Archwium > Numer 511bis (Specjalny/2016) > Wielkie dni > WIELKA SOBOTA/ TWARZĄ DO BOGA

WIELKA SOBOTA/ TWARZĄ DO BOGA
Ludzie ubzdurali sobie, że ksiądz, zwłaszcza biskup czy papież, to istoty bezgrzeszne.

FOT. HARMAN ABIWARDANI/UNSPLASH.COM


Z Ewangelii św. Jana (J 16,20.33)

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość. To wam powiedziałem, abyście pokój we Mnie mieli. Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat.

Włodzimierz Bogaczyk: Co ksiądz biskup pomyślał, kiedy samochód, który ksiądz prowadził, zatrzymał się na latarni?

bp Piotr Jarecki: Pomyślałem: To dziwne – tak bardzo się wygięła, a ciągle świeci. Dziś ją błogosławię, bo mogę powiedzieć, że jeszcze bardziej oświeciła moje dalsze życie.

Czy to był grzech?

Trudne pytanie… Żeby był grzech, musi być świadomość i dobrowolność. Czy to była pełna świadomość? Jeśli miałem jakiś promil alkoholu we krwi, a miałem, i to spory, to być może nie była to pełna świadomość czynu. Może grzechem było bardziej to, co doprowadziło do tego wydarzenia. Zbyt lekki i niezbyt odpowiedzialny styl życia.

To jak to nazwać?

Konsekwencja, skutek grzechu.

Dopytuję, bo niedawno przeczytałem na Deon.pl tekst jezuity ojca Grzegorza Kramera, w którym przekonywał, że grzech może być drogą do Boga. U św. Jana jest opowieść o tym, jak do Pana Jezusa przyprowadzili kobietę przyłapaną na cudzołóstwie. Gdyby nie zgrzeszyła, to być może nigdy by Go nie spotkała.

Jeden z moich kolegów w seminarium na zajęciach z teologii moralnej napisał pracę „Grzech jako skrócenie drogi do Boga”. To nie jest precyzyjne ujęcie. Wszystko bowiem zależy od tego, jak my ten grzech, a może raczej upadek, przeżywamy. Bo nie każdy upadek jest grzechem. Jeżeli przeżywam go właściwie, przy pomocy Bożej łaski, wtedy jest oczywiste, że prowadzi mnie to do Boga, a przez Boga do drugiego człowieka. I uwalnia mnie z najgroźniejszego więzienia i najgroźniejszego niebezpieczeństwa, które czyha na człowieka – mam tu na myśli samowystarczalność. „Nikogo nie potrzebuję. Daję sobie radę”. Przekonanie o tym, że sam sobie wystarczam, to bluźnierstwo. A największym bluźnierstwem jest przekonanie, że wystarczam samemu sobie, ażeby cnotliwie, dobrze i szlachetnie żyć. Takie myślenie to skrajna forma zakłamania.

Myślał tak ksiądz biskup kiedyś?

Aż tak nie myślałem. Ale miałem w swoim życiu wiele etapów. Używając terminologii Anselma Grüna, słynnego benedyktyńskiego teologa i psychoterapeuty, mogę powiedzieć, że uległem w pewnym momencie wizji duchowości autorytarnej, która prowadzi człowieka donikąd. Jest bliska duchowi pelagianizmu, jawnie zwalczanemu przez papieża Franciszka. Człowiek bardziej polega na ascezie, na ludzkich wysiłkach, na wymaganiu od siebie niż na otwieraniu się na uzdrawiającą rolę łaski. W skrajnych wypadkach prowadzi to do egoizmu. A egoizm to najkrótsza droga do pychy. Proszę mi powiedzieć, jaki jest cięższy grzech niż pycha?

Człowiek nie jest architektem samego siebie. Jeżeli chce po swojemu siebie zbudować, to do niczego nie dojdzie. Musi się otworzyć na Kogoś, kto go wyprzedza, od kogo pochodzi, kto zna go lepiej niż człowiek zna samego siebie. I przede wszystkim bardziej go miłuje. Bardziej jest dla niego wyrozumiały. Takie spojrzenie Grün nazywa duchowością antyautorytarną.

Życie człowieka zwykliśmy dzielić na okres grzechu, okres nawrócenia i okres cnoty.

Tak nie jest?

To kompletne zafałszowanie.

To jak jest naprawdę?

W każdym momencie życia są obecne wszystkie trzy etapy. W tym momencie i pan, i ja jesteśmy grzesznikami, bo nawet dzisiaj popełniliśmy większy czy mniejszy grzech. Jeżeli inwestujemy w ducha, jeżeli się modlimy, jeśli mamy samoświadomość tego, kim jesteśmy, to też kroczymy drogą mocowania się ze sobą, odwracania się w kierunku prawdy. Biblijnie można by powiedzieć: odwracania się twarzą do Boga, bo byliśmy odwróceni plecami, a tym samym otwierania się na światło łaski.

