DOKTOR Z LAMPEDUSY

Usłyszałem o nim w 2013 roku, kiedy byłem na Lampedusie na kilka dni przed wielką katastrofą. Widziałem go potem w relacjach telewizyjnych, na zdjęciach prasowych. Rozmawiałem z nim długo na przełomie lipca i sierpnia 2015 roku. Zaprzyjaźniliśmy się dwa miesiące później w Krakowie, gdy odbierał nagrodę imienia Sérgia Vieiry de Mella, Wysokiego Komisarza Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Praw Człowieka w latach 2002–2003.

Wtedy na Lampedusie zgodził się rozmawiać tylko dlatego, że wciąż wierzył w efekt dziennikarskiej pracy. – Mnie to boli, nie chcę o tym mówić, ale mówię, żebyś powiedział, komu trzeba. W głowie mu się nie mieściło, że to, co on widzi każdego dnia, trwa pomimo powszechnej świadomości. – Europa nie reaguje, co oznacza, że nie wie. Gdyby wiedziała, zrobiłaby wszystko, żeby tego nie było – tłumaczył mi. Prosił, żebym relację z naszej rozmowy wysłał Donaldowi Tuskowi. – On tam stoi wysoko – mówił. – Jak się dowie, to na pewno coś zrobi.

Że cierpiał, mówiąc, widziałem aż nazbyt jaskrawo. Co mówił? Najwięcej o katastrofie 3 października 2013 roku, w której zginęło 366 lub, jak jest przekonany, 368 uchodźców. O pierwszym worku, w którym był kilkuletni chłopiec. O matce, która tonąc, dostała skurczy i wypchnęła z siebie kilkumiesięczny płód. Wciąż byli połączeni pępowiną. Poprosił służby, żeby ich nie rozdzielano. O dziewczynie w worku, która miała być martwa, lecz on wyczuł jej puls, podjął akcję reanimacyjną i udało mu się ją uratować. Dziewczyna mieszka dziś w Szwecji, dołączyła do swoich, jest szczęśliwa.

Mówił o tym, jak próbuje coś zrobić, bo nie godzi się na bezradność. Różne rzeczy. Dziwne. Na przykład chrzci wszystkie ofiary. Wobec śmierci trzeba się pomodlić, ale nie tylko o zbawienie umarłych. Również o ich życie, próbując odwrócić czas. Przeciwstawić niemocy jakąś moc. – Któregoś razu – opowiadał – w workach zobaczyłem ludzi z krzyżykami na łańcuszkach. Widocznie afrykańscy chrześcijanie. Wszyscy mieli krzyżyki w ustach. Włożyli je sobie przez utonięciem. Od tej pory chrzczę każdego. Głupie? Może głupie. Nie wymyśliłem jednak niczego lepszego.

Opowiadał, z oczami utkwionymi w martwym punkcie na ścianie, o zgwałconych w Libii kobietach, które zaraz gdy przypłyną, proszą go o aborcję. Nie dlatego, że dziecko jest owocem gwałtu. Dlatego, że płyną na Lampedusę, żeby dołączyć do rodzin – w Niemczech, w Skandynawii. Do mężów. Dziecko z kimś innym przekreśliłoby je w ich oczach na wieki.

Na koniec pytam, czy ktoś, w ciągu tych 24 lat, zaproponował mu pomoc. Patrzy na mnie, jak gdyby zobaczył diabła. Jego twarz staje się twarzą Jana Pawła II z chwili, kiedy nie może wydobyć z siebie głosu. Ecce homo. – Nie – mówi, a właściwie nie tyle mówi, ile szlocha bez łez. Potem powie, że nikt przedtem go o to nie pytał.

Kolejny raz, kiedy jesteśmy razem w Krakowie, ma wziąć udział w obchodach Dnia Pamięci. To mądra myśl Włoskiego Instytutu Kultury, by poszerzyć pamięć ofiar Zagłady o pamięć ofiar Morza Śródziemnego. W nocy chodzimy po Kazimierzu, idziemy do Alchemii na wódkę. Pietro Bartolo mówi, że pierwszy raz od 24 lat idzie w nocy do knajpy. Co noc czeka na telefon z kapitanatu, i prawie nigdy na próżno. Tutaj, w Krakowie, jest rozluźniony, czuje się bezpieczny. Zdziwi się, jaka czeka go niespodzianka. Kiedy nazajutrz idę z nim do Klezmerhojsu na Szeroką 6, spotykam Leopolda Kozłowskiego, starego klezmera. Przedstawiam ich sobie: Mistrz Kozłowski… Doktor Bartolo… Na Leopoldzie robi wrażenie moja krótka prezentacja doktora, postanawia wyróżnić Pietra opowieścią o sobie. Mówi, że stracił wszystkich, że podczas okupacji przygrywał do śmierci skazanym. Że chciał się mścić na Niemcach, lecz zamiast tego szukał dla głodnych Niemek z niemowlętami przy suchej piersi mleka w proszku. Że podczas nagonki antysemickiej, kiedy nie mógł grać jako Żyd, grał, udając Cygana. Wreszcie wstaje, szuka płyty. – Ta piosenka mówi wszystko o mnie – tłumaczy. Każe kelnerowi włączyć. „Nie ma nas… Nie ma nas…” , powtarzają się słowa piosenki, którą śpiewa osobiście. Prosi, żebym tłumaczył na włoski. Tłumaczę. Doktor Bartolo robi ptasie, okrągłe oczy. Płyną mu łzy.

Po kilku dniach dzwoni Pietro. Z Berlina, gdzie wziął udział w festiwalowej projekcji filmu Rosiego o Lampedusie. Z sobą w roli głównej. Prosi, żebym przesłał mu płytę Leopolda. Mówi, że nikogo takiego jak ten klezmer jeszcze nie spotkał.


Jarosław Mikołajewski - ur. 1960, poeta, tłumacz z języka włoskiego, eseista, reporter. W latach 2006-2012 dyrektor Instytutu Polskiego w Rzymie. Ostatnio wydał "Wielki przypływ" reportaż o włoskiej wyspie Lampedusa, tom poetycki "Żebrak" i książkę dla dzieci "Wędrówka Nabu". Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

GRANICA

RZYM JEST SZKOŁĄ WYRZECZEŃ

SĄD OSTATECZNY

NIEDOCZEKANIE

BEZRADNOŚĆ


komentarze



Facebook