Archwium > Numer 511bis (Specjalny/2016) > Rozmowy w drodze > PODRÓŻ ŻYCIA JEST JESZCZE PRZEDE MNĄ

PODRÓŻ ŻYCIA JEST JESZCZE PRZEDE MNĄ
Po pierwszej atlantyckiej wyprawie słyszałem: Olek, gratuluję ci, że udało ci się przepłynąć ocean. Mnie się nie udało, ja zrealizowałem dobrze przygotowaną wyprawę.

FOT. MICHAŁ MUTOR/AGENCJA GAZETA


Anna Sosnowska: Co cię pcha do ruszenia na kolejną wyprawę? Niewiadoma?

Aleksander Doba: Raczej chęć poznawania świata, którą rozbudzili we mnie rodzice i która jest dla mnie czymś bardzo naturalnym. Ale nie chodzi tylko o poznawanie tego świata zewnętrznego – zjawisk, miejsc, zdarzeń, chodzi też o poznanie swojego wewnętrznego świata. A żeby ten świat wewnętrzny poznać, to trzeba siebie w różnych sytuacjach i na wiele sposobów sprawdzać.

Podnosząc poprzeczkę coraz wyżej? Coraz dalej przesuwając granicę?

Jako inżynier mechanik widzę to tak: jeśli tutaj jest granica, to ja chcę się do niej zbliżyć, ale jej nie przekroczyć. Bo gdybym przekroczył granicę swoich możliwości, to by oznaczało, że przesadziłem i że zginę. A ja nie mam zamiaru zginąć. Dlatego do każdej wyprawy staram się dobrze przygotować i rozeznać różne zagrożenia, jakie mogą mnie spotkać. Nie jestem ryzykantem.

Czyli to nie jest balansowanie między życiem a śmiercią?

Nie. Przed startem muszę być na sto procent pewny, że przewidziałem wszystko, co można było przewidzieć, i zrobiłem wszystko, co można było zrobić, żeby bezpiecznie dopłynąć do celu.

Ale napadu, a właściwie napadów na Amazonce nie udało ci się przewidzieć.

Na to nie byłem w stanie się przygotować, bo nie przypuszczałem, że popłynę tą trasą. Zamierzałem wybrać się na Atlantyk, ale musiałem zmienić plany. Płynąłem przez Brazylię. Na Amazonce w Peru zginęło dwóch moich znajomych kajakarzy. Ja miałem szczęście, bo bandyci mnie tylko obrabowali.

I zniszczyli ci kajak.

Ale to, co najcenniejsze, czyli życie, zachowałem. Wiedziałem, że Brazylia to niebezpieczny kraj, jednak nie zakładałem, że mogę zginąć.

Celowali do ciebie.

To paskudne uczucie. Analizowałem potem swoje zachowanie i rozmawiałem też o tym z psychologami – postępowałem w tamtej sytuacji optymalnie. Starałem się być spokojny, wyciszyć ich agresję, na wszystko im pozwalałem, cały czas do nich mówiłem – po polsku, bo portugalskiego nie znam. Nazywałem ich amigos. Wykonywałem flegmatyczne ruchy, żeby ich przekonać, że nie stanowię dla nich żadnego zagrożenia. Dbałem też w ten sposób o ich psychikę, bo przecież zabicie człowieka musi być dla bandytów jakimś stresem. Osiągnąłem swój cel, udało mi się wynegocjować, żeby zostawili mi niektóre rzeczy. Ale najważniejsze, że uszedłem z życiem. Potem pomyślałem: Kurczę blade, ja mam chyba jednak mocną psychikę.

Ważniejszy jest dla ciebie cel czy sama podróż?

Zdecydowanie podróż. W czasie drugiej wyprawy przez Atlantyk płynąłem na Florydę prawie pół roku, a spędziłem na niej cztery dni. Najważniejsza część się skończyła, czego żałowałem. Lubię sobie stawiać ambitne cele, podejmować ciekawe zadania. To mi sprawia satysfakcję. Ale wyznaczam je sobie sam, chociaż ludzie próbują mi często podrzucić swoje pomysły. Nie potrzebuję takiej pomocy. Stawiam sobie poprzeczkę wysoko, coraz wyżej, bazując na tym, czego wcześniej dokonałem. Czasem rozmawiałem z dziennikarzami, którzy mówili: wyprawa życia. A ja miałem już w głowie kolejne projekty.

Czyli wyprawa życia…

…jest jeszcze przede mną. Wyciągam z poprzednich wnioski, staram się nie popełniać tych samych błędów, popełniam inne. Głównym motywem jest zrealizowanie czegoś ciekawszego, innego, trudniejszego.

Kiedy znowu ruszasz w trasę?

