NA OSTRZU NOŻA
"Pod nóż. 28 niezwykłych operacji w historii chirurgii"; Arnold van de Laar; przeł. Małgorzata Diederen-Woźniak Wydawnictwo Literackie Kraków 2019, s. 464

Marcin Cielecki

Arnold van de Laar jest praktykującym od lat lekarzem chirurgiem, zatem wie, o czym pisze. Ja nie wiem, dlatego czytam. To dobry układ, zwłaszcza że Pod nóż skrzy się od wiedzy lekarskiej podanej w nieszablonowy sposób: historie wsparte soczystą anegdotą, poczucie humoru ocierające się o ten rodzaj ciemności, który przyprawia o dreszcze na ciele. Całość w lekkiej, nieco zawadiackiej formie, coś pomiędzy esejem a felietonem. No i długość każdego z rozdziałów skrojona odpowiednio, jak przystało na lekarstwo.

Między rzeźnikiem a lekarzem

Chirurgia jako ciałopisanie. Skalpel jak pióro, którym próbuje się opisać tajemnice człowieka. Wiedzę o ciele czerpano najczęściej z pól bitewnych, czekając, aż ciała pootwierane zdradzą swoje tajemnice. Ból rannych i umierających wychodził naprzeciw próbie ratowania życia i zdrowia oraz ciekawości. Czy można zszyć ludzkie serce? A jeśli dotknę ten pulsujący mięsień własnym palcem, to czy odbiorę duszę człowieka? Spisywano zatem w dawnych czasach księgi, w których dzielono się wiedzą. Wiedzą, dodajmy od razu, na tyle skąpą, że jednych powstrzymywała od działania, a drugich, przeciwnie, pchała do przekraczania granic niewiedzy. Przykład, który rozpoczyna Pod nóż, jest wielce wymowny. Rok 1537, chirurg Ambroise Paré opatruje leżących na polu bitewnym. Rany postrzałowe zalewa, tak jak wskazują podręczniki, wrzącym olejem, aby zniwelować działanie prochu. W którymś momencie kończy się olej. Zrozpaczony, że nie może pomóc wszystkim, postanawia w wypadku pozostałych zastosować maść z olejku różanego i żółtek. Po koszmarnej nocy, wypełnionej jękami cierpiących, zdaje sobie sprawę, że przeżyli głównie ci, dla których zabrakło wrzącego oleju. W tak niebanalny sposób Arnold van de Laar pyta nas, kim jest chirurg. Człowiekiem igrającym z drugim człowiekiem czy osobą szukającą ratunku dla bliźniego? Profesja chirurga na stałe będzie łączyć w sobie lęk i nadzieję, bojaźń i zaufanie – tak jest zawsze, gdy człowiek obcuje z tajemnicą. Ambiwalentny stosunek do tych spośród lekarzy, którzy chwytają za nóż, aby ratować człowieka, świetnie pokazuje historia. „Usługi, jakie świadczył chirurg w szesnastowiecznym Amsterdamie, były tak proste i ograniczone, że mógł on wykonywać swoją pracę niczym pośledni rzemieślnik w warsztacie. Początkowo grupa zawodowa chirurgów była tak mała i nic nie znacząca, że połączono ich w cech z trzema innymi niezbyt istotnymi profesjami – wytwórcami łyżew, wytwórcami drewnianych chodaków i balwierzami”, pisze Arnold van de Laar. Raczej nie powinno nas to dziwić, ponieważ sam chirurg aż do XIX wieku przedstawia widok, który u niejednego pacjenta wywołuje obezwładniający strach. Do operacji wkłada fartuch zabrudzony krwią i ropą. Ilość zabrudzeń świadczy o renomie lekarza: to medyk, który praktykuje, a więc pacjenci do niego przychodzą. Ślady krwi wydają się stanowić niejasną rangę, stopień wtajemniczenia chirurgicznego. Z dziurek od guzików zwisa kilka sznurków, które służą do podwiązania naczyń krwionośnych. Jednak najważniejsze są ręce chirurga. Muszą być silne i wrażliwe jednocześnie; połączenie przeciwieństw. Wrażliwe na tyle, aby z braku odpowiednich narzędzi wyczuć wielkość i dokładne umiejscowienie guza. A jednocześnie silne na tyle, aby potrafiły powstrzymać pacjenta wijącego się z bólu. W czasach przed stosowaniem narkozy podawano pacjentom jedynie opium, które stępiało, lecz nie wyłączało bólu. Pomocnicy chirurga, o ile takowych miał, zwani „dresserami”, przywiązywali chorego linami do stołu. Niektórzy, zwłaszcza mężczyźni, zarzekali się, że nie trzeba krępować im ciała. Znamienna pod tym względem jest historia amputacji nogi przeprowadzonej przez lekarza Johna Collinsa Warrena. Pacjentem był potężny marynarz, który jako jedyny środek znieczulający żuł tytoń. Warren przeciągnął nożem po udzie mężczyzny, docierając niemal do samej kości. Następnie chwycił piłę i kilkoma ruchami dokończył amputacji. Marynarz, który do końca zachował przytomność, wydusił z siebie jedynie stłumiony jęk. Przez cały czas ręce lekarza nie wypuściły swej zdobyczy. Ale operacje nie zawsze się udawały. Dlatego oprócz słynnych narzędzi chirurgicznych każdy szanujący się lekarz musiał mieć jeszcze coś, co czyniło z niego wciąż żywego i praktykującego: to coś, to rączy koń.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Marcin Cielecki - ur. 1979, poeta i eseista. Autor zbioru esejów "Miasto wewnętrzne" oraz książek poetyckich "Ostatnie Królestwo" i "Czas przycinania winnic". Mieszka w Olsztynie z żoną i dwoma synami. Strzela z łuku. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Napięta struna ciała

THOMAS (PARADOKS) MERTON

"Fronda"

"Dziwniejsze brzegi. Eseje literackie 1986-1999" J.M. Coetzee

Miasto na wzgórzu


komentarze



Facebook