KTO ZNA PRAWDĘ?
Zwykle przypisujemy Sowietom brak kompetencji. Wydaje się nam, że wyłącznie kłamali i nie mieli pojęcia, co robią. Tak jak pokazuje to serial "Czarnobyl". Ale ja, pisząc moją książkę, trafiłam na opowieści, które przeczą tym stereotypom.

FOT. KADR Z SERIALU CZARNOBYL, MATERIAŁY PRASOWE HBO


Agata Kasprolewicz: 54 – to oficjalna liczba ofiar katastrofy w Czarnobylu oszacowana przez Organizację Narodów Zjednoczonych. W jakim stopniu ta liczba odzwierciedla to, co się wydarzyło w kwietniu 1986 roku w Związku Radzieckim?

prof. Kate Brown: Ta liczba w ogóle nie oddaje skali tragedii, do której doszło w Czarnobylu. Dane przedstawione przez ONZ uwzględniają tylko zgony, które nastąpiły bezpośrednio po wybuchu reaktora – strażaków, pracowników elektrowni oraz kilkanaściorga dzieci, które zmarły w kolejnych latach na raka tarczycy. Wystarczy wybrać się na południową Białoruś czy północną Ukrainę i zapytać mieszkańców tamtych terenów, co myślą o oficjalnych wyliczeniach ONZ, by zobaczyć, jakie zdziwienie i dezorientacja malują się na ich twarzach. Według szacunków ukraińskich władz w wyniku katastrofy w Czarnobylu zmarło 150 tysięcy ludzi. Państwo wypłaca odszkodowania 35 tysiącom osób, które utraciły bliskich na skutek tej tragedii. A przecież i te liczby w minimalnym stopniu opisują skalę tego, co się stało w 1986 roku. Nadal nie udało mi się ustalić dokładnych danych z Białorusi i Rosji, a tam promieniowanie było jeszcze silniejsze. Jednym z powodów, dla których napisałam książkę Czarnobyl. Instrukcje przetrwania, była próba obalenia podawanej przez ONZ liczby 54.

Dlaczego liczby są tak ważne?

Tragedię na skalę Czarnobyla jesteśmy w stanie zrozumieć tylko za pomocą liczb. Liczby stają się stenogramem ludzkich doświadczeń, takich jak drżenie ze strachu przez całą noc, bo twoje dziecko wymiotuje, a ty nie wiesz dlaczego. Przesiadywanie w poczekalni szpitala i niekończące się rozmowy z innymi rodzicami, kiedy mijają dni, a ty nie masz żadnych informacji. Myślę, że tylko używając liczb, możemy rozmawiać o wielkich katastrofach, tylko one pozwalają w pełni je opisać.

To ryzykowne założenie, biorąc pod uwagę, że liczby od samego początku były zakłamywane i manipulowane przez radzieckie władze.

Po katastrofie w elektrowni Czarnobyl bardzo szybko przestał być sowieckim problemem. Radioaktywne zanieczyszczenia rozniosły się po różnych częściach świata, przekraczając granice państw i czyniąc z radzieckiej katastrofy nuklearnej globalne zjawisko, wydarzenie o międzynarodowym zasięgu i politycznym znaczeniu. Jako pierwsi alarm wszczęli Szwedzi, kiedy pracownicy elektrowni atomowej w Forsmarku przyszli na poranną zmianę i urządzenie monitorujące poziom promieniowania wykryło radioaktywny pył na ich ubraniach. Najpierw sądzono, że doszło do awarii, dopiero po gruntownych testach okazało się, że radioaktywna chmura przywędrowała z miejsca oddalonego o 1100 kilometrów – z Czarnobyla. To jedno z wydarzeń, które zmusiło radzieckie władze do poinformowania świata o katastrofie. Potem wiatr zmienił kierunek i urzędnicy w Moskwie zdali sobie sprawę, że gęste chmury, z których miał spaść radioaktywny deszcz, nadciągają nad duże rosyjskie miasta – Jarosław, Woroneż i Moskwę. Poprosili wtedy pilotów, by przegonili chmury nad południową Białoruś. Tę decyzję radzieckich władz można racjonalnie wytłumaczyć. Na terenach wiejskich mieszkało mniej ludzi. Cel zminimalizowania liczby ofiar został więc osiągnięty. Problem w tym, że nikt nie ostrzegł mieszkańców Białorusi, że za chwilę nadciągnie nad ich domy radioaktywna chmura, z której spadnie skażony deszcz. Myślę, że gdyby w tamtym czasie władze się do tego przyznały, rozpad Związku Radzieckiego zacząłby się wcześniej. Świat dowiedziałby się bowiem, że sowieckie władze nie tylko nie są już w stanie chronić swoich ludzi, co stanowiło trzon radzieckiej ideologii, lecz rozmyślnie narażają ich na śmierć.

Historię wielkiej politycznej mistyfikacji i cynicznej gry sowieckich władz, której ofiarą padali niewinni ludzie, splata pani z opowieściami o heroicznym wręcz poświęceniu, imponującej ludzkiej solidarności. Czarnobyl ujawnia sprzeczności radzieckiej rzeczywistości u schyłku zimnej wojny?

Kiedy mówimy o kłamstwach, musimy też pamiętać o ludziach, którzy szukali prawdy i robili wszystko, co w ich mocy, by zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło 26 kwietnia 1986 roku w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Jednym z wielu przykładów jest historia Aleksandra Kumowa, którego dom znajdował się około 200 kilometrów od Czarnobyla. Prowincja, w której mieszkał Kumow, została określona mianem „bezpiecznej”, ale on nie chciał wierzyć władzom. Postanowił więc zrobić test mleka i ku swojemu przerażeniu ujrzał bardzo wysoki poziom radioaktywności. Pojechał do Kijowa, pukał od drzwi do drzwi, ale nikt nie chciał go słuchać. Zapakował w końcu siedem ton mleka do ciężarówki, kazał jechać kierowcy do Kijowa i poprosił go, by przekazał na miejscu wiadomość od niego o następującej treści: Teraz wy sprawdźcie to mleko i udowodnijcie mi, że się mylę.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Kate Brown - ur. 1950, profesor historii na Wydziale Nauki, Technologii i Socjologii Massachusetts Institute of Technology. Publicystka "American Historical Review", "Harper?s Magazine", "The Times Literary Supplement". Autorka książek wydanych m.in. w języku polskim: "Kresy. Biografia krainy, której nie ma"; "Czarnobyl. Instrukcje przetrwania" oraz "Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne". (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Młodzi was potrzebują

Powszedni chleb modlitwy

Minimax

Odpowiedzialność za siebie nawzajem

OBRAZ BOŻY W NAS


komentarze



Facebook