W maju wybieram się kolejny raz na Atlantyk, jeszcze bardziej na północ. Chciałbym przepłynąć z Nowego Jorku do Portugalii.

Płyniesz, przez kilka miesięcy każdego dnia musisz powtarzać te same czynności, nawet jeśli są to jakieś niebywałe atrakcje, które gotuje ci natura.

Dobrze to nazwałaś – dla wielu ludzi byłoby to trudne do przeżycia, a ja je traktuję właśnie jako atrakcje.

Ale właściwie przez 160 dni masz to samo. Nie nudzi cię to?

Nie. Ja nie znam poczucia nudy. Raczej się nie wyrabiam i z wielu rzeczy muszę zrezygnować, zamiast szukać sobie jakiegoś zajęcia. Kiedy jestem na wodzie i wiatr bardzo mocno narasta, trzeba się zająć intensywnym wiosłowaniem – na tym się koncentruję. Pewien kolega mnie spytał: Olek, czy ty wiesz, ile razy machnąłeś wiosłem? Policzyłem i wyszło, że około 4 milionów. A jak warunki są w miarę spokojne i stabilne, to wiosłuję sobie i myślę o różnych sprawach.

O czym na przykład?

O przeszłości. Ale staram się raczej skupić na tym, co było fajne, przyjemne. Nie chcę za bardzo rozpamiętywać tego, co złe. Zastanawiam się też, co słychać w domu, jak na działce. Poza tym żona mi przygotowuje zestaw dla ochłody – rodzinne zdjęcia robione zimą. Miło popatrzeć i sobie powspominać. Jedno zdjęcie pofrunęło mi z wiatrem, jednak warunki były takie, że nie miałem szans po nie wrócić.

W pewnym sensie funkcjonujesz na oceanie jak pustelnik.

Mamy teraz nerwowe życie, natłok różnych wiadomości, stale coś się dzieje, więc brakuje nam czasu i możliwości, żeby pobyć sam na sam ze sobą i przemyśleć pewne sprawy. Na wyprawie to się udaje. Poza tym uważam siebie za dość interesującego, radosnego i optymistycznego człowieka, więc kiedy patrzyłem w lusterko, widziałem sympatyczną gębę.

Leczyłeś w ten sposób samotność?

Wytłumaczę ci, co ja rozumiem pod pojęciem samotności. Wyobraź sobie duży blok w mieście, mieszka w nim mnóstwo ludzi. Załóżmy, że na którymś piętrze żyje osoba samotna, która nie ma rodziny albo rodzina się nią nie interesuje, nie ma znajomych, sąsiadów niby pełno, ale są zajęci swoimi sprawami. Ci sąsiedzi zorientują się, że ten ktoś jest już w zaświatach, dopiero kiedy na klatce schodowej zaczną się unosić dziwne zapachy. To rozumiem jako samotność i myślę, że to jest paskudne. A przecież takich osób w Polsce żyje wiele. Natomiast ja byłem wprawdzie sam, daleko od ludzi, ale nie mogłem się czuć samotny. Miałem telefon satelitarny, mogłem wysyłać i odbierać SMS-y, można było do mnie dzwonić. Dostawałem dużo sygnałów, że ktoś się mną interesuje, że trzyma za mnie kciuki.

Ale w pewnym momencie telefony umilkły.

Paradoks polegał na tym, że mając dwa najlepsze na świecie telefony, miałem przerwę w łączności przez czterdzieści siedem dób. Najpierw przegapiłem, że na jednym telefonie kończy mi się limit rozmów, więc nie mogłem niczego wysyłać, ale odbierać mogłem. Niestety, na stronie internetowej o mnie umieścili fałszywą informację, że mam awarię telefonu, więc wiadomości przychodziło coraz mniej. Pisali ci – to był czas życzeń świątecznych i noworocznych – którzy nie wiedzieli o awarii.

A co z drugim telefonem?

Wcześniej umówiłem się z operatorem, jak to wszystko ma działać, żona opłaciła abonament, ale okazało się, że… operator uaktywnił kartę SIM nie w moim telefonie, bo pomylił numer. Więc miałem dwa sprawne telefony – jeden z pustą kartą, a drugi z nieaktywną. Takie drobiazgi (śmiech).

Jakie błędy popełniłeś przy okazji ostatniej wyprawy?

Kiedy prowadzę spotkanie, pokazuję zdjęcie, na którym widać moje popękane dłonie. Ja, doświadczony kajakarz, nie zabrałem takich małych krążków, które nakłada się na drążek wiosła, by zatrzymywały wodę. Więc przy każdym machnięciu wiosłem ściekała na mnie woda – pięć razy bardziej słona niż w Bałtyku. A przecież sam zalecam ludziom, żeby starali się nie moczyć dłoni, bo mokra skóra jest bardziej wrażliwa na otarcia i inne uszkodzenia. Popełniłem błąd, niby drobny, ale w konsekwencji niezwykle przykry. To pokazuje, że jestem zwykłym człowiekiem.

