blog post

Zmartwychwstanie. Instrukcja obsługi

Medytacje Fabrice`a Hadjadja

Niecodzienny Wielki Post zwiastuje niecodzienną Wielkanoc. Spośród wielu medytacji o Zmartwychwstaniu Chrystusa polecamy te Fabrice`a Hadjadja Zmartwychwstanie. Instrukcja obsługi.

Książka Hadjadja wymyka się schematom. To rodzaj zaskakujących świeżością spojrzenia medytacji na temat zmartwychwstania, przechodzących w filozoficzne refleksje nad naszą codziennością. Autor z właściwą sobie swobodą zestawia obrazy biblijne, odchodzi od znanych nam klasycznych interpretacji, nie wchodząc przy tym w konflikt z prawdami wiary.

– Nie mogłem się oderwać od lektury książki Fabrice’a Hadjadja. Autor przekonuje bowiem, że zmartwychwstanie Jezusa stoi na antypodach wszelkiego chrześcijańskiego wolnoduchostwa. Cud cudów nie ma nas pogrążyć w pseudomistycznym stanie otępienia, ale przywrócić właściwą miarę naszej codzienności. „Cuda przerywają zwyczajny bieg rzeczy po to właśnie, żebyśmy przetarli oczy zasnute mgłą rutyny i dostrzegli wyjątkowość naszego zwyczajnego życia”. Skoro Zmartwychwstały znajduje czas, żeby posprzątać po sobie płótna w pustym grobie, wprasza się do uczniów na posiłek, a nawet sam grilluje ryby na plaży, musi być coś ważnego w tych, jakże niepoświęconych, prozaicznych czynnościach. Bycie chrześcijaninem nie polega bowiem na ucieczce od codzienności, ale na pozwoleniu, by, podobnie jak zamknięty na cztery spusty wieczernik, przeniknęło ją światło zmartwychwstania – Dominik Jarczewski OP. I dodaje – Hadjadj porusza się na granicy komizmu i powagi. Absurd goni absurd, ale w tym szaleństwie jest metoda. Trzeba nami od czasu do czasu wstrząsnąć, byśmy odkryli, że to, co tak bliskie, pozostaje ukryte.

Hadjadj bierze na warsztat m.in. cykl ewangelii o zmartwychwstaniu, wypełniających oktawę Świąt Wielkanocnych. Jego rozważania nie przypominają akademickich wywodów na temat właściwych postaw. Mimo wykształcenia filozoficznego i ogromnej erudycji, nie oferuje traktatu teologicznego. Zamiast tego proponuje teologię domową, tj. próbującą wdrożyć naukę Słowa w zwykłą codzienność. Choć równie dobrze można by napisać, że czyta codzienność przez pryzmat Ewangelii. Lektura ta pozwala odkryć piękno i doniosłość chwili obecnej.

– Perspektywa zmartwychwstania sprawia, że żadnych narodzin nie możemy uznać za bezsensowne czy daremne (w religiach, które nie uznają zmartwychwstania, narodziny są z reguły postrzegane jako dopust albo degradacja; wyznawcy tych religii nie popełniają samobójstwa, bo jedyne, co mogłoby ich zadowolić, to gdyby się w ogóle nie urodzili). Tak czy inaczej, zarówno wiara w zmartwychwstanie, jak i akceptacja własnych narodzin wpisują się w tę samą postawę – afirmację życia.


Kto głosi Ewangelię, pragnie Dobra. Ewangelia
jednak przypomina mu, że Dobro urzeczywistnia się według „niezbadanych wyroków” i przychodzi „drogami nie do wyśledzenia” (por. Rz 11,33), często w sposób, którego nie da się przewidzieć w najśmielszych planach ani zrealizować, respektując granice prawa.

 

Akceptacja faktu, że zostało się urodzonym, jest rzeczą trudniejszą i de facto bardziej podstawową, niż akceptacja perspektywy zmartwychwstania. Po części dlatego, że świadomość, iż urodziliśmy się ze związku pewnej pani z pewnym panem, jest mniej ekscytująca niż wizja odrodzenia w Bogu. Ale też dlatego, że jeśli raduje nas perspektywa życia wiecznego, musi to oznaczać, iż już tutaj, na tym łez padole, gdzieś pomiędzy strefą przemysłową a galerią handlową, nastawiliśmy się na to, żeby cieszyć się życiem.