Może być mniej grzechu, może być więcej nawrócenia i otwarcia się na łaskę. Ale grzech nigdy nie zanika. Jeśli mówię, że we mnie nie ma grzechu, to czynię się Bogiem! Największy święty nie może powiedzieć: Ja już się pozbyłem grzechu.

A biskup?

Ludzie ubzdurali sobie, że ksiądz, siostra zakonna, a zwłaszcza biskup czy papież to istoty bezgrzeszne. Papież bardzo często mówi o tym, że się spowiada. Wcześniej nieczęsto słyszeliśmy takie słowa. Wierni patrzyli na człowieka, który głosi piękne kazania, przyjeżdża w takich szatach, jakby był nie z tej planety. Jakby był innym stworzeniem. A nie jest.

Wierni sami to sobie wymyślili?

Wierni wymyślili, a my nie wyprowadzaliśmy ich z błędu. Napisałem to i dziś powtarzam: powinniśmy się bardziej dziwić, jeżeli o kimś pomyślimy, czy to o papieżu, czy o biskupie, że on jest nieskalany. To jest nieprawda.

W książce napisanej przez księdza biskupa jest opowieść o św. Hieronimie.

Bo Hieronim też temu uległ! Co mi chcesz dać? – pyta go Pan Jezus. I Hieronim wymienia: nieprzespane noce, posty, chłód, na który się wystawiałem. Tak wylicza, wylicza, a Pan Jezus ciągle pyta, a co jeszcze, o czym zapomniałeś? O czym, Panie? Powinieneś mi oddać swoje grzechy – mówi do świętego Jezus. Bo ja chcę je wziąć na siebie. Ty sobie z nimi nie dasz rady. A w zasadzie już nie dajesz, bo sobie nie uświadamiasz, że je masz. Jeżeli tacy giganci ulegają błędom tego rodzaju, to co mówić o nas. To wielki problem w życiu duchowym każdego człowieka. Ja to przeżyłem, ale Pan Bóg dał mi łaskę i nazwałem to, choć mi odradzano, błogosławioną winą.

Jeżeli ktoś nie przeżyje swojej słabości… Oczywiście ona ma różne kształty. Akurat w moim życiu, w życiu gościa, który się nazywa Piotr Jarecki, z jego osobowością, intelektem, przygotowaniem widocznie był potrzebny taki wstrząs. Pan Bóg wie lepiej. Podtytuł mojej książki, którą napisałem, gdy byłem odsunięty od pełnienia posługi biskupiej, to Opowieść zranionego miłością. Bo przecież nie dokonało się to bez woli Boga, który jest miłością. Mimo że mnie opluto, powiedziano: alkoholik, wyrzutek społeczny. Nikogo nie interesowało, co robiłem przez poprzednie 20 lat. A trochę zrobiłem. Ale widocznie było mi to potrzebne w wieku 57 lat, żebym jeszcze intensywniej zastanowił się nad tym, co w życiu istotne.

Czuł się ksiądz biskup wtedy osamotniony?

Były takie momenty. Osamotniony, pomijany, traktowany per non est, nawet odrzucony.

Przez kogo?

Czasami nawet przez najbliższych. Najwięcej serca okazali mi ludzie dalecy. Poza najbliższą rodziną, szczególnie moją mamą.

A księża?

Różnie. Nie można generalizować. Natomiast… My łatwo mówimy o miłosierdziu, o przebaczaniu. Ale kiedy ktoś profesjonalnie używa takich określeń, sam może ulec znieczulicy.

W pewnych zamkniętych środowiskach jest problem zaklasyfikowania ludzi. Wieczny sprawiedliwy, wieczny grzesznik. Widzę to także w wymiarze społecznym. Kiedy pracowałem z Akcją Katolicką, zdarzało się, że przychodzili ludzie, którzy w PRL-u byli członkami PZPR. Ile musiałem walczyć o tych ludzi! Widziałem, że człowiek szlachetny, zaangażowany, prowadzi życie duchowe, jest aktywny w Kościele. A że miał taki epizod? To nie znaczy, że trzeba go na zawsze przekreślić, na miłość Bożą! Człowiek jest rzeczywistością dynamiczną. Ustawicznie się rozwija, nie jest taki sam przez całe życie.

Ale my mamy potrzebę etykietowania, szufladkowania i w środowisku księży też to się zdarza. Tylko pomyślmy, jak się czuje człowiek, któremu na czole cały czas przykleja się etykietkę „Alkoholik”? To nie jest chrześcijaństwo.

A czy teraz, po tym, co się stało, bardziej ksiądz biskup to dostrzega?

