OD ZWYCIĘSTWA DO ZBAWIENIA
Trudność patrzenia na krzyż polega na tym, że możemy zrobić to z różnych perspektyw, oglądać pod różnymi kątami. Pogański świat patrzył na niego jak na narzędzie zbrodni, chrześcijanie jak na miejsce, z którego tryska życie.

Mozaika z absydy bazyliki Świętego Klemensa w Rzymie XII w. / zdjęcie: WIKICOMMONS


Dominik Jarczewski OP: Czy to nie dziwne, że narzędzie śmierci stało się symbolem chrześcijan?

Dominik Jurczak OP: Rzeczywiście, patrząc z zewnątrz, może się to wydawać dziwne. Ale to narzędzie zbrodni stało się narzędziem naszego zbawienia. W to wierzymy.

A dlaczego akurat znak krzyża stał się znakiem chrześcijan? Pierwsi chrześcijanie posługiwali się raczej znakiem ryby, ichtis.

Niewątpliwie w pierwszych wiekach chrześcijanie mieli tę trudność, że krzyż jednoznacznie był identyfikowany z narzędziem zbrodni. Trudno było go używać jako znak rozpoznawczy. Poza tym karę ukrzyżowania wciąż wykonywano. Co więcej, to nie była byle jaka kara śmierci. Już sam skazaniec jeszcze przed jej wykonaniem tracił wszelkie prawa. Uważano go za potępieńca. Trudno zatem mieć pretensje do pierwszych chrześcijan, że szukali innych znaków.

Wspomniałem o rybie, a czy były jakieś inne symbole?

W rzymskich katakumbach można spotkać na przykład kotwicę. Kotwica oznacza nadzieję, wiarę, która nas zakotwicza w niebie, w Bogu. Inne przykłady to Feniks, mityczny ptak z Arabii, symbol zmartwychwstania, który według wierzeń odradza się ze swoich popiołów; Alfa i Omega, czyli pierwsza i ostatnia litera alfabetu greckiego, znak pełni. Pojawia się w końcu gołąbek z gałązką oliwną.

Ten sam, który przynosi Noemu wiadomość, że wody potopu opadają i będzie można wyjść na ląd (Rdz 8,11)?

Tak. Symbol duszy będącej w Bożym pokoju, pax. To zaledwie kilka z najstarszych znaków z chrześcijańskich cmentarzy, z katakumb. Rzeczywiście rzadko pojawia się wśród nich krzyż.

Prawdopodobnie najstarszy zachowany wizerunek krzyża jest obrazoburczy. Tak zwane graffiti Aleksamenosa odnalezione na murze pałacu cesarskiego na Palatynie w Rzymie przedstawia ukrzyżowanego człowieka z głową osła, z podpisem „Aleksamenos oddaje cześć bogu”.

Pojawia się jednak pytanie, czy ta najstarsza karykatura chrześcijaństwa wchodzi w dyskusję z chrześcijaństwem, czy wyśmiewa chrześcijaństwo jako religię. Wśród uczonych nie ma jednomyślności w tej kwestii.

A można to inaczej interpretować? Gdyby dziś ktoś powiesił w galerii sztuki współczesnej osła na krzyżu, to mielibyśmy protesty, zgłoszenia do prokuratury, krucjatę różańcową przed wejściem i suplikacje w katedrze.

Dlatego że nie żyjemy w pierwszym, drugim czy trzecim, lecz w dwudziestym pierwszym wieku. Krzyż jest dla nas innym punktem odniesienia. Poza tym mamy bagaż doświadczeń, które przez wieki kształtowały nasze społeczeństwo, kulturę, myślenie i odczucia. Czy tego chcemy, czy nie. Nic zatem dziwnego, że należy inaczej traktować współczesne dzieło sztuki, które świadomie odnosi się do symboli bliskich chrześcijanom, niż rzymskie graffiti sprzed stuleci.

Kiedy w takim razie krzyż zaczyna wchodzić do świata symboli chrześcijańskich?

Pierwsze świadectwa dotyczące krzyża przedstawiają go nie tyle jako narzędzie zbrodni, ile jako miejsce zwycięstwa. Nie bez powodu w pierwszym tysiącleciu krzyże robiono z kosztownych materiałów, na przykład z drogocennych kamieni, formując tak zwany crux gemmata. Dlatego że krzyż jest przede wszystkim miejscem królowania Chrystusa, a nie podium dla śmierci.

