TRUDNA LEKCJA ŻYCIA
Trzeba zachować ostrożność, zadbać maksymalnie o bezpieczeństwo pacjentów i personelu, ale jednocześnie musimy z olbrzymią odpowiedzialnością, w sposób zrównoważony, dbać o pacjentów z innymi schorzeniami.

Katarzyna Kolska: Przestraszyliśmy się trochę…

Szczepan Cofta: No tak, gdyż przed wybuchem epidemii koronawirusa nie wyczuwaliśmy zagrożenia związanego z chorobami zakaźnymi. Jeśli gdzieś wybuchały epidemie, na przykład eboli, to toczyły się one bardzo daleko. Wszelkie epidemie bakteryjne zostały zniwelowane przez jedno z największych odkryć w historii medycyny, jakim było wprowadzenie antybiotyków w latach czterdziestych i pięćdziesiątych dwudziestego wieku. A jeszcze siedemdziesiąt lat temu bezwzględnie pierwszą przyczyną śmierci były choroby zakaźne. Przez ostatnich kilkadziesiąt lat zdążyliśmy o tym zapomnieć. Żyjemy – z czego nie zdajemy sobie na co dzień sprawy – w zupełnie innych czasach. Zlikwidowano większość szpitali i oddziałów zakaźnych. Problemem zawsze była sezonowo grypa, ale na to też nie zwracaliśmy uwagi. I nagle spotkaliśmy się z rzeczywistością, której na taką skalę nikt się nie spodziewał.

No właśnie. I wtedy się okazało, że nie jesteśmy wystarczająco na to przygotowani.

Ale mimo pewnych niedociągnięć i zamieszania organizacyjnego, zwłaszcza na początku, możemy powiedzieć – nawet jeśli to będzie niepopularne – że do tej pory polski system opieki zdrowotnej poradził sobie z zaistniałą sytuacją. W jednym momencie byliśmy w stanie objąć opieką ponad dziesięć tysięcy pacjentów. Nie było takiej sytuacji, żeby zabrakło miejsc dla pacjentów. I nadal jest ich w nadmiarze.

Przez ostatnie tygodnie bardzo rygorystycznie przestrzegaliśmy różnych zasad, nie wychodziliśmy z domu, nosiliśmy maseczki, zachowywaliśmy dystans, nie spotykaliśmy się, staliśmy się uważni. W chwili kiedy rozmawiamy, większość rygorów została zniesiona. A chorych nie jest wcale mniej. Przeciwnie, liczba zakażonych ostatnio rośnie. Jak powinniśmy się z tym czuć?

Bardzo odważnie wyrażając swoje zdanie, muszę powiedzieć, że strategia ścisłej izolacji społecznej i bardzo wielu obostrzeń od samego początku budziła kontrowersje. Była ona ostrożniejszym wyborem w kontekście decyzji, jakie podjęto w innych krajach, i w kontekście tego, co mogło nastąpić. Dopiero za kilka lat się przekonamy, gdy obecna pandemia będzie już podsumowana z punktu widzenia naukowego, jakie działania na kanwie społecznej były najbardziej odpowiednie.

Myśli pan, że narzucone społeczeństwu rygory były zbyt surowe?

Nie chciałbym szafować taką tezą, ponieważ wiem, że podejmowanie takich decyzji nie jest łatwe i bywa – często niesłusznie – poddawane surowemu osądowi. W związku z tym staram się być pozytywnie nastawiony i nie oceniać innych w sposób restrykcyjny, bo zdaję sobie sprawę, że każda decyzja podjęta przez ministra zdrowia mogła być kontestowana. Oczywiście można mieć pewne zastrzeżenia co do koordynacji szczegółowych działań, natomiast decyzja o takiej formie izolacji była absolutnie słuszna. Nie wiemy, na ile – dzięki tak restrykcyjnym działaniom – zostaliśmy uchronieni, na ile mieliśmy trochę szczęścia, a na ile zadziałały inne czynniki. Powinniśmy jednak docenić ich efekt – łaskawy przebieg rozprzestrzeniania się wirusa w naszym kraju. Jedna z hipotez mówi, że osoby, które były szczepione przeciwko gruźlicy, lepiej przechodzą chorobę. Nie jest to hipoteza zweryfikowana, więc trudno powiedzieć, czy to prawda. Przy podejmowaniu tak restrykcyjnych decyzji potraktowano cały kraj w sposób jednolity. W tej chwili już wiemy – bo nauczyliśmy się tego w ostatnich dniach i tygodniach – że postępowanie musi być bezwzględnie uzależnione od sytuacji epidemicznej w danym regionie czy nawet w danej gminie.

W związku z wybuchem pandemii wiele osób bało się iść do lekarza. Niektóre przychodnie zostały zamknięte, lekarze nie przyjmowali albo udzielali jedynie porad telefonicznych. Chorzy, nawet jeśli bardzo cierpieli, woleli zostać w domu. Szpital wydawał się miejscem najbardziej niebezpiecznym.

