Archwium > Numer 511bis (Specjalny/2016) > Rozmowy w drodze > CZY TO WYPADA PRZERYWAĆ PANOM WE FRAKACH

CZY TO WYPADA PRZERYWAĆ PANOM WE FRAKACH
Trudno sobie wyobrazić, żeby tak inteligentna osoba jak Jezus nie miała poczucia humoru. Jedno z drugim mocno się wiąże.

FOT. KRYSTIAN PILAWA


Roman Bielecki OP: Jak wygląda senny koszmar Filipa Jaślara?

Filip Jaślar: Słyszę zapowiedź, że zaraz przed państwem wystąpi Grupa MoCarta, a ja jestem jeszcze w garderobie i nie mogę zapiąć koszuli. Nie wiem, gdzie mam spinki, nie mogę założyć butów, czuję jakąś niemoc i galopującą panikę, że już muszę być na scenie. Ten sen wraca regularnie.

To nie zazdroszczę.

Na szczęście mamy to już za sobą.

???

No tak. Kiedyś graliśmy na Zamku Królewskim w Warszawie. To był koncert dla jakiejś firmy. Byliśmy umówieni, że całość zacznie się o szesnastej. Najpierw przemówienie prezesa, okolicznościowe mowy i wręczenie nagród dla najlepszych pracowników. Pół godziny później – my. Siedzimy w garderobie, pijemy kawę, aż tu nagle, mniej więcej o szesnastej piętnaście, czyli w momencie, kiedy zaczęliśmy się przebierać, słyszymy: A teraz specjalnie dla państwa Grupa MoCarta. Oklaski. Szok i popłoch. Kto miał na sobie chociaż spodnie i koszulę, wchodził na scenę, wnosił pulpit, kłaniał się, udawał głupiego, że to niby już skecz, że jeszcze dosłownie sekundka i wszystko się zacznie, i wracał po resztę. Szczęśliwie garderoba jest bardzo blisko wejścia na scenę. Udało nam się ogarnąć, ale to było straszne.

Poczucie humoru masz wrodzone czy to zawód wyuczony?

Jestem genetycznie obciążony po moim tacie Krzysztofie Jaślarze. Wiele lat temu, jako student Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu, poznał Zenona Laskowika, zaprzyjaźnili się i założyli studencki kabaret Klops, który później przekształcił się w legendarny kabaret Tey. Wychowałem się na ich pasji, przychodząc na występy i siedząc za kulisami. Mogę więc powiedzieć, że poczucie humoru mam od zawsze, nad czym bardzo ubolewają do dziś wszyscy moi nauczyciele, a ja ich za każdym razem przepraszam.

Bo?

Bo uwielbiałem chodzić do szkoły i rozśmieszać klasę. Bardzo mi się to podobało. Tyle tylko, że w związku z tym w semestrze przynosiłem średnio jakieś dwadzieścia nagan, które trzeba było dawać rodzicom do podpisania. Na pocieszenie powiem, że mam teraz za swoje, bo po latach rozumiem, że jeśli nie nauczyłem się jakichś rzeczy wtedy – w liceum albo na studiach – to teraz muszę stracić czas i wydać pieniądze, na przykład żeby się nauczyć angielskiego.

A skąd to powiązanie humoru z muzyką klasyczną?

To kwestia przypadku. Od piątego roku życia uczyłem się grać na skrzypcach, normalna edukacja muzyczna. Po drodze zaliczyłem drobne występy przy okazji studniówek i szkolnych akademii. Pierwsza poważna wprawka była wtedy, kiedy studiowałem na Akademii Muzycznej. Po którymś roku pojechałem do Łańcuta w ramach letniego kursu muzycznego – takiego studenckiego doszkalania pod okiem profesorów z całej Polski i nie tylko. Graliśmy w kwartecie, pamiętam do dziś, utwór Dmitrija Szostakowicza poświęcony ofiarom II wojny światowej – piękny, bardzo poważny, ale i przygnębiający. Więc na bis, żeby trochę ulżyć publiczności, wymyśliliśmy sobie taki muzyczny żart – Mozart na nutę góralską. Drobiazg, który bardzo się wszystkim spodobał.

Po studiach, w 1995 roku, telewizja CANAL+ poszukiwała do nowego programu muzyków, którzy chcieliby w lekki i zabawny sposób prezentować muzykę klasyczną. Wracając z tego spotkania, w okolicach Domu Partii…

Ktoś może ci to kiedyś wyciągnąć!