Wcześniej też widziałem, ale teraz, rzecz jasna, widzę to wyraźniej. Jakbym mocniejsze szkła założył na oczy mojego serca i duszy. Bo sam to przeżyłem.

I teraz jest ksiądz lepszym człowiekiem?

Na pewno znajduję się w lepszej sytuacji niż kiedyś, bo, jak podejrzewam, opinia o mnie jest gorsza niż prawda o mnie (śmiech).

Zdobędę się na szaleństwo – podejrzewam, że ludzie, przynajmniej niektórzy, mają o mnie gorsze zdanie niż Bóg. I z tym się czuję wspaniale. Przede wszystkim czuję się wolny jak nigdy. Szalony jestem w tych słowach, ale tak jest, tak to odczuwam.

Ze słowem „upadek” kojarzą się raczej słowa „upokorzenie” czy „pokora”. Ale wolność?

Wielka. Dobrze przeżyty upadek prowadzi do wolności. Ja to przeżyłem, nie wymyślam, nie opowiadam z książek. Nie zależy mi już tak bardzo na ludzkiej opinii jak kiedyś. Może z tego Bóg chciał mnie wyleczyć? Kiedy jestem o czymś głęboko przekonany, nie mam najmniejszego problemu, żeby podnieść rękę i wygłosić opinię, nawet jeśli większość myśli inaczej.

Wie pan, co wyskakuje jako pierwsze, kiedy w wyszukiwarkę internetową wpisze się moje nazwisko?

Wiem.

„Piotr Jarecki alkoholik”. Trzeba się trochę naszukać, żeby znaleźć, co w życiu robił, gdzie pracował, jakie napisał książki. Dlatego kiedy się przedstawiam, mówię czasem: Biskup Piotr Jarecki, ten słynny, wiecie.

Święty Paweł też się tak przedstawiał. Jako niegodny, prześladowca wiary, płód poroniony. Czy taka szczerość ułatwia głoszenie słowa Bożego?

Nigdy nie spotkałem się z agresją, z niechęcią wiernych, którym posługuję jako biskup. Powiem więcej, zdarzały się sytuacje, których wcześniej jako biskup nigdy nie miałem: ludzie ze łzami w oczach dzielą się swoimi problemami. Wyciągam z tego następujący wniosek, jeśli idzie o metody duszpasterskie czy nową ewangelizację: jednym z naszych problemów jest to, że my, ewangelizując, nie spotykamy się na płaszczyźnie ludzkiej, jak człowiek z człowiekiem. Mówimy o Chrystusie, o zbawieniu, o grzechu.

Ale o tym też chyba trzeba mówić.

Trzeba. Ale początkiem powinna być relacja człowieka z człowiekiem. A nie będzie jej, jeśli jeden będzie udawał, że jest bez grzechu, a drugi będzie przekonany o swej wyjątkowej grzeszności. Kiedy natomiast spotka się dwóch grzeszników, nawet bez słów, to już mamy porozumienie, nawiązuje się dialog równorzędnych partnerów.

Nawet jeśli jeden z nich jest biskupem?

A co to ma do rzeczy? Jest przede wszystkim człowiekiem.

A nie następcą apostołów?

A apostołowie to byli nadludzie? Byli najprostsi z prostych, takich wybrał Pan Jezus. Powtórzę jeszcze raz: Jeśli nie spotkamy się jako ludzie, to ewangelizacja będzie bezowocna. Będziemy grać. Nie będzie komunii serc. Szkoda wówczas gadać o Panu Bogu. Paradoksalnie poczucie grzeszności i słabości pomaga nam tworzyć więź. Łączy nas słabość, konsekwencja grzechu pierworodnego, pomimo przyjętego chrztu świętego. Tylko my nie chcemy tego uznać. Jedni się zachowują tak, jakby byli bezgrzeszni. I w związku z tym budują mur.

Kto ten mur buduje, świeccy czy duchowni?

Pewnie spodziewa się pan, że powiem: Duchowni. Ale ten mur budują obie strony. Duchowny chce być lepszy. Bo to koloratka, bo to piuska, bo to mitra, bo jak ja wypadnę. Słaby jestem i grzeszny, ale muszę grać bezgrzesznego. A z drugiej strony świeccy tęsknią do bezgrzesznych duchownych. To trzeba przerwać. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć: Wszyscy jesteśmy grzeszni, dlatego potrzebujemy Kogoś, kto nas z tego stanu będzie dźwigał. Potrzebujemy Boga. Żeby nas uzdrowił, żeby nas obmył.

Tak jak biskup myje nogi w Wielki Czwartek. Tylko musimy się pozwolić Mu obmyć.