Na mozaice w rzymskiej bazylice Świętego Klemensa krzyż jest przedstawiony jako drzewo życia. Wyrastają z niego zielone pędy, w których znajdują schronienie ludzie i zwierzęta.

Cała trudność patrzenia na krzyż polega na tym, że możemy zrobić to z różnych perspektyw, trochę jak w kalejdoskopie, oglądać pod różnymi kątami. Pogański świat patrzył na niego jak na narzędzie zbrodni, chrześcijanie jak na miejsce, z którego tryska życie.

Na tych najstarszych krzyżach nie zobaczymy „pasyjki” – figury Pana Jezusa. Kiedy się pojawi, to właściwie aż do późnego średniowiecza będzie to Chrystus królujący, a nie umęczony. Jezus romański nosi koronę i szaty królewskie, gotycki – jest wygięty z bólu i krwawi. Do takiego jesteśmy przyzwyczajeni. Dlaczego zaszła ta zmiana?

Dlatego, że zmienił się sposób patrzenia na krzyż: od miejsca, w którym zakrólował Bóg, do narzędzia, przez które dokonało się nasze zbawienie. Zanim się pojawiły figury Chrystusa królującego, w okolicach krzyża zaczęto umieszczać baranka – tego z Apokalipsy, który był równocześnie i zabity, i żyjący, to znaczy: i umęczony, i królujący. Z czasem (mówimy o kilku wiekach przekształceń) baranek stawał się coraz bardziej jednoznaczny i dosłowny. Tak powstał krucyfiks, czyli krzyż z podobizną zawieszonego ciała Chrystusa, który miał podkreślić aspekty męki: nie tylko to, że przez krzyż przyszło zbawienie, lecz także, jak się ono dokonało.

Co to więc znaczy, że krzyż był narzędziem zbawienia? Nie adorujemy przecież drewnianych belek, ale Tego, którego te belki dotykały. Nie stajemy wyłącznie przed znakiem, ale klękamy i całujemy Tego, który na tym drzewie został powieszony. Bardzo lubię jedno z najstarszych przedstawień Ukrzyżowanego, kwaterę z drzwi bazyliki Świętej Sabiny w Rzymie. Tam postać Chrystusa staje się krzyżem. Nie ma więc drewnianych belek, ale jest Jego ciało: to On sam przybiera formę krzyża, rozkładając ręce na jego znak. W piątym wieku można było sobie na to pozwolić, bo powszechnie nie wymierzano kary krzyżowania. W konsekwencji zmieniło się podejście do krzyża. Chrystus, który przybiera postać krzyża, nie jest skandalem, lecz zaczyna inspirować. Notabene, każdy ksiądz, gdy odprawia mszę, rozkłada ręce na znak krzyża, jak na kwaterze drzwi bazyliki Świętej Sabiny. Jego życie i posługa mają się stać narzędziem zbawienia dla innych.

Tak więc przeszliśmy długą drogę: od krzyża jako miejsca zwycięstwa do krzyża jako narzędzia zbawienia, gdzie skupiać się będziemy na dziele Chrystusa i skutkach Jego zbawczej śmierci, idąc w kierunku jeszcze większej dosłowności. W tym wszystkim jednak nie wolno zapomnieć o tym (co, niestety, czasem nam się przytrafia), że zbawiła nas miłość, a nie cierpienie, albo inaczej: miłość, która nie zdezerterowała przed cierpieniem.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Dominik Jurczak OP - ur. 1980, dominikanin, dyrektor Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego w Krakowie, członek Międzynarodowej Komisji Liturgicznej Zakonu Kaznodziejskiego oraz Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego Archidiecezji Krakowskiej, promotor liturgii w Polskiej Prowincji Dominikanów, wykładowca w Papieskim Instytucie Liturgicznym Anselmianum oraz na Papieskim Uniwersytecie Angelicum w Rzymie. (wszystkie teksty tego autora)

Dominik Jarczewski OP - ur. 1986, dominikanin, doktor filozofii uniwersytetu Paris 1 Panthéon-Sorbonne, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów, mieszka w Krakowie. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

SŁOWO

Nie wypaść z gry

DLA DOBRA KOŚCIOŁA

JAK AMEN W PACIERZU

LEKCJA MIŁOSIERDZIA


komentarze



Facebook