Wiem, ale nie mogę zaprzeczyć, że iskra pojawiła się dokładnie tam, przy rondzie de Gaulle’a. Wracaliśmy ze spotkania razem z Arturem Renionem1, naszym nieodżałowanym wiolonczelistą, i nagle pojawiła się myśl, że może założymy kwartet smyczkowy. Przypomnieliśmy sobie wtedy tego Mozarta, no i tak się zaczęło.

Joanna Kołaczkowska z kabaretu Hrabi mówiła kiedyś, że utarło się myśleć: skoro ktoś bawi innych, to na co dzień musi być niezwykle rozrywkowym człowiekiem. Prawda to czy nie?

Przy obcych jest różnie. Nie jestem duszą towarzystwa. Co innego w domu. Moją ambicją jest rozśmieszenie bliskich – żony, dzieci. Kiedy rano jadę z nimi do szkoły, to próbuję je rozbawić na wszelkie sposoby – dogaduję tekstom radiowych piosenek, polemizuję z prowadzącymi poranne audycje, prowadzę wirtualne rozmowy z kierowcami w samochodach obok. Bardzo lubię to robić.

Tak samo jest w busie, gdy jedziemy na koncert. Jesteśmy bardzo gadatliwi. Zdarza się, że kiedy próbujemy ustalić coś na poważnie, to mamy nagle tyle skojarzeń, docinków i komentarzy, że nie wiadomo, co jest prawdą, a co zmyśleniem. Czy ty naprawdę umówiłeś się z Sophią Loren na piątek na dziewiątą rano, czy tylko chciałbyś się umówić, a może to dopiero zrobisz, a może to jest czwartek, a może wieczorem, a może wcale nie z nią? Jednym słowem, zdarza nam się utonąć w żartach.

Nie żal ci tych lat na Akademii Muzycznej? Uczyłeś się niełatwego fachu, a teraz figle w głowie…

Ciągle wykorzystuję moją wiedzę. Bez niej nie byłoby efektu scenicznego. Klasyka cały czas jest dla mnie bardzo ważna. Zaraz po studiach grałem w orkiestrze kameralnej Concerto Avenna. Fantastyczna grupa, która wykonuje dzieła barokowe. Grałem też jako skrzypek w Orkiestrze Filharmonii Narodowej – co prawda tylko przez tydzień, ale jednak. Mogę powiedzieć, że wszystko, czego się nauczyłem na studiach, to moje gniazdo i świętość. Teraz tylko troszkę inaczej to wykorzystuję.

Skrzypce kojarzą się z czymś wysmakowanym, bardziej elitarnym niż masowym.

Z pewnością to, co robimy, jest rzeczą komercyjną, ale przeznaczoną dla ludzi inteligentnych i wrażliwych na muzykę. Nie przekraczamy granicy dobrego smaku. Chodzi o żart, a nie o wygłup.

Zdarzyło się, że na koncercie publiczność nie reagowała?

Czasami w mniejszych miejscowościach widzowie sprawiają wrażenie onieśmielonych, jakby nie wiedzieli, czy można się śmiać lub klaskać, bo czy to wypada przerywać panom we frakach?

Chodzi mi raczej o niezrozumienie aluzji lub skojarzenia.

Nasi widzowie na ogół wiedzą, że to, co zobaczą i usłyszą, nie będzie podane wprost. Mniej słów, a więcej szarad umysłowych. My też niespecjalnie zabiegamy o szerokie grono widzów. Zdajemy sobie sprawę, że Grupa MoCarta nie jest prosta w odbiorze.

No właśnie. Jeśli spojrzeć na scenę rozrywkową, kabaret staje się coraz bardziej dosłowny. Jest momentami…

…wulgarny i prostacki. Tak, to się zdarza.

Zastanawiasz się, dlaczego?

Ludzie mają różne gusta i wrażliwość. Są tacy, którzy szukają prostszego żartu i nie należy im tego prawa odbierać. Dla nich kabaret musi być dosadny i wprost. Na scenie facet musi się przebrać za kobietę, a kobieta powinna się poślizgnąć, żeby było śmiesznie.