Nie ukrywam, że jako lekarze niezajmujący się bezpośrednio sprawami COVID-19 mieliśmy mniej pracy, dlatego że do szpitali trafiało mniej pacjentów, głównie chorzy w najcięższych stanach i w sytuacjach wymagających natychmiastowych reakcji – z pękniętymi tętniakami aorty, ciężkimi zaostrzeniami mukowiscydozy czy z zawałami mięśnia sercowego. Wydaje mi się, że ta ostrożność związana z docieraniem do medyków w dobie koronawirusa była przesadna. Bo może się okazać, że więcej będzie ofiar wśród osób, które nie trafiły na czas do lekarza albo dotarły do niego późno niż wśród tych, którzy zakazili się koronawirusem. Jeśli weźmie się pod uwagę szeroką populację, wszystkich przebadanych, nie tylko tych, którzy są podejrzani o zakażenie, to śmiertelność koronawirusa jest bardzo niska, poniżej jednego procenta, a może nawet jednej dziesiątej procenta. W Polsce w tej chwili jest to 31 osób na milion mieszkańców przy liczbach przekraczających trzysta, czterysta czy sześćset osób na milion mieszkańców w krajach takich jak Wielka Brytania, Hiszpania czy Włochy.

Natomiast w dobie pewnego zamieszania organizacyjnego, jako lekarz i jako osoba współodpowiedzialna w jakiejś mierze za stan opieki zdrowotnej, wyrażałem się jednoznacznie, by nie bagatelizować innych zdrowotnych sytuacji, gdyż nie można odwlec diagnostyki czy leczenia onkologicznego. Nie ma żadnych racji, żeby odwlekać leczenie dławic piersiowych czy chorób serca czy płuc. Nie ma żadnych racji, by odwlekać udzielenie pomocy potrzebującym i wołającym o tę pomoc. Jestem przekonany, że lęk społeczny związany z koronawirusem mógł nam wyrządzić sporo szkód.

Mówi pan, że mieliście mniej pracy. A czy możemy to przełożyć na konkretne liczby?

Około siedemdziesięciu procent pacjentów odwoływało specjalistyczne wizyty ambulatoryjne. W zależności od specjalizacji na planowane zabiegi do szpitali zgłaszała się jedna trzecia, jedna druga pacjentów. Działalność okulistyczna na kilka tygodni prawie zamarła. Co ciekawe, liczba zawałów zmniejszyła się o prawie trzydzieści, czterdzieści procent.

Czyli siedzenie w domu miało jakieś pozytywne aspekty. Ludzie się mniej denerwowali, więcej spali, odpoczywali…

Przez kilka tygodni obserwowaliśmy swego rodzaju wyciszenie społeczeństwa, ulice opustoszały, odpoczywaliśmy w domach, więcej czytaliśmy, mniej się spieszyliśmy. Jako lekarze odkryliśmy też, że część wizyt lekarskich jest niekonieczna. Albo inaczej – że część wizyt może się odbyć w formie teleporady, i jest to forma wystarczająca do prawidłowego przebiegu diagnostyczno-leczniczego.

No właśnie, chciałam o nie zapytać. Czy to jest bezpieczne dla pacjentów?

Teleporady nie mają w sobie jednego, bardzo istotnego elementu, jakim jest badanie przedmiotowe, czyli spojrzenie na pacjenta, dotknięcie go, opukanie, osłuchiwanie – to jest interakcja dwóch żywych organizmów. Ale okazuje się, że w niektórych sytuacjach są zupełnie wystarczające. Wiem, że lekarze i pacjenci bardzo polubili tę formę kontaktu. W szczytowym okresie ponad siedemdziesiąt pięć procent porad lekarskich odbywało się przez telefon.

Budzi natomiast moją wątpliwość wątek podstawowej opieki zdrowotnej. Część pacjentów czuła się zagubiona, mając niezwykle ograniczony dostęp do wielu spośród lekarzy rodzinnych. To wzbudziło olbrzymie zdziwienie. Obecna sytuacja stała się – w mojej opinii – asumptem do pewnej refleksji dotyczącej medycyny rodzinnej. Nie można się ukrywać– zwłaszcza w obliczu zagrożenia. Pacjenci z infekcjami pytali nieraz bezradnie, gdzie się mają udać, tak jakby w ogóle nie brali pod uwagę lekarzy rodzinnych. Zostali oni pominięci w systemie bezpośredniego kierowania na badania w kierunku infekcji koronawirusa.

A jak sobie radziły szpitale w tej niecodziennej sytuacji?

To była lekcja życia. Przekonaliśmy się, z kim można konie kraść. Uczyliśmy się wspólnie, jak powinny wyglądać procedury życia szpitalnego, jak przyjmować pacjentów, jak się mają zachowywać pracownicy. To były eksperymenty na żywym organizmie. W medycynie istnieje zasada zachowania ostrożności – jeżeli jest wątpliwość odnośnie do jakiegoś wyboru – to zawsze ten wybór musi być ostrożniejszy. Pojawiały się na przykład pytania, czy nosić maseczki, a jeśli tak, to jakie. Danych medycznych – jednoznacznych – z tym związanych jeszcze nie mamy. Możemy intuicyjnie czuć, że maseczka chroni. Możemy intuicyjnie wyczuwać, że taki, a nie inny fartuch chroni. Natomiast pewnych danych nie ma. Stąd była to dla mnie – i chyba nie tylko dla mnie – pewnego rodzaju przygoda życia, odkrywanie nieznanego, medycyna ma w sobie jeszcze tyle nieodkrytych przestrzeni.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Szczepan Cofta - internista pulmonolog, pracownik Katedry i Kliniki Pulmonologii, Alergologii i Onkologii Pulmonologicznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu; naczelny lekarz Szpitala Klinicznego Przemienienia Pańskiego w Poznaniu; wiceprezes Polskiego Towarzystwa Badań nad Snem. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

POMÓŻ MI

OCALIĆ SPUŚCIZNĘ HIPOKRATESA

W OBJĘCIACH MORFEUSZA

Patrząc na Was, odpoczywam

NIESTETY ŻYJĘ


komentarze



Facebook