 

 

Perspektywa zmartwychwstania sprawia, że żadnych narodzin nie możemy uznać za bezsensowne czy daremne (w religiach, które nie uznają zmartwychwstania, narodziny są z reguły postrzegane jako dopust albo degradacja; wyznawcy tych religii nie popełniają samobójstwa, bo jedyne, co mogłoby ich zadowolić, to gdyby się w ogóle nie urodzili). Tak czy inaczej, zarówno wiara w zmartwychwstanie, jak i akceptacja własnych narodzin wpisują się w tę samą postawę – afirmację życia.

Teoria wolnego rynku jest tylko ponurą parodią teologii Opatrzności Bożej. Jak najbardziej, powinniśmy działać. Nie z egoizmu i nie dla siebie, ale w sposób pełen zrozumienia i wyczucia, towarzysząc stworzeniu, które „jęczy i wzdycha w bólach rodzenia” (Rz 8,22). Wszak każdy mędrzec ma w sobie coś z akuszerki. Zamiast się miotać, usiłując narzucić światu swoją wolę, możemy pomagać przy porodzie rzeczywistości.

 

Jeśli „cały świat” oznacza również „wszelkie stworzenie”, to mamy naprawdę huk roboty z głoszeniem Ewangelii. A problemy pojawiają się już na starcie – bywa, że trudniej jest się dogadać z własną rodziną, niż z toczącym pianę z pyska pitbullem. „Tylko w swojej ojczyźnie i w swoim domu może być prorok lekceważony” (Mt 13,57). Prawdziwe schody zaczynają się wtedy, kiedy każdy z domowników uważa, że to jemu właśnie należy się tytuł lekceważonego proroka.

 

Zgody na męczeństwo nie należy mylić ze skłonnościami samobójczymi ani z uporem, by dyskutować do upadłego. Skłonności samobójcze mogą wypływać z pragnienia, by za wszelką cenę znaleźć ukojenie. Skoro nie mogę zaznać go na kanapie, trudno, położę się w trumnie. Kto dyskutuje do upadłego, chce za wszelką cenę zmusić rozmówcę, by ten się z nim zgodził. Skoro argumenty słowne nie podziałały, może zrobi na nim wrażenie drastyczna scena? Niektóre dzieci rzucają się na ziemię i walą głową o płyty chodnika, gdy nie chcemy kupić im lizaka. Pseudomęczennicy nie wykazują się większą dojrzałością, niż dwulatki w fazie buntu.

 

Niestety, groźne osuwisko często przypomina bezpieczny szlak, a bagno kryje się pod gąszczem kwiatów. Piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami, podczas gdy do raju wiedzie niezbyt zachęcająca droga krzyżowa… Ten, któremu wyświadczono przysługę, widzi w niej akt agresji. Od nowej nadziei woli swoje stare, czarne myśli. Dlaczego? Bo są jego własne, mieszczą mu się w głowie. Od Bożego błogosławieństwa i niespodziewanego szczęścia woli znajome, ludzkie poczucie satysfakcji, które go nie przerasta i w żaden sposób nie niepokoi, wręcz przeciwnie, chroni przed rozdarciem. Skutek jest taki, że w podzięce śpieszy uprzejmego człowieka uśmiercić.

 

Męczennikowi nie wypada zbytnio protestować. Ten, który przyprawia go o śmierć, popełnia oczywiście tragiczny błąd, ale w jego postępowaniu jest jakaś przerażająco trafna intuicja. Czyż – powtórzmy to raz jeszcze – do raju nie wiedzie droga krzyżowa? Dzięki swojemu oprawcy męczennik znalazł się właśnie na ostatniej prostej.

 

Oto, co spotkało Szczepana, pierwszego męczennika. Był mężem cieszącym się dobrą sławą, pełnym Ducha i mądrości, jednym z siedmiu, którym powierzono zadanie obsługi stołów (Dz 6,3–6). Z pewnością znał jak mało kto zasady savoir-vivre’u.

 

Modlitwa może o wiele więcej niż miecz, choć nie rozkazuje, tylko prosi. A prosząc – łagodzi brutalność, budzi odpowiedzialność, uzdolnia drugiego człowieka do dokonania życiowego wyboru: albo da się rozbroić i zechce nas wysłuchać, albo tym bardziej się rozsierdzi i zechce nas ukrzyżować.