My trzymamy się z tymi, którzy szukają wymagającego odbiorcy – z Kabaretem Moralnego Niepokoju, Ireneuszem Krosnym czy kabaretem Hrabi. Dobry przykład to Artur Andrus, z którym czasem coś wspólnie robimy. Jego programy to fantastyczne wiersze, inteligentne piosenki i zgrabne żonglowanie cytatami muzycznymi. Dajmy na to, kawałek z jego ostatniej płyty Mona Lisa. Żeby dobrze odebrać taką piosenkę i uśmiechnąć się z puenty, trzeba wiedzieć, po pierwsze, co to za obraz, po drugie, że Nat King Cole napisał kiedyś piosenkę pod takim tytułem, i dopiero potem można się bawić tym, że Artur stworzył wariację na temat tamtego przeboju.

Z takim stanem poczucia humoru trzeba się pogodzić?

Myślę, że tak. Aluzyjność jest bardzo delikatną sprawą i wcale niełatwą do wygrania. Nie jesteś w stanie przewidzieć, jak coś zostanie odebrane. Podam przykład z naszej działalności. Mieliśmy kiedyś taki utwór, nazwaliśmy go Stomatologiczne Ave Maria. Polegał na tym, że dźwięk wiertarki dentystycznej grał melodię Ave Maria autorstwa Bacha i Gounoda. Na tym utworze oparliśmy drobny skecz. Reakcje były zasadniczo fantastyczne i ludzie się śmiali. Ale parę razy się zdarzyło, że przyszła do nas po spektaklu jakaś osoba i powiedziała, że ją to uraziło, bo to jest pieśń poświęcona Matce Bożej, i prosi, żeby tego więcej nie robić. Nam się to wydawało subtelne i delikatne, a kogoś dotknęło. Jak to wyważyć? Kierować się odbiorem jednego widza czy całej sali, przymknąć oko czy grać? Nie potrafię tego ocenić. Wiem, że w tej chwili nie chcemy być kontrowersyjni.

Z czego się więc nie śmiejecie?

Nie używamy żartu obscenicznego. Skojarzenia erotyczne nas nie interesują, a jeśli już, to naprawdę delikatnie zarysowane. W tzw. comedy groups na świecie, które obserwujemy ze względów zawodowych, ten temat jest bardzo powszechny, a wszystkie tego typu skojarzenia są mile widziane. Nas to mierzi. Podobnie nie sięgniemy nigdy po ludzkie nieszczęście albo dramaty z historii Polski.

Mówiłeś o swoim tacie i kabarecie Tey, przyznajmy, bardzo politycznym. Wtedy wystarczyło mrugnąć okiem, żeby publiczność wiedziała, o co chodzi, a aluzyjność była o wiele większa. Jak to wygląda dziś?

To ciekawe zjawisko, bo przez ostatnie lata Robert Górski z Kabaretu Moralnego Niepokoju był premierem Tuskiem i wykorzystywał nazwiska ministrów bez ograniczeń i wprost. Nikt pracy przez to nie stracił, nikomu nie wytoczono procesu sądowego, kolejne odcinki „Posiedzenia rządu” były śmieszne i robione ze smakiem. A teraz czuję, że przyszły takie czasy, iż nie do końca wiadomo, co można, a czego nie można, kto się za co obrazi, co kogo śmieszy. Chyba idą złote lata dla aluzji.

Skoro nie polityka, to może żarty religijne?

Graliśmy parę razy w seminariach, z dużym powodzeniem i naszym, i publiczności. W religijnych sprawach też łatwo kogoś urazić. Dlatego pytam zawsze o opinię Bolka Błaszczyka i Michała Sikorskiego, którzy z naszej czwórki są osobami będącymi najbliżej Kościoła. I gdy oni mówią, że coś może być i nie gorszy, to wtedy gramy.

A wiesz, czego brakuje w Ewangelii?

???

Śmiechu Pana Jezusa. Jest wszystko z wyjątkiem tej reakcji.

Może dlatego, że wszystkie sprawy, o których mówił Jezus, były zbyt poważne, żeby puentować je żartem. A może te momenty, kiedy Jezus się śmiał albo opowiadał dowcipy, nie zostały zwyczajnie opisane, bo komuś wydały się mniej istotne. Trudno sobie wyobrazić, żeby tak inteligentna osoba jak On nie miała poczucia humoru. Jedno z drugim mocno się wiąże.

Skąd się biorą pomysły, żeby połączyć Mozarta z góralszczyzną, Vivaldiego z westernem?

