Archwium > Numer 510 (02/2016) > Czy Boga można poczuć? > JAK ZASWĘDZI, TO DUCH ŚWIĘTY

JAK ZASWĘDZI, TO DUCH ŚWIĘTY
Wydaje się nam, że doświadczenie Boga musi być jakieś absolutnie nieziemskie. Tymczasem On najczęściej przychodzi w bardzo zwykły sposób - w radości, w pokoju serca, w zrozumieniu czegoś.

FOT. PEXELS PHOTO


Anna Sosnowska: Zacznijmy od scenki rodzajowej: Do duszpasterza przychodzi rozżalony człowiek i mówi, że nie czuje Boga, a bardzo by chciał. Ksiądz mu odpowiada: Pan Bóg to nie dezodorant!

Paweł Krupa OP: Taka odpowiedź może być reakcją na pewne pomieszanie, które nam się wkradło. Bo co to właściwie znaczy czuć Boga? Kiedy w potocznym języku stwierdzamy: „Nie czuję tego”, to mamy na myśli, że…

Czegoś nie rozumiemy.

Albo że coś nas nie interesuje. Powiedzenie „Nie czuję Boga” ma więc bardzo szerokie spektrum – może oznaczać nie tylko to, że nie odczuwam w jakiś doświadczalny sposób Jego obecności, ale także to, że nie widzę w moim życiu Jego działań, że nie rozumiem tego, czym jest moja wiara, kim jest Pan Bóg i jak On mi się objawia. Proszę zauważyć – wyraźnie widać tu intelektualny charakter tego czucia czy nieczucia Boga, bo my, niestety, traktujemy odczucie jako zamiennik zrozumienia.

Czyli, jak pisał wieszcz Mickiewicz, „Czucie i wiara silniej mówi do mnie/ Niż mędrca szkiełko i oko”?

No właśnie. Nasze polskie, niezwykle uczuciowe podejście do wszystkiego, a więc także do Pana Boga, jest pokłosiem romantyzmu, którym zostaliśmy mocno naznaczeni. Kiedy Mickiewicz napisał te słowa, dokonał przeciwstawienia uczuć rozumowi, co – jeśli się nad tym lekko zastanowić – jest absurdalne.

A nas skazuje na życie w nieustannym rozdarciu.

Dlatego w klasycznej wizji człowieka odczuwanie, odczucia zmysłowe czy psychologiczne nie zastępują rozumu, ale pomagają rozumnie poznawać świat. Warto przypomnieć zasadę, którą scholastyka powtarzała za starożytnymi: Nic nie ma w umyśle, czego by przedtem nie było w zmyśle. Moje odczuwanie staje się materiałem, który ja obrabiam intelektualnie. W związku z tym odczucia i intelekt są czymś komplementarnym, a nie konkurencyjnym. Romantyzm postawił je w opozycji. I to jest niedobre, bo czasem czuciem chcielibyśmy zastąpić to, co tak naprawdę powinno być zrozumieniem.

Jakiś przykład, ojcze?

Doskonale to widać podczas rachunku sumienia, o czym już rozmawialiśmy na łamach „W drodze”. Człowiek myśli sobie tak: Zgrzeszyłem, ale nie czuję żalu za grzechy, bo ani nie płaczę, ani się okropnie nie wstydzę. Co gorsza, wspominam to zjedzenie zbyt dużej ilości ciastek czy noc spędzoną z dziewczyną bardzo przyjemnie.

I teraz mam się z tego wyspowiadać.

Czyli uznać za złe to, co było tak przyjemne, a przecież przyjemne kojarzy nam się z czymś dobrym.

Jak to sensownie poukładać?

Ja to tłumaczę w ten sposób: – Słuchaj, ale ty wiesz, co na ten temat mówi przykazanie? – Wiem. – I wiesz, że złamałeś to przykazanie? – Tak. – Czy jesteś dumny z tego powodu, że złamałeś Boże przykazanie? – Nie, jest mi głupio. Kiedy to usłyszę, mówię: – Dziękuję, to mi wystarczy – i udzielam rozgrzeszenia. Niektórzy są zaskoczeni. Ale do żalu za grzechy wystarczy to, co zrozumiałem, a nie to, co czuję.

A do miłości? Przecież wzrok, słuch, dotyk odgrywają w niej ogromną rolę.

