Archwium > Numer 542 (10/2018) > Świadectwo > JAK WY MI, TAK JA WAM

JAK WY MI, TAK JA WAM
Zaparcie się Chrystusa to w pierwszej kolejności nie tyle niewypowiedzenie takich czy innych słów czy też brak takiego czy innego gestu, ile brak miłości, która jest działaniem wiary.

FOT. RACHEL MOORE / UNSPLASH.COM


Janusz Pyda OP

Słowa Pana Jezusa zapisane w Ewangelii Mateuszowej: „Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32–33), przypomniały mi pewną rozmowę – poniekąd smutną, poniekąd zabawną. Była to w każdym razie rozmowa na tyle charakterystyczna, że została w mojej pamięci do dziś. Może dlatego, że wielokrotnie w czasie duszpasterzowania stykałem się i stykam z tym, co wtedy tak jasno zobaczyłem.

Na dyżur duszpasterski przyszła młoda kobieta. Była na pierwszym roku studiów, do Krakowa przyjechała „dopiero co” i powoli zaczynała nowe, samodzielne życie. Nie pamiętam, czego dotyczyła całość rozmowy, ale końcówka zapadła mi w pamięć. Otóż dziewczyna podzieliła się wątpliwościami dotyczącymi zachowania pewnych zewnętrznych oznak i praktyk wiary, które do tej pory były dla niej codzienną oczywistością, a które teraz sprawiały jej duży kłopot. „Wie ojciec – mówiła – zazwyczaj, kiedy przechodziłam koło kościoła u siebie w miejscowości, robiłam znak krzyża. Przyjechałam do Krakowa i sprawy trochę się skomplikowały. Nie dlatego, że się wstydzę, ale tu w obrębie centrum jest tyle kościołów, że gdybym chciała się przeżegnać, idąc obok każdego z nich, musiałabym właściwie cały czas robić ręką znak krzyża. Podobnie z osobami duchownymi. Kiedy spotykałam siostrę zakonną czy księdza, mówiłam: »Szczęść Boże« – nawet jeśli ich osobiście nie znałam. Chodziło o pozdrowienie nie tyle tego konkretnego człowieka, ile zauważenie osoby poświęconej Bogu. W Krakowie sprawa jest trudna, bo tu jest tylu księży, zakonników i sióstr zakonnych. Cały czas musiałabym mówić »Szczęść Boże«. Z drugiej strony, kiedy tego nie robię, czuję się źle, jakbym się wypierała swojej wiary, czy wstydziła przyznać do Pana Jezusa”. Ponieważ byłem wówczas młodym księdzem, jej wątpliwości niemal mnie wzruszyły. Oto miałem przed sobą osobę nie tylko wyglądającą jak personifikacja niewinności, ale jeszcze o sumieniu tak szlachetnym, że była w stanie przeżywać takie trudności. Oczywiście, zacząłem tłumaczyć, że w takich wypadkach należy się zdać na cnotę roztropności, że nie należy myśleć o Panu Bogu jako o kimś, kto ciągle nas podgląda i sprawdza, czy zachowamy się tak czy inaczej, że od wiary i praktyki wiary nie można oddzielać zwykłego rozsądku itp. Wydawało mi się, że powoli zaczynała widzieć swoje problemy w innym świetle. Nagle spojrzała na zegarek, poderwała się z miejsca i rzuciła, już prawie wychodząc: „Ojej, muszę lecieć, bo za kwadrans mam kolokwium”. „Umiesz?” – spytałem grzecznościowo, bo jakże tak szlachetna osoba mogłaby być nieprzygotowana. „Nie” – odparła bez specjalnego skrępowania. „Ale na tych zajęciach spokojnie da się ściągnąć”. Antyświadectwem było dla niej nieprzeżegnanie się przed kościołem, ale już ordynarne zrzynanie na kolokwium nie było antyświadectwem i zaparciem się Jezusa, który mówił: „Kto w małych rzeczach będzie wierny…”. Zrozumiałem wtedy, co to znaczy „przecedzać komara i połykać wielbłąda”.

W jaki sposób więc interpretować słowa, które znajdujemy w Piśmie Świętym, a które tak jak te z dziesiątego rozdziału Ewangelii Mateuszowej wydają się brzmieć niejasno i przerażająco? Spróbujmy na tym właśnie przykładzie przyjrzeć się kilku zasadom interpretacji Pisma Świętego.

Nie sądź Boga wedle siebie

Lektura Pisma Świętego ujawnia niejednokrotnie nasze nie najlepsze myślenie o Bogu i o Panu Jezusie. W myśl zasady: „Każdy sądzi według siebie”, interpretujemy Jego słowa i czyny tak, jakby dzielił z nami nie tylko nasze człowieczeństwo, ale także naszą grzeszność. Kiedy więc słyszymy, że Chrystus powiedział do Maryi w Kanie Galilejskiej: „Czy to moja lub Twoja sprawa, niewiasto”, mamy wrażenie, że był niegrzeczny, bo gdyby ktoś z nas tak powiedział, byłoby to najprawdopodobniej oznaką zniecierpliwienia w stosunku do nadaktywnej matki. A przecież Chrystus nie miał w sobie zniecierpliwienia wynikającego z grzeszności i nie przejawiał braku szacunku wobec innych. Jego słowa powinniśmy więc czytać inaczej, w oderwaniu od skojarzeń przypominających nasze reakcje.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Janusz Pyda OP - ur. 1980, dominikanin, absolwent filozofii UJ i teologii PAT. Duszpasterz akademicki w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

PO SPOWIEDZI

Nieumiarkowanie

Złodziej

Wielkie drzewo z małego ziarnka

Niech lata wysoko


komentarze



Facebook