Prosta zasada skojarzeń. Pytasz o western. Tu akurat świetnie wyszło. Najpierw mamy symfonię Dworzaka z Nowego świata, czyli temat, który skomponował, opisując Stany Zjednoczone jego czasów. Zaczynamy od tego. Utwór jest bardzo dobry, powszechnie znany, ma rozpoznawalną melodię, co też jest ważne dla odbiorcy, który powinien od początku wiedzieć, o czym gramy. Później szukamy utworów, które kojarzą się z westernem, z kowbojami i końmi. No i mamy klasyczny temat z filmu Rio Bravo, dalej Raindrops keep fallin’ on my head B.J. Thomasa z filmu Butch Cassidy i Sundance Kid oraz Lekką kawalerię von Suppégo. I to wszystko sobie układamy. Potem dodajemy parę skojarzeń, na przykład z rewolwerem, który jest nieodłącznym atrybutem kowboja. A skoro oni często po strzale dmuchali w lufę, to my także dmuchamy w rurki, które grają melodię. I mamy komplet.

Sam to wszystko wymyślasz?

Nie. Grupa MoCarta jest pracą zbiorową, wszyscy myślimy nad programem i wszyscy mamy w nim taki sam udział, choć od pomysłu do realizacji długa droga. Skecze wpadają do głowy nagle i często są związane z czymś, co się w danej chwili usłyszało w radiu albo zobaczyło w internecie. Ja mam tak, że pomysł powoli we mnie kiełkuje. Siedzi w głowie, obrabiam go, opracowuję i oceniam aż do momentu, kiedy zapraszam kolegów na próbę i wywnętrzam się przed nimi.

Myślę też, że niewiele trzeba, żeby mnie zainspirować. Na przykład kiedyś miałem taką refleksję, że wokół nas jest za dużo hałasu, i chciałem stworzyć utwór szeptem. Nie bardzo wiedziałem, jak to zrobić i długo to za mną chodziło. Pewnej nocy, po koncercie, w jakimś hotelu na jednym z kanałów muzycznych trafiłem na ciemnoskórego rapera, który rapował szeptem. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie. I zacząłem pisać. Złożyłem sobie parę rymów, rozszerzyłem to do rozmiarów pogadanki radiowej, a potem usiadłem i napisałem cały tekst. Nazwaliśmy to Decybele. I numer tak się spodobał, że na stałe wszedł do naszego programu.

Ireneusz Krosny zrobił ostatnio spektakl, w którym po latach wykonywania pantomimy przemówił. Nie myśleliście, żeby zaprezentować Grupę MoCarta w repertuarze poważnym?

Od paru lat każdy nasz koncert kończymy trzyminutowym fragmentem muzyki klasycznej zagranym bez udziwnień. Na początku mieliśmy sporo obaw. Radziłem się nawet mojego taty, który jest dla mnie ogromnym autorytetem estradowym. Powiedział: No nie wiem, jak ludzie to odbiorą. Okazało się, że super, bo widzowie lubią być docenieni i potraktowani poważnie. Gramy to bez żadnych gagów, a publiczność się nie nudzi. Jak to wygląda, trudno opowiedzieć, trzeba zobaczyć na żywo. Bo to jest faktycznie trzyminutowy fragment Divertimenta Mozarta podany nie w formie żartobliwej, ale jednocześnie atrakcyjnie i bez patosu.

Macie swój odpowiednik na świecie?

Tak. Choć w tej chwili przestali występować. To francuski zespół Le Quatuor. Co więcej, oni grali przed nami i uroczyście przysięgam, że gdy zakładaliśmy Grupę MoCarta w 1995 roku, to nie wiedzieliśmy o ich istnieniu. Wiele lat później mieliśmy nieoczekiwaną wizytę u lutnika, gdzieś na Śląsku, i to od niego się dowiedzieliśmy, że jest ktoś taki. Pan przyniósł kasetę wideo z ich nagraniem i wtedy zobaczyliśmy ich po raz pierwszy.

I co?

Różnica jest taka, że oni nie krępowali się używać dosadnego żartu. Byli fantastyczni, ale chwilami sięgali bardzo głęboko do studni skojarzeń.

W tej chwili znam jeszcze dwa takie kwartety. Jeden to Pagagnini z Hiszpanii, a drugi to grupa Obsession – młode dziewczyny, Polki, które grają w Filharmonii Dowcipu Waldemara Malickiego.

