Archwium > Numer 539 (07/2018) > Orientacje > NIE MA JUŻ BIEGUNÓW DO ZDOBYCIA

NIE MA JUŻ BIEGUNÓW DO ZDOBYCIA
"Amundsen. Ostatni wiking"; Stephen R. Bown; przeł. Krzysztof Cieślik, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018, s. 454.

Marcin Cielecki

Dokąd wyjechać? Najlepiej tam, gdzie nas nie ma. Najbardziej jednak nęci podróż jeszcze dalsza: tam, gdzie nikogo jeszcze nie było. Odcisnąć swój ślad na dziewiczym terenie, zaznaczyć obecność na kartach historii – marzenie niejednego z nas. Stephen Bown ruszył literackim tropem jednego z ostatnich wielkich odkrywców, a jednocześnie na dalszym planie swojej opowieści postawił kilka niebanalnych pytań o cenę takich podróży.

Roald Amundsen, znany także jako: „Ostatni z wikingów”, „Napoleon strefy podbiegunowej” oraz „Biały orzeł”. Lista osiągnięć jest imponująca: przepłynięcie Przejścia Północno-Zachodniego, spędzenie nocy polarnej na Antarktydzie, zdobycie bieguna południowego, a później, jakby tego było mało, pierwszy przelot nad tym biegunem. Każdy z tych wyczynów nosi w sobie potencjał na nowe przydomki norweskiego podróżnika. Bown uzupełnia je we właściwy sobie sposób – ukrywający się dłużnik, naiwny marzyciel, niezwykle surowy dowódca wypraw, nieszczęśliwy kochanek. Tę listę można ciągnąć jeszcze długo, dlatego należy ją zatrzymać w tym momencie i stwierdzić: Amundsen to ja. Jeśli marzę, jeśli wciąż żywe są we mnie dziecięce obietnice o przekroczeniu horyzontu, jeśli nie dogaduję się z ludźmi tu i teraz, to właśnie o mnie jest ta książka. Stephen Bown na podstawie pozostawionych przez „Napoleona strefy podbiegunowej” książek, listów, wykładów odtworzył jego wszystkie wyprawy. Jest to fascynujące samo w sobie, dlatego ruszam po obrzeżach kolejnych ekspedycji i przypatruję się legendzie tej mroźnej mapy.

Sęp polarny

Amundsen na tle reszty podróżników jest inny. Oczywiście, czyta książki wielkich odkrywców, marzy o swojej wielkiej chwili, ma jeden cel: dotrzeć tam, gdzie nikt nie dotarł. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że białych plam na mapie już prawie nie ma, że czas mija, że jest wielu lepiej sytuowanych niż on. Jego marzenia podsycane są literaturą odchodzącej już epoki i dziennikami podróży angielskich dżentelmenów – wszystko jest proste i możliwe do pokonania, byleby tytoniu w fajce nie zabrakło. Ta epoka, choć ma swój niepowtarzalny urok, już odchodzi, a elektryczność, radio, telewizja zaczynają kształtować nowe standardy podróżowania.

Zgodnie z powiedzeniem, że pierwszy milion należy ukraść, Norweg narobił długów i w pewnym sensie uciekł przed wierzycielami na koniec świata. Gdy tryumfalnie wrócił, mógł pozyskiwać kolejne środki na podróż. Szybko się uczy nowych zasad w zmieniającym się świecie międzywojnia. Zaczyna reklamować dosłownie wszystko: kompozycje kwiatowe, chleb, tupeciki dla dżentelmenów, domy pogrzebowe, apteki, buty… 

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Marcin Cielecki - ur. 1979, poeta i eseista. Autor zbioru esejów "Miasto wewnętrzne" oraz książek poetyckich "Ostatnie Królestwo" i "Czas przycinania winnic". Mieszka w Olsztynie z żoną i dwoma synami. Strzela z łuku. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

TO, CO NIE MA JESZCZE NAZWY

Zobaczyć Niewidzialnego

"Fronda", "Więź", "Psalmy - szkoła mądrości"

NASZA UTRACONA WOLNOŚĆ

NA TROPIE DŁUGIEGO PIÓRA


komentarze



Facebook