Dlaczego właściwie zdecydowałeś się na samotne podróżowanie? Wcześniej pływałeś w ekipie.

Na pewno nie jestem typem samotnika. Jestem towarzyski, serdeczny i radosny, więc sam byłem ciekaw, czy i jak długo wytrzymam w pojedynkę. Jednak człowiek to elastyczna istota. Niemcy mają dziesięć zdrowych zasad pływania kajakiem i jedna z nich brzmi: Nigdy nie pływaj samotnie. Zupełnie się z nią zgadzam.

Ale?

Potrzebny jest odpowiedni partner. Czyli ktoś – ja to tak rozumiem – kto ma podobne do moich umiejętności i możliwości, podobną odporność psychiczną, ktoś, z kim się uzupełniamy. Zawiesiłem poprzeczkę wysoko i w pewnym momencie stanąłem przed wyborem: albo sam, albo wcale. Zdecydowałem, że sam. To wymagało ode mnie bardzo solidnego przygotowania – musiałem mieć pewność, że mogę polegać i na sprzęcie, i na sobie. Nigdy nie liczyłem na to, że może mi się po prostu udać. Zwłaszcza po pierwszej atlantyckiej wyprawie słyszałem: Olek, gratuluję ci, że udało ci się przepłynąć ocean. Mnie się nie udało, ja zrealizowałem dobrze przygotowaną wyprawę. Moje bogate doświadczenie życiowe i kajakowe pozwoliły mi przetrwać różne trudne sytuacje, a że jestem zaradnym inżynierem mechanikiem, to kiedy mi coś dokuczało, starałem się za pomocą niewielu narzędzi, które miałem, to coś przerobić, poprawić, zaprojektować.

W trakcie wyprawy?

Tak. Gdy mi coś dolega, nie skupiam się za bardzo na narzekaniu, tylko na znalezieniu rozwiązania. Zadaję sobie wtedy pytanie, czy mogę sobie jakoś z tym poradzić?

A jeśli nie?

To trudno. Niewiele rzeczy mnie załamuje.

Jak wyglądają noce na oceanie?

Płynąłem po rejonach subtropikalnych, tam noc i dzień trwają mniej więcej po równo. Noc była dla mnie najprzyjemniejszą porą, bo nie musiałem się kryć przed upałem. Dlatego bardzo często wiosłowałem w nocy. Ale pospać też trochę trzeba.

W czasie sztormu chyba się nie dało?

Rzeczywiście noce wtedy wyglądały paskudnie. Podczas ostatniej wyprawy przeżyłem osiem sztormów, najdłuższy trzymał trzy doby. Próby drzemki okazywały się nieskuteczne, leżałem tylko, wokół hałas, wstrząsy. Miałem włączone światło i antenę radarową, więc inni powinni mnie widzieć, ale ja nie widziałem niczego. Fale sięgały nawet dziewięciu metrów.

Byłeś na to przygotowany?

Rozeznając, jakie warunki mogą panować nocami, konsultowałem to wszystko z Andrzejem Armińskim, strategiem wyprawy. Chodziło o to, żeby zaprojektować kajak, w którym będę w stanie przetrwać w takich warunkach. Przy takim sztormie nie pozostawało mi nic innego, jak schować się w kajucie niczym ślimak w skorupie i przeczekać.

Trudno mi uwierzyć, że wtedy też byłeś spokojny i rozluźniony.

No pewnie, że nie byłem. Wkurzałem się na ten wiatr i nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie zacznie słabiej wiać.

Nie bałeś się?

A czego?

Że jednak coś zawiedzie. W najlepiej opracowanym planie może się pojawić jakaś dziura.

Mój kajak miał dwie bardzo ważne właściwości. Był niezatapialny i nie mógł pływać do góry dnem. Gdyby fale go przewróciły, on wróciłby do właściwego położenia. Więc czego się tu bać?

Jak wygląda zwykły dzień na oceanie?

Wiosłowałem od ośmiu do dwunastu godzin. Byłem kapitanem i majtkiem w jednym. Kapitan gonił majtka do roboty, a majtek się czasem wykręcał. Jednak motywacji mi nie brakowało. Wiedziałem, że mam do pokonania ogromny dystans, a GPS pokazywał, ile mi jeszcze zostało. Przecież nie po to się wybrałem na wyprawę, żeby mnie sam wiatr pchał. Najbardziej się namęczyłem w Trójkącie Bermudzkim. Ale byłem wtedy wkurzony!

Ile cię tam trzymało?

Czterdzieści dób. Nie mogłem się wyrwać z pułapki wiatrowej. Wiosłuję kilka godzin, patrzę na GPS, a ja się jeszcze cofnąłem! W końcu ster mi się urwał i musiałem płynąć na Bermudy, czego chciałem uniknąć, bo moim celem była Floryda.

Miałeś poczucie klęski?

Kiedy dotarłem do Bermudów, zapytano mnie, jak oceniam moją wyprawę. A ja powiedziałem: Klęska to nie jest, bo nikt jeszcze nie przepłynął samodzielnie kajakiem takiego dystansu, ale moją satysfakcję oceniam na 75 procent. I chciałbym ją sobie podnieść do 90 procent.

Nie odpuściłeś. Bermudy stały się tylko przystankiem.

Piotr Chmieliński, mój przyjaciel, który tam na mnie czekał, powiedział, że nikt by się na coś takiego nie zdecydował. Po 142 dobach wiosłowania postawiłem wreszcie nogę na lądzie, a ja chcę płynąć dalej. Dlatego według niego powinienem odczuwać satysfakcję na poziomie 110 procent. Ale dla mnie ta przerwa była czymś niechcianym! Myślałem tylko o tym, żeby jak najszybciej naprawić kajak i wrócić na trasę, co oznaczało, że potrzebowałem transportu 600 km na południe.

Dostałeś się w pobliże trasy żaglowcem. Jednak przy wodowaniu kajaka złamały się pałąki, które pełniły ważną funkcję – uniemożliwiały płynięcie dnem do góry.

Niestety, kapitanem żaglowca była pani Karen McDonald, bardzo zarozumiała, nikogo nie chciała słuchać. Kiedy wreszcie udało nam się wypchnąć kajak, był on tak przyciśnięty do burty, że uderzył pałąkami w belkę żaglowca, która wystawała. Pałąki spadły mi na kolana. Przez pierwsze dwie sekundy byłem w szoku. W trzeciej pomyślałem: Przecież nie mam pałąków. W czwartej już się cieszyłem, bo ja tych pałąków od początku nie chciałem, ale Andrzej Armiński zgodził się tylko na wycięcie tylnych. W piątej sekundzie podjąłem decyzję: Płynę na Florydę bez pałąków.

Załoga żaglowca była w szoku, ponieważ nie wiedzieli, że ja tych pałąków właściwie nie chciałem. Ale uciekła szybko na Bermudy, bo zbliżał się sztorm. Potem z Florydy wysłałem maila do pani kapitan i załogi, wyjaśniając sytuację i dziękując za przerobienie kajaka według moich życzeń.

Rozgrzeszyłeś ich.

Pani kapitan przysłała mi podziękowanie za wiadomość, bo oczywiście wszyscy się martwili, że mi zniszczyli kajak. Jak widać, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

„Nadzieja” – to słowo towarzyszy ci w czasie podróży?

Jestem optymistą. Poza tym mam taki wynalazek – wielki akumulator na dobrą energię, i wielką antenę działającą 24 godziny na dobę. Więc można mi tę dobrą energię przesyłać bez elektroniki i za darmo – wystarczy sobie dobrze o mnie pomyśleć. Wtedy mój akumulator się ładuje. Wiadomo na przykład, że w czasie sztormu poziom dobrej energii trochę spadał, ale nigdy nie przeżyłem jakiegoś załamania czy kryzysu.

Czyli ani razu nie plułeś sobie w brodę, że cię ten Atlantyk skusił?

Nie. Przecież sztormy, brak łączności czy urwany ster to były tylko drobiazgi.


Aleksander Doba - ur. 1946, emerytowany inżynier mechanik, kajakarz, podróżnik, choć nazywa siebie po prostu turystą. Jest pierwszym człowiekiem, który samotnie, tylko siłą własnych mięśni, przepłynął Atlantyk od kontynentu do kontynentu, i to dwukrotnie. Zdobył tytuł Podróżnika Roku 2015 przyznawany przez amerykańską edycję "National Geographic". Mieszka w Policach. (wszystkie teksty tego autora)

Anna Sosnowska - ur. 1979, absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, współautorka książki "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary", wcześniej związana z kanałem religia.tv, gdzie prowadziła programy "Kulturoskop" oraz "Motywacja jest kobietą". Redaktor naczelna portalu Aleteia. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

ROZGRZESZYĆ SPOWIEDNIKA

MIZANTROP I GWIAZDA

FUKSIARZ

NIEMOŻLIWE

NIE CHCĘ TAKIEGO RAJU


komentarze



Facebook