JESZCZE RAZ
Codziennie czuję wewnętrzną potrzebę, by za dar wiary dziękować. Czy można coś poradzić tym, którzy boleją nad brakiem łaski wiary? Jeśli boleją, to chyba znaczy, że wiara już w nich jest.

FOT. JUSTIN LUEBKE / UNSPLASH.COM


 Piszę ten tekst na przełomie listopada i grudnia, czyli w czasie, kiedy najpierw dużo się myśli o prezentach, a potem się je otrzymuje i rozdaje. Zawsze wtedy przypominają się różne podarunki z przeszłości, bardziej lub mniej trafione, przynoszące radość lub rozczarowanie. Wyczekany magnetofon kasetowy i spodnie z nogawkami o parę centymetrów za wąskimi w stosunku do tych, które nosiły moje rówieśniczki… Gdy tak wspominałam, przyszło mi do głowy, że gdybym miała sporządzić ranking prezentów otrzymanych przez całe życie, to na jego szczycie, bez żadnej wątpliwości, byłoby odkrycie tęsknoty za Bogiem w całkiem już zaawansowanej dorosłości. Dla mnie samej brzmi to górnolotnie i nieco podejrzanie, ale co zrobić, takie są fakty.

Jak to się stało?

Zostałam ochrzczona we wczesnym dzieciństwie, jak zapewne większość czytających te słowa, i oczywiście nie pamiętam tego wydarzenia. Moi rodzice nie byli dla mnie „świadkami wiary”. W żaden widoczny sposób jej nie okazywali: nie widziałam, żeby się modlili, nie bywaliśmy na mszach świętych. W szkole podstawowej zostałam zapisana na religię, właściwie nie wiem dlaczego. Pewnie nie wypadało inaczej. Zaczęłam zatem uczęszczać regularnie do kościoła (katecheza odbywała się w ciasnej salce przy kościele) i z dziecięcą gorliwością wchodziłam w religijny świat. Wprawdzie nie trafiały do mnie pobożne opowiastki katechetki o jeszcze bardziej pobożnych świętych (choć sama byłam dzieckiem, wydawały mi się infantylne, nieprawdopodobne i zbyt słodkie), ale lubiłam zapach kadzidła, specyficzną atmosferę wieczornych nabożeństw, gromadne wędrówki na religię itd. W czasie przygotowań do I Komunii Świętej moja gorliwość osiągnęła apogeum. I wtedy też nastąpiło pęknięcie w poukładanej dotąd rzeczywistości. W mojej dziecięcej głowie zaczęły się rodzić pytania, na które nie umiałam znaleźć odpowiedzi. Mówiono nam, że aby zasłużyć na Bożą miłość i niebo, trzeba przestrzegać wszystkich przykazań. W takim razie – to mnie dręczyło – co się stanie z moimi rodzicami, którzy tych przykazań nie wypełniają? Wizja mamy i taty smażących się po śmierci w piekle była zbyt przerażająca dla dziewięciolatki. Może dlatego moja wiara i gorliwość zaczęły stygnąć. Dotrwałam do bierzmowania (siłą rozpędu, trochę też z wyrachowania – bo może kiedyś się przyda i trochę dla świętego spokoju – żeby się rodzice nie czepiali) i w moim przypadku sakrament ten stał się rzeczywiście obrzędem uroczystego pożegnania z Kościołem.

Buciki i sweterek

Gdy myślę o pierwszych piętnastu latach mojego życia, dociera do mnie, że spotkałam świadków wiary, choć wtedy sobie tego nie uświadamiałam. Pierwszym z nich była babcia. Z nią bywałam na drodze krzyżowej, chodziłam święcić wielkanocny koszyczek. To ona na pożegnanie mówiła do mnie: „Idź z Bogiem”, co odbierałam jako rodzaj „do widzenia”, zupełnie nie zastanawiając się nad sensem tych słów. Wiedziałam, że chodzi do kościoła. Drugi świadek – brat babci – był księdzem, proboszczem w małomiasteczkowej parafii. Obserwowałam go podczas odprawiania mszy, celebrowania nabożeństw. To od niego i jego brata dostałam pierwsze Pismo Święte, z dedykacją: „Na pamiątkę pięknego dnia uroczystej Komunii Św. ofiarują wujkowie”. Małe, ładnie wydane, Ewangelie i Dzieje Apostolskie w przekładzie ks. Eugeniusza Dąbrowskiego. Służy mi do dziś, a odkryłam je w swojej biblioteczce po latach, zapomniane, z nierozciętymi stronami.

