PO LEKU

Spieszę z wyjaśnieniem: nic nie brałem. W tytule nie chodzi o specyfik, którego zażycie poprzedziło pisanie niniejszego felietonu. W godce (mowie), którą posługują się zwłaszcza rdzenni mieszkańcy śląskiej prowincji, określenie „po leku” nie ma nic wspólnego z medycyną. Najczęściej występuje ono we frazie nieco dłuższej, która brzmi: „brać coś po leku”. Chodzi głównie o sposób podejścia do wykonywanej czynności. „Po leku” oznacza zarazem: powoli, spokojnie, metodycznie, z dystansem emocjonalnym, bez zacietrzewienia. Pamiętam, że w dzieciństwie najczęściej słyszałem to wyrażenie od dorosłych w postaci „weź se to, synek, po leku”. Na przykład wtedy, gdy toczyłem walkę z zacinającym się brzeszczotem piłki do metalu. Miałem może z sześć lat i usiłowałem przeciąć jakiś stalowy pręt. Oczywiście starałem się to zrobić efektownie, czyli szybko. Im bardziej się zapalałem, tym częściej i gwałtowniej brzeszczot „kantował” i blokował się. „Weź se to, synek, po leku” – padała z ust mojego ojca sakramentalnie śląska instrukcja do wszystkiego.

Od jakiegoś czasu fraza ta przychodzi mi na myśl dość często. Po pierwsze, przy czytaniu teologicznych bądź teologizujących komentarzy w internecie. Po drugie, przy czytaniu, słuchaniu lub oglądaniu katolickich blogerów i publicystów. Kiedy słyszę pewność, z jaką niektórzy wygłaszają marnie uargumentowane tezy, oceniają innych z wyżyn nadanego samemu sobie autorytetu, przedstawiają prywatne opinie jako nauczanie Kościoła albo to nauczanie mniej lub bardziej subtelnie kontestują, to nieodparcie włąc (...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


ks. Grzegorz Strzelczyk - prezbiter archidiecezji katowickiej, teolog, proboszcz (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

ZAPANOWAĆ NAD BOGIEM

ZOMBI

MY TU TYŻ SOM

TOWARZYSZE POTRZEBNI OD ZARAZ

JESTEM SFRUSTROWANYM TEOLOGIEM


komentarze



Facebook