Pytam o to, bo zastanawiam się, czy jest ktoś, kto jest dla was inspiracją?

Jest parę rzeczy, które zobaczyłem i żałowałem, że ktoś z nas na to nie wpadł. Jedna z nich to skecz wspomnianego Le Quatuor, w którym panowie robią z instrumentów – czyli pary skrzypiec, altówki i wiolonczeli – fortepian, a potem jeszcze na nim grają. Genialny numer i chapeau bas, że coś takiego wymyślili. Drugą niesamowitą rzecz widziałem na YouTubie. Trzech dżentelmenów grało jazzowy standard Sweet Georgia Brown z akompaniamentem traktora. Maszyna w tle rytmicznie pracuje, a oni grają, dopasowując się do rytmu pracy silnika. Coś nieprawdopodobnego. I to są takie dwa numery, które gdy zobaczyłem, to spadłem z krzesła.

Ale nie zapominajmy, że i wy mieliście rzecz, której nikt nie zrobił, a wszyscy zazdroszczą. Graliście z Bobbym McFerrinem w czasie Warsaw Summer Jazz Days, i znakomicie wam poszło.

To była wielka chwila, taka once in the lifetime. Świetna przygoda artystyczna i niezapomniane przeżycie. Dziesięć wspaniałych minut.

Co jest dla was wyzwaniem?

W gruncie rzeczy każdy pojedynczy numer. Nie ma czegoś wielkiego, nad czym pracujemy latami i o czym marzymy, że gdy się spełni, to będziemy wielcy. Chodzi o dopracowanie kolejnego utworu, a to zawsze wielka sztuka. Tak zagrać, żeby spodobał się widzom i wszedł do repertuaru.

Kto jest waszym pierwszym odbiorcą, pokazujecie skecze w domu?

Zwykle robimy to sami, w ramach próby. Niestety zdarza nam się także pierwsze przetarcie utworu przed kamerami telewizyjnymi. To jest potwornie nierozsądne i niemądre. Zasada jest prosta. Telewidzom należy pokazać utwór, który jest dograny, przećwiczony i wykonany kilka lub nawet kilkanaście razy przed żywą widownią. Wtedy gra się swobodnie. Telewizja nie jest absolutnie miejscem dla premier, bo kamera wszystko wychwyci.

Lubicie ryzyko?

To nie tak. Czasem zwyczajnie nie ma czasu i możliwości na pokazanie utworu szerszej widowni. A realia sceniczne są takie, że żeby widzowie przychodzili na koncerty biletowane, trzeba kilka razy w roku pojawić się w telewizji. Wykorzystywać do tego celu każdą nadarzającą się okazję. Tylko w ten sposób ktoś, patrząc na nasz plakat na ulicy, skojarzy, kto to jest i co robi Grupa MoCarta.

Nie boisz się, że kiedyś skończą się pomysły?

Przez dwadzieścia lat działalności mocno przetrzebiliśmy możliwości kabaretowe kwartetu smyczkowego. Więc nie zazdroszczę tym, którzy wystartowali po nas.

Ale dzięki temu, że co tydzień mam w Programie Trzecim Polskiego Radia krótki skecz w ramach audycji „Urywki z rozrywki”, to trzymam dyscyplinę i zmuszam się do twórczej pracy. Od kilku lat raz w tygodniu muszę napisać coś zabawnego, bo takie są wymogi programu. A co jakiś czas któryś z tych felietonów jest inspiracją do zrobienia czegoś większego, co można wykorzystać na scenie.

Dopóki mam poczucie humoru i dystans do siebie, to się nie martwię. Jesteśmy głównie po to, żeby bawić publiczność. Ale jeśli przy okazji popularyzujemy muzykę klasyczną, to dobrze. Najfajniejszą rzeczą jest usłyszeć po koncercie od kogoś, że było fantastycznie i że nie spodziewał się, że muzyka poważna ma takie możliwości. To dowód na to, że Mozart jest wiecznie żywy.



1 Artur Renion zginął tragicznie w wypadku samochodowym w 2000 roku.

 

 


Filip Jaślar - ur. 1972, magister sztuki w klasie skrzypiec, absolwent Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Współpracował z orkiestrą kameralną Chopin Akademia Orchestra pod kierunkiem Jana Staniendy. Ma żonę i dwójkę dzieci. Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Drodzy Czytelnicy,

Kartki z dziennika

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,


komentarze



Facebook