Ta zmysłowość sprawia, że ja drugiego człowieka mogę w ogóle poznać, przyjąć i pokochać. Więc chociaż uznaję, że w wierze ważne jest zrozumienie, tojednak i Pana Boga chciałbym poczuć tak, jak czuję ukochaną osobę.

To możliwe?

Tutaj rodzi się kilka pytań. Czy wobec Boga musimy zrezygnować ze zmysłów, ponieważ poznajemy Go tylko intelektualnie? Czy jednak da się Go w jakiś sposób doświadczyć zmysłami?

Tylko że zmysły są materialne, a Bóg, jak mówi Pismo, jest duchem.

Więc może nasza dusza także ma narzędzia do odbierania Pana Boga, jakieś duchowe zmysły? Dotarłem do książki pod takim właśnie tytułem. Autorzy Paul L. Gavrilyuk i Sarah Coakley już we wstępie przyznają, że właściwie nie ma doktryny Kościoła na ten temat, a o pewnej formie systematycznej nauki w tej dziedzinie można mówić tylko wtedy – to myśl zaczerpnięta z Karla Rahnera SJ – kiedy dany autor włącza w opis doświadczenia duchowego wszystkie pięć zmysłów. Czyli, jeśli ktoś pisze, że np. skosztował Boga, to jeszcze za mało, by traktować to jako ślad doktryny o zmysłach duchowych. Pozytywnym przykładem mógłby być za to choćby przepiękny cytat z Wyznań św. Augustyna, który zwraca się do Prawdy Bożej, nazwanej „Pięknością”, tymi słowami: „Zawołałaś, rzuciłaś wezwanie, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica, rozświetliłaś ślepotę moją. Rozlałaś woń, odetchnąłem nią – i oto dyszę pragnieniem Ciebie. Skosztowałem – i oto głodny jestem, i łaknę. Dotknęłaś mnie – i zapłonąłem tęsknotą za pokojem Twoim”.

To bardzo zmysłowy opis.

Tak, i wydawałoby się, że w Augustynie wszystkich pięć zmysłów zostało dotkniętych przez spotkanie z Panem Bogiem. Także w Piśmie Świętym pojawia się wiele podobnych określeń: „skosztujcie i zobaczcie, jak Pan jest dobry”, „słuchajcie słowa Pańskiego” lub mówi się o słodyczy bądź goryczy, jakie niosą spotkania z Bogiem.

Mamy również piękny fragment z Ozeasza, opowiadający o stosunku Boga do Izraela: „Byłem dla nich jak ten, co podnosi do swego policzka niemowlę – schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go”.

Czyli mówi o dotyku. A w wielu miejscach jest też mowa o oczach duszy czy uszach serca.

Czyli duchowe zmysły istnieją?

Nie wiem. Jestem w tej dziedzinie agnostykiem ze skłonnością do sceptycyzmu. Nie mam narzędzi, żeby sprawdzić, czy dusza rzeczywiście ma jakiś swój słuch, dotyk, smak, węch i wzrok. Mnie się raczej wydaje, że za każdym razem, kiedy mówimy o zmysłowym doświadczeniu Boga, używamy pewnej analogii. Człowiek jest jednością duchowo-cielesną, wobec czego odczucia czysto duchowe w jakiś sposób muszą tłumaczyć się na język duchowo-cielesny, jedyny, jaki znamy.

I muszą oddziaływać na ciało?

Tak. Albo przez ciało się z nami komunikować. Wyobraźmy sobie, że dusza bezpośrednio, pozazmysłowo doświadcza Boga. Nasz intelekt, chcąc to jakoś obrobić i zrozumieć, posługuje się dostępnymi sobie narzędziami, wśród których znajdują się zmysły. Chociaż doświadczenie jest duchowe, to intelekt odruchowo sięga po to, co zna ze świata materialnego. Dlatego, kiedy ktoś poczuje miłość Bożą, powie po prostu: Przygarnąłeś mnie. Kiedy czyta słowo Boże i coś do niego dotrze, powie: Przemówiłeś do mnie, a ja Cię usłyszałem, jak mi słodko, kiedy Twój głos brzmi w moich uszach! Bo jak mamy powiedzieć? Idea wniknęła do mojego intelektu? Owszem, byli i tacy, którzy, doświadczając Boga, mówili: To i to jawi mi się bezpośrednio w umyśle. Jednak już do opisu tego, co widzieli, musieli użyć kategorii zmysłowych.

