziecka – np. jego temperament czy szczególna wrażliwość. Tu znowu kluczową rolę odgrywa reakcja otoczenia – czy np. żywotność niemowlęcia albo jego lęk, gdy znajduje się w centrum hałaśliwego towarzystwa, są przez rodziców dostrzegane i uwzględniane.

Dla rdzennego ja decydujące są pierwsze miesiące życia?

Sądzi się, że pierwsze lata, bo dziecko opanowuje stopniowo coraz więcej umiejętności, coraz więcej czuje, coraz bardziej reaguje, zaczyna myśleć i werbalizować. I na to wszystko otoczenie w jakiś sposób odpowiada – sprzyjająco albo nie.

Sprzyjająca reakcja ocala rdzenne ja?

Tak. Jeżeli rozwojowe wysiłki, czyli to, co młody człowiek na kolejnych etapach osiąga, spotykają się z życzliwą reakcją świata, to rdzenne ja się rozwija zgodnie ze swoim potencjałem. Natomiast jeżeli dziecko dostaje dużo sygnałów, że na to nie ma zgody i że oczekiwania bliskich są inne, to oddala się od niego.

W jaki sposób rodzice mogą komunikować dziecku swój sprzeciw?

Przez niepokój, złe samopoczucie, obojętność, złość, nawet płacz, ale wystarczy też, że rodzic wycofuje się z kontaktu. Dziecko to rejestruje i uczy się rozkładu pól lękowych swojego opiekuna. Wybitny psychoterapeuta Henry Sullivan już w latach 40. i 50. pisał o tym, że podstawowym czynnikiem wpływającym na rozwój ja dziecka jest niepokój przeżywany przez matkę. Teraz pewnie byśmy to ujęli szerzej, nie zrzucając całej odpowiedzialności na kobiety, i powiedzielibyśmy o niepokoju przeżywanym przez rodziców, opiekunów. Jednak Sullivan nie rozumiał tego lęku dosłownie (np. jako rodzicielskiego napadu paniki) – chodziło mu raczej o sygnał, że rodzicowi z jakimś zachowaniem czy przeżyciem dziecka jest emocjonalnie niewygodnie. Taki charakter mają słynne przekazy: „Dziewczynka nie może tak krzyczeć” czy „Duży chłopiec nigdy nie płacze”.

Czyli np. dziecko uwielbia wąchać podczas spaceru wszystkie kwiatki, rodzic się tym niecierpliwi, ono te emocje wyczuwa, więc zaczyna w pewnym momencie omijać klomby szerokim łukiem?

Jeśli dziecko ciągle dostaje sygnał, że jego ciekawość, zachwyt, zainteresowanie światem nie są przez rodzica przyjmowane, a wręcz są traktowane jako kłopotliwe, to się uczy, że nie powinny być jego częścią i należy je usunąć z obszaru ja do obszaru, który Sullivan nazwał „niedobrym ja” (wiem, że mam w sobie coś takiego, ale muszę to ukrywać) albo „nie ja” (świat odrzuca to tak bardzo, że nie chcę w ogóle tego czuć ani wiedzieć, że coś takiego we mnie jest).

Po czym można rozpoznać u dorosłego, że jego rdzenne ja zostało zachowane? Czym się tacy ludzie charakteryzują?

Zacznijmy od tego, że rdzenne ja nie może być zachowane, jeśli się nie utworzyło. Ale to nie oznacza, że sprawa jest stracona. Wiele osób w pewnym momencie życia uświadamia sobie, że jest daleko od siebie (czyli od przeczuwanego rdzennego ja) i zaczyna się sobie przyglądać

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Zofia Milska-Wrzosińska - psychoterapeuta i superwizor psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, współzałożycielka i dyrektor Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Jest mężatką, ma czworo dzieci. (wszystkie teksty tego autora)

Anna Sosnowska - ur. 1979, absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, współautorka książki "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary", wcześniej związana z kanałem religia.tv, gdzie prowadziła programy "Kulturoskop" oraz "Motywacja jest kobietą". Redaktor naczelna portalu Aleteia. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

BRZUCH MASZ TAKI OBWISŁY

To nie są nasze twarze

KOBIETY, NIE ANIOŁY

KIEDYŚ CIĘ ZNAJDĘ

U NICH W GŁOWACH


komentarze



Facebook