Arcybiskup Zimoń mówił, że każdego dnia jest wyciągany przez Jezusa z bagna. Głęboko duchowy człowiek, wie, że jeżeli ulegniemy pokusie samowystarczalności, to już po nas. Człowiek sam nic nie może. Tylko my się nie chcemy do tego przyznać. I robimy coraz większe głupstwa. Jedyne, co może nas uratować, to otwarcie się na moc, która płynie od Boga.

Mówił ksiądz biskup, że jeśli ze sobą nie rozmawiamy, to tworzą się tematy tabu. Jakie to tematy?

Nie wymienię żadnego konkretu. Nie wiem też, jak to jest wśród ludzi świeckich. Ale na pewno my, duchowni, podczas naszych spotkań za mało rozmawiamy o naszej duchowości i moralności. Stronimy od tych tematów. Przyznam szczerze, że mnie osobiście łatwiej się o tym rozmawia ze świeckimi.

Dlaczego?

Uciekamy w indywidualizm duchowy. Rozmawiamy o polityce, o tym, co się wydarzyło danego dnia, o tym, co mówią media. To są nasze tematy. One są prostsze. Od trudnych tematów uciekamy. Bo niełatwo się przyznać do błędu, przeprosić.

A o samotności księża rozmawiają?

Jak przeżywają samotność?

Tak.

Chyba pan żartuje. O tym rozmawiają księżą po przejściach. Natomiast na co dzień, w grupie współpracowników, to nie są częste tematy. Każdy sobie sam z tym radzi.

Alkohol w tym pomaga?

Alkohol, szczególnie w nadmiarze, nie pomaga w niczym.

Pije ksiądz biskup teraz?

Lubi pan konkretne pytania. A jak wyglądam?

Wygląda ksiądz na kieliszek wina od czasu do czasu.

Niepokojąca diagnoza. Unikam alkoholu. Za dużo mnie to kosztowało. Mam czasami takie myśli, że mógłbym umiarkowanie używać tego trunku, ale wiem, że to jeszcze nie czas. Kiedyś piłem, żeby poprawić sobie nastrój, pokonać stres, zmęczenie. A to jest bardzo niebezpieczne. Może jestem teraz przewrażliwiony na tym punkcie, ale największym regałem w każdym sklepie w najmniejszej nawet miejscowości jest półka z alkoholem. To jest nasz poważny problem, narodowy... Picie alkoholu zakorzeniło się w naszej kulturze. Na niektórych – z różnych przyczyn – działa to destrukcyjnie. Zabójczo!

Pewien lekarz powiedział mi kiedyś, że kieliszek czerwonego wina z dodatkiem kwasu foliowego pomaga zdrowiu. Ale, dodał od razu, drugi już nie.

Jeśli natura pochodzi od Boga, to dlaczego człowiekowi ona nie wystarcza? Dlaczego musi sobie dolać ten drugi kieliszek? Może to diabeł tak działa, że nas wciąga i zachęca do drugiego… A potem do trzeciego… Człowiek uzależniony jest słaby. Traci wszystko. Zamyka się w sobie, uważa się za pępek świata. Wymiar relacyjny kompletnie zanika. Lepiej z tym nie igrać. Z ogniem się nie igra.

To rada księdza biskupa dla księży?

Dla wszystkich. Dla biskupów, księży, sióstr zakonnych, dla świeckich, a przede wszystkim dla mnie samego.


Piotr Jarecki - ur. 1955, doktor nauk społecznych Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie, od 1994 roku biskup pomocniczy archidiecezji warszawskiej, przez dwie kadencje był członkiem Papieskiej Rady Iustita et pax, pełnił funkcję przewodniczącego Rady Społecznej Episkopatu, był wiceprzewodniczącym COMECE w Brukseli oraz Asystentem Krajowym Akcji Katolickiej. W październiku 2012 roku został zatrzymany przez funkcjonariuszy policji po tym, gdy w Warszawie spowodował kolizję drogową, prowadząc samochód w stanie nietrzeźwości. W wydanym dwa dni później publicznym oświadczeniu przeprosił za ten czyn. Sąd skazał go na karę 6 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata. Po zdarzeniu drogowym przestał pełnić obowiązki biskupa, a po wyroku Stolica Apostolska zawiesiła go w funkcjach biskupich. Napisał wtedy książkę "Podróż do siebie. Opowieść zranionego miłością". W marcu 2015 roku czasowo na nowo podjął obowiązki biskupa pomocniczego, a w listopadzie 2015 roku został trwale przywrócony do pracy w archidiecezji i ponownie objął urząd wikariusza generalnego. (wszystkie teksty tego autora)

Włodzimierz Bogaczyk - przez 29 lat pracownik ?Gazety Wyborczej? jako dziennikarz i wydawca regionalny. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Inwestować w człowieka

Pomagać Panu Bogu

Jestem zasmuconym katolikiem

Bractwo św. Piusa a bractwo św. Piotra


komentarze



Facebook