W przypadku niektórych te opisy były niezwykle czułe...

A stały za nimi nie tylko kobiety, ale i mężczyźni – Teresa Wielka, Jan od Krzyża, Katarzyna ze Sieny. Kiedyś we Francji, podczas rekolekcji, zrobiłem pewien eksperyment, którego nigdy więcej nie odważyłem się powtórzyć. Wziąłem Księgę Mądrości Przedwiecznej bł. Henryka Suzo i przeczytałem jej końcowy fragment – medytację nad Chrystusem Ukrzyżowanym: „Umiłowane zwierciadło wszelkich łask, radości oglądających je duchów niebieskich, dlaczegóż nie mam przed sobą Twojego umiłowanego oblicza, gdy ono tkwi w szponach śmierci. Pragnąłbym obmyć je łzami mego serca. Pragnąłbym wpatrywać się w te piękne oczy, te jasne policzki, te delikatne usta zsiniałe w agonii, pragnąłbym się gorąco wzruszyć nad nim, i w ten sposób ulżyć memu sercu”.

Jak ludzie na to zareagowali?

Najpierw się uśmiechali, bo myśleli, że napisała to jakaś mistyczka. Kiedy powiedziałem, że autorem jest mężczyzna, zobaczyłem na ich twarzach lekkie zmieszanie.

Katarzyna ze Sieny wylewała na siebie i na innych hektolitry krwi Pana Jezusa, zanurzała się w niej i kąpała. A nawet sobie serce z Panem Jezusem wymieniła. Kiedy oglądamy Ekstazę św. Teresy Berniniego, to widzimy kobietę w takiej rozkoszy, że mamy tylko jedno skojarzenie. Więc ta zmysłowość mistyków bywa dla nas szokująca, choć odnoszę wrażenie, że oni jednak cały czas stosują tę analogię, o której już mówiliśmy, czyli językiem zmysłów opisują doświadczenia głęboko duchowe.

Właściwie trudno się dziwić mistykom – oni po prostu o doświadczeniu miłości Boga mówią tak, jakby opowiadali o miłości ludzkiej.

A o widzeniu Go tak, jakby mówili o widzeniu człowieka itd. Ale są też inne próby – myślę tu o Dantem. Koniec ostatniej księgi Raju to opis wizji Trójcy Świętej. Dante przedstawia Ją jako trzy obręcze i tyleż kręgów: „Widziałem w kształcie troistych obręczy/ W głębi najwyższej światłości trzy kręgi/ Troistej barwy, jednego rozmiaru,/ Odblask dwóch pierwszych był równej potęgi,/ Jak gdy się tęcza odbija od tęczy,/ Trzeci wiał z obu jakby ogniem żaru/ Myśl chcąc wyrazić, czuję chrypkę w głosie,/ Od moich widzeń skrzydło myśli śmiałe/ Odległe więcej jak o niebo całe,/ A słowa moje tak karle i małe!” (tłum. J. Korsak).

Dużo tu geometrii i fizyki.

I wiedzy teologicznej. Z jednej strony Dante stara się być bardzo obrazowy, a jednocześnie bardzo ucieka od zmysłów. W końcu wyznaje wprost, że tego, czego doświadcza, językiem zmysłowym opisać się nie da. I to wspaniałe zakończenie: „Tu mdleje siła mojej wyobraźni;/ Lecz chęć i wola jako potoczone/ Koła zarazem w kolej swojej jazdy,/ Przez miłość w inną zwróciły się stronę,/ Miłość, co wprawia w ruch słońce i gwiazdy”. Ach, czytajmy klasyków! Oni potrafią zapalić, a jednocześnie uchronić przed płytką czułostkowością.

Choć i w prostej czułości zdarza się znaleźć ślady wielkiego mistycznego doświadczenia. Na przykład św. Katarzyna ze Sieny. Okropnie denerwowała swoje współsiostry z trzeciego zakonu, kiedy radziły jej: Okryj się, przecież jest zimno, a ona odpowiadała, że jej jest ciepło, bo Pan Jezus podarował jej swój płaszcz.

