Archwium > Numer 539 (07/2018) > Zaufanie > SKOK W PRZEPAŚĆ CZY CHODZENIE PO LINIE?

SKOK W PRZEPAŚĆ CZY CHODZENIE PO LINIE?
Każdy z nas spontanicznie wierzy usłyszanej w radio informacji, mówiącej o spotkaniu przywódców państw. Nikt z nas nie wybiega na ulicę, aby sprawdzić, czy rzeczywiście w radiu mówią prawdę.

FOT. LEIO MCLAREN / UNSPLASH.COM


Wojciech Surówka OP

Ostatnio coraz popularniejsza się staje modlitwa ks. Dolinda Ruotola „Jezu, Ty się tym zajmij”. W Polsce przywiązani jesteśmy również do krótkiego wezwania objawionego siostrze Faustynie: „Jezu, ufam Tobie”. Obie te modlitwy kładą nacisk na zaufanie Bogu. Czasami może się pojawić wątpliwość, czy tego typu postawa nie zwalnia człowieka z odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Jeśli Bóg zrobi wszystko za nas, to co w takim razie pozostaje człowiekowi do zrobienia?

Szczególnie w kontekście polskiej tradycji powinniśmy zwrócić uwagę na niebezpieczeństwo przeakcentowania tego typu postawy. Wydaje się, że Polacy w sposób spontaniczny idą w kierunku fideizmu, czyli prymatu wiary, która podejrzliwie odnosi się do refleksji rozumowej. Prawie sto lat temu ojciec Jacek Woroniecki OP pisał, że polski fideizm jest „bezmyślnością podniesioną do godności zasady, i to bezmyślnością wobec tego, co jest dla człowieka najważniejsze, to jest wobec prawd wiary! Jest on ponadto lenistwem umysłowym, niechęcią do wysiłku duchowego, nieraz nawet tchórzostwem wobec tych zmagań, które mogą być wprost konieczne, nim człowiek oczyści swój umysł z różnych naleciałości otaczającej go atmosfery umysłowej. (…) Symbolem fideisty jest struś chowający wobec grożącego mu niebezpieczeństwa głowę w piasek”1.

Nasze ludzkie doświadczenie podpowiada nam, że jesteśmy w stanie zaufać komuś, jeśli już uprzednio mamy jakieś doświadczenie spotkania z tym, który wzywa nas do zaufania. Tertulian pisał: credo quia absurdum, wierzę, ponieważ jest to absurdalne. Zaufanie jest w jakimś sensie krokiem w ciemności, ale stawianym na gruncie poprzedniego doświadczenia. Postawa zaufania Bogu nie jest na pewno chowaniem głowy w piasek. Bóg pragnie współpracować z wolnością człowieka. Nie jest również skokiem w przepaść. Przypomina raczej chodzenie po linie nad przepaścią. Niebezpieczeństwo istnieje, ale otrzymujemy pomoc, żeby sobie z nim poradzić.

O zaufaniu Bogu możemy mówić w bardzo wielu kontekstach. Chciałbym przyjrzeć się najbardziej specyficznemu momentowi tej relacji, a mianowicie sytuacji, gdy człowiek zaczyna ufać Bogu jako Temu, który zwraca się do niego, czyli o nawróceniu. Jest to – można powiedzieć – miernik wszystkich innych sytuacji, które wymagają od nas tego, by zaufać Bogu. Zaufanie Mu opiera się na tych samych psychicznych mechanizmach, które skłaniają nas do zaufania drugiemu człowiekowi. Pytaniem otwierającym rozważania będzie pytanie stawiane przeze mnie bardzo często katechumenom: „Komu wierzymy? Komu ufamy?”.

Zawierzenie

Stawiając to pytanie, prawie zawsze otrzymuję odpowiedź, która wskazuje na bliskich. Dla większości są to rodzice, dla niektórych żona lub mąż, a dla jeszcze innych przyjaciele. Jest to jedna z najbardziej spontanicznych odpowiedzi nasuwająca się prawie każdemu człowiekowi, niezależnie od tego, jak złe miałby relacje z bliskimi w domu. Dlaczego właśnie oni zasługują na nasze zaufanie? Dlaczego im wierzymy, a nie na przykład człowiekowi spotkanemu na ulicy? Odpowiedź wskazuje na pewną specyficzną więź, która istnieje pomiędzy nami i bliskimi. Jest nią po prostu miłość. Wierzymy tym, którzy nas kochają (choć niekoniecznie tym, których kochamy). Ich miłość ma być gwarantem okazywanej nam życzliwości. Oczywiście nasza spontaniczna reakcja, jeśli przyjrzeć się jej bliżej, obwarowana jest pewnymi zastrzeżeniami, pewną dozą nieufności i krytycyzmu. Jesteśmy świadomi, że miłość potrafi być zaborcza, nieodpowiedzialna, potrafi skrzywdzić. Tym niemniej spontaniczne wskazanie na bliskich jako na tych, którym wierzymy, jest dowodem na to, że we wnętrzu serca jesteśmy skłonni po-wierzyć się tym, którzy nas kochają. Możemy więc mówić o pewnym naturalnym dążeniu do po-wierzenia się drugiej osobie.

Po-wierzenie się drugiej osobie dokonuje się etapami. Człowieka poznaje się stopniowo, ponieważ taka jest struktura jego bytu osobowego. Nie możemy w jednym akcie poznać nawet przedmiotów, nie mówiąc już o człowieku, i nie jest to związane jedynie z ograniczeniami poznawczymi. Druga strona po prostu nie zawsze jest gotowa otworzyć się przed nami. Potrzebne są pewne etapy, które przyjęte i przekroczone pogłębiają nasze za-wierzenie. Jeśli nie jesteśmy gotowi ich przejść, nasza miłość nie będzie się rozwijała. Za-wierzenie jest związane z ryzykiem i z wiernością. Wierność jest specyficznym wyrazem za-wierzenia, jest odpowiedzią całej osoby na miłość lub na prawdę. (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Wojciech Surówka OP - ur. 1975, dominikanin, duszpasterz, dyrektor Instytutu Nauk Religijnych św. Tomasza z Akwinu w Kijowie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

PYTANIA PO POJEDNANIU

POSŁUGA JEDNANIA

Prowincjonalna duchowość

Wykonało się!

Pomiędzy ziemią a niebem


komentarze



Facebook