Innych wątków religijnych z tego pierwszego okresu życia nie pamiętam.

W szkole średniej nie chodziłam już na katechezę ani na niedzielne msze (a jeśli się to czasem zdarzyło, to z pobudek zupełnie nieduchowych, raczej z nadzieją na spotkanie atrakcyjnego kolegi).

W moim drugim piętnastoleciu (a w każdym razie w jego pierwszych 12 latach) wiary nie było. Kilkakrotnie za to Pan Bóg w jakimś sensie przecinał moje drogi, choć ja Go skutecznie unikałam i omijałam. W pewnym dramatycznym momencie mojego życia koleżanka zaprowadziła mnie do kościoła, sugerując, że tam znajdę pomoc, jednak dla mnie było to już całkiem obce miejsce. Niedługo później zostałam matką chrzestną, kompletnie nie mając pojęcia, z czym się to wiąże i do czego zobowiązuje (podobnie jak rodzina chrzczonego dziecka). Odbyłam pospieszną i powierzchowną spowiedź (bo potrzebna była karteczka), a swoją rolę widziałam głównie w zaopatrzeniu dziecka w białe buciki i biały sweterek, przywiezione nie całkiem legalnie z pobliskiego enerdowskiego miasta. Po kolejnych kilku latach zdarzył się jeszcze jeden kościelny epizod, ale o tym nie będę pisała.

Znaki

Pamiętam swoją niechęć do instytucji Kościoła, krytyczne słowa, które wypowiadałam, często bez refleksji. Chętnie się podpisywałam pod poglądami innych, równie zbuntowanych i twierdzących, że Kościół za bardzo się wtrąca w życie ludzi. Równolegle w moim życiu pogłębiała się pustka i ciągła tęsknota za czymś nieokreślonym. Codziennie, od rana do wieczora, towarzyszył mi lęk, którego źródeł nie umiałam się doszukać. Niby wszystko było dobrze (studia, potem praca, ważny związek, przyjaźnie…), a jednak było źle. Mam w pamięci taki obraz: przejeżdżam autobusem obok kościoła i pytam w myślach (kogo?), co się właściwie ze mną dzieje. Miałam poczucie, że nikt mnie nie rozumie i nikt nie jest w stanie mi pomóc.

W pewnym momencie stwierdziłam, że pora na konkretne decyzje. Postanowiłam, że skoro jestem niewierząca (tak o sobie myślałam), to przestanę pielęgnować jakiekolwiek rytuały (świąteczna wizyta w kościele, opłatek, piątkowy post…). Ma być jasna sytuacja!

Wkrótce potem, kiedy uznałam, że wszystko jest już oczywiste i poukładane, Bóg zaczął się w moje życie wtrącać na potęgę.

Po pierwsze – poznałam ludzi (starsze ode mnie małżeństwo), którzy nie ukrywali swojej wiary. Bez ostentacji opowiadali o kazaniach, które słyszeli, lub artykułach dotyczących religii, które czytali; wychodzili do kościoła, mimo że ja właśnie przyszłam do nich na herbatę (zostawiali mi do poczytania gazety, czasopisma, np. „W drodze”). Nie oceniali tego, że ja się z nimi nie wybieram, nie zadawali pytań, nie próbowali agitować ani nawracać. Pokazywali po prostu swoje życie. W pewnym momencie pomyślałam, że skoro oni – dorośli, inteligentni, w dodatku on inżynier (czyli ktoś chodzący twardo po ziemi, jak sądziłam) – wierzą w Boga, to może coś w tym jest? Coraz bardziej intrygowało mnie, czego oni szukają i co znajdują w swojej religijności…

Po drugie (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Małgorzata Mazur - ur. 1959, pedagog, absolwentka teologii na UKSW w Warszawie, trenerka "Szkoły dla rodziców i wychowawców", przełożona prowincjalna Fraterni Świeckich Zakonu Kaznodziejskiego, mieszka w Szczecinie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Raczej przykład niż słowo

Kryzysy w małżeństwie

BO TY ZAWSZE...

ŚWIADECTWO

Nadzieja dla szkoły


komentarze



Facebook