Brzmi to podejrzanie…

No tak! Wariatka i sensatka! Ale jest coś, co w moich oczach zdejmuje z Katarzyny podejrzenia o szukanie sensacji. Otóż Katarzyna miała długie epizody anorektyczne, nie mogła nic jeść, bo natychmiast wymiotowała. Piła tylko wodę i spożywała Eucharystię, co wielu mogło uznać za cudowne. Jednak ona nie uważała tych stanów za objaw mistycznych doświadczeń Boga. Czuła, że za nimi kryje się coś niedobrego, chorobowego, i wielokrotnie prosiła Go, żeby jej to zabrał. Pan Bóg odpowiedział tak jak św. Pawłowi: „Wystarczy ci mojej łaski”.

Czyli Katarzyna rozeznawała, co pochodzi od Boga, a co nie.

I to ją stawia w bardzo dobrym świetle.

My też powinniśmy weryfikować nasze doświadczenie Boga?

Oczywiście! Powinniśmy je przyjmować dość krytycznie i sprawdzić jego prawdziwość. To nie jest tak, że cokolwiek mnie zaswędzi, to na pewno stoi za tym Duch Święty. Musimy rozeznawać duchy, ponieważ w tej dziedzinie bardzo często można ulec jakiejś pomyłce albo wręcz diabelskim pokusom, i skończyć jak nieszczęsny abba Jan.

Co mu się przydarzyło?

Abba Jan był wielkim ascetą i szczycił się tym, że nigdy nie dotknęła go ręka żadnej kobiety – poza ręką jego matki w dzieciństwie. Pewnego razu postanowił, że nie będzie jadł i pił przez cały Wielki Post. A ponieważ szło mu świetnie, to chciał postem uczcić także Paschę, chociaż zakazuje się takiej praktyki w okresie wielkanocnym. Wtedy pojawił się anioł i powiedział mu: Janie, Pan Bóg jest tobą zachwycony! Skocz do tej pustej studni, a ja natychmiast zawołam moich kolegów, złapiemy cię i będziemy cię nosić, żeby nic ci się nie stało. Jan, niewiele myśląc, skoczył do studni i oczywiście połamał sobie nogi, bo pod postacią anioła krył się diabeł. Kiedy go wreszcie znaleziono, urazy były już tak poważne, że abba Jan do końca życia był kompletnie niedołężny. A jedynym miejscem, w którym mógł zamieszkać, okazał się klasztor mniszek.

Biedny…

Wcale nie taki biedny. Pan Bóg potraktował go miłosiernie, bo pozwolił mu się przed śmiercią nawrócić.

My sami jesteśmy najwyższą instancją, żeby stwierdzić, czy jakieś doświadczenie Boga jest prawdziwe, ale też, powtórzę to jeszcze raz, musimy się temu krytycznie przyglądać.

Ojciec ma na swoim koncie tego typu doznania?

Oczywiście, i myślę, że ma je większość z nas. Bóg mnie wprawdzie nigdy nie łaskotał ani nie śpiewał mi kołysanki do ucha, chociaż parę razy miałem wrażenie, że Bóg mnie obejmuje. Ale uwaga: nie czułem się ściskany i nie zagniotła mi się w tych miejscach koszula. To było bardzo wewnętrzne uczucie. Pan Bóg mnie dobrze zna, więc wie, że kiedy się wzruszam, to łatwiej się do mnie dobić, dlatego rozczula mnie – znowu – bardzo wewnętrznym, niezwiązanym ze zmysłami doświadczeniem Jego miłości i obecności. Co ciekawe, nigdy Go nie słyszałem, ale to może wynikać z mojej wewnętrznej gadatliwości, przez którą pewnie ciężko się przebić. Mam za to takie doświadczenie, że nagle coś zrozumiałem, jakby otworzyła mi się w głowie jakaś klapka.

Co powiedziałby ojciec komuś, kto nigdy czegoś podobnego nie przeżył?

A są tacy, którzy tego nigdy, w najmniejszym nawet stopniu, nie przeżyli? Wydaje mi się to prawie niemożliwe. Powody mogą być różne, np. to, że ktoś wypiera taką ewentualność albo że się boi namacalnego spotkania z Bogiem. A może taki ktoś ma negatywne podejście do zmysłów w ogóle, ponieważ został w tej dziedzinie w jakiś sposób zraniony i dotyk kojarzy mu się z bólem, słuch z krzykiem, a wzrok z czymś strasznym czy obrzydliwym. Przecież ten sam zmysł odpowiada za odczuwanie przyjemności i bólu – albo mnie ktoś po ręce głaszcze, albo bije linijką. A może po prostu ta osoba należy do tego rodzaju chrześcijan, którzy z Bogiem spotykają się bardziej poprzez intelektualną pracę niż przez zmysły. Nie musimy być wszyscy tacy sami.

I to nie oznacza, że taka osoba jest gorsza albo duchowo upośledzona?

Absolutnie nie! Przecież bardzo wielu ludzi ma kłopot w drugą stronę, czyli ze zrozumieniem Pana Boga. Myślę, że takich osób jest mnóstwo. Gdyby im wytłumaczyć, co wyznają, np. wypowiadając słowa Credo, pewnie by się zdziwili, a może nawet zgorszyli. Ale oni kochają Pana Boga, słuchają Jego słów, cieszą się Nim, ufają Mu i są Mu posłuszni, bo czują – właśnie: czują – że tak będzie dobrze. Ale Go nie rozumieją. Najważniejsza jest wola pójścia za Panem Bogiem – i u tych, którzy Go czują, i u tych, którzy Go rozumieją. Myślę, że szatan doskonale rozumiał Pana Boga, a jednak Mu powiedział „nie”.

Część z nas pewnie trochę czuje, a trochę rozumie.

Tak, idziemy za Bogiem dwoma torami – czasem bardziej dlatego, że coś zrozumieliśmy, a czasami, bo coś poczuliśmy. Ale żadna z tych dróg nie jest lepsza od drugiej.

A jednak, szczególnie we wspólnotach charyzmatycznych, przywiązuje się dużą wagę do takiego intensywnego doświadczania Bożej obecności.

Faktycznie można się z tym spotkać w pewnych duchowościach czy w pewnym rodzaju pobożności – skoro nie odczuwasz Boga namacalnie, nieomal zmysłowo, to znaczy, że jest z tobą coś nie tak. Ale to nie musi być prawda.

Z drugiej strony nie chciałbym potępiać w czambuł tego biegu za uczuciem, bo ludzie po prostu potrzebują miłości i czułości. Więc kiedy nie doświadczają jej od innych ludzi i od Pana Boga, to cierpią z tego powodu i trudno im wtedy powiedzieć: To nie jest wcale takie istotne.

Sam ojciec przytoczył te słowa: „Nic nie ma w umyśle, czego by przedtem nie było w zmyśle”.

To prawda, ale na szczęście Pan Bóg może też działać bezpośredni o na nasz umysł, omijając zmysły. I działa. Dlatego aż dziw bierze, kiedy ktoś mówi, że nigdy Go nie doświadczył.

A może doświadczył, tylko się nie zorientował?

Albo nie połączył tego z Bogiem, bo nam się wydaje, że doświadczenie Boga musi być jakieś absolutnie nieziemskie. Tymczasem On najczęściej przychodzi w bardzo zwykły sposób – w radości, w pokoju serca, w zrozumieniu czegoś.

Kiedy byłem duszpasterzem w Rzeszowie, zbieraliśmy przed świętami rzeczy przeznaczone na prezenty dla ubogich. Po każdej mszy kosz zapełniał się z górą. Któregoś dnia przyszła do mnie jedna z dziewcząt z duszpasterstwa i powiedziała: „Wie brat, jak widzę ten kosz taki pełen, to wierzę w Boga”. Bardzo ciekawe, bo z jednej strony dla tej dziewczyny było to doznanie zmysłowe – realnie widziała, na czym polega solidarność, i to natychmiast się w niej przekładało na doświadczenie Boga. Za ludzką solidarnością zobaczyła Jego dobroć.


Paweł Krupa OP - ur. 1965, dominikanin, historyk mediewista; był dyrektorem Instytutu Tomistycznego w Warszawie, obecnie mieszka i pracuje w Petersburgu (wszystkie teksty tego autora)

Anna Sosnowska - ur. 1979, absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, współautorka książki "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary", wcześniej związana z kanałem religia.tv, gdzie prowadziła programy "Kulturoskop" oraz "Motywacja jest kobietą". Redaktor naczelna portalu Aleteia. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

DROGA KRZYŻA

Nowe Prawo

ZAMKNIĘTE KOŚCIOŁY

KLUCZE (DO) PAPIEŻA - CIĄG DALSZY

EXULTET


komentarze



Facebook