 

Jezus mówi jednoznacznie: „Gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie” (J 12,32). Wszystkich. Więc także tych, którzy Go odrzucają. Bo i oni w Nim mają istnienie, On wciąż jest sercem ich serca. A lekarza nie potrzebują zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają.

 

Czy można zatem zbyć wzruszeniem ramion fakt, że Zmartwychwstały przychodzi pomimo drzwi zamkniętych? Nie sądzę. Zmartwychwstały przychodzi dzisiaj po to, żeby przypomnieć nam, że drzwi trzeba jednak czasem otwierać. Że warto kołatać i szarpać za klamkę.

 

Apostołowie dzisiejszych czasów muszą nie tylko czynić znaki i cuda, ale też przypominać o rzeczach oczywistych, przez co, bardziej niż kiedykolwiek, narażają się na śmieszność. Oto głoszą, że ogień naprawdę parzy, noc nie jest dniem, trawa nie rośnie szybciej, kiedy się do niej strzela, krowa jest przeżuwaczem, a dziecko rodzi się z kobiety i mężczyzny. Dlaczego są śmieszni? Bo to, co wczoraj było po prostu porządkiem rzeczywistości i przeznaczeniem każdego człowieka – urodzić się dziewczynką albo chłopcem, mieć ojca i matkę, żyć z pracy własnych rąk, dzielić posiłek, siedząc wokół stołu, spłodzić dzieci, a potem zrobić miejsce kolejnemu pokoleniu, schodząc z tego świata – obecnie zaczyna wydawać się przeżytkiem, którego miejsce jest w skansenie.

 

Podczas gdy nauka wysyła sondy w Kosmos, „Mądrość zastawia stół” (por. Prz 9,2). Podczas gdy naukowiec w swoim laboratorium produkuje nadczłowieka, Bóg stwarza kobietę i mężczyznę. Oto, dlaczego Kościół w dzisiejszych czasach toczy niezliczone boje, broniąc stanowiska, które na pierwszy rzut oka wydaje się paradoksalne. Oblubienica Ducha głosi chwałę ciała. Wierzący w rzeczywistość nadprzyrodzoną stają w obronie prawa naturalnego. Wzywający do świętości domagają się szacunku dla zwykłego seksu. W tych dziwnych czasach nie wystarczy powiedzieć, jak dawniej, że „Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek mógł stać się Bogiem”. Trzeba jeszcze dodać, że Bóg stał się człowiekiem, żeby człowiek mógł człowiekiem pozostać. Bo im bardziej będziemy przebóstwieni, tym autentyczniej pozostaniemy ludzcy.

 

Zapewne zdarza się nam zazdrościć uczniom. „Ci przynajmniej widzieli Jezusa! A my? Figę żeśmy widzieli”. Nie jestem pewien, czy wiemy, o czym mówimy. Widzieć Go – to była naprawdę ciężka próba. Jak wielką uczniowie musieli czuć pokusę, by uczepić się Go kurczowo, powiedzieć „chwilo, trwaj”, zatracić się w hipnotycznej fascynacji, zapominając nie tylko o ludziach wokół, ale też o przygodzie, jaką jest własne życie, i o całym wszechświecie, który On wciąż dla nas stwarza. Wpatrzeni w Niego, nie potrafiliby dostrzec żadnego z codziennych cudów, jakie czekają na każdego tuż za rogiem ulicy, nie widzieliby nawet słońca, które, niczym złocisty kapelusz, przechodzi z głowy na głowę… Z taką pokusą zmierzyli się Maria Magdalena i Tomasz zwany Didymosem.


 

Objawiając się przez czterdzieści dni, Zmartwychwstały zachowuje się najnormalniej w świecie. Jego gesty stanowią prozę codzienności. To ostatnia lekcja, jakiej udziela uczniom. Mają nauczyć się widzieć nie Jego, a wszystko – w Nim. Dostrzegać Jego chwałę, która przenika zwyczajne życie.

Teza, która przyświeca tej niewielkiej książeczce, jest następująca: objawienia Zmartwychwstałego mają zdecydowanie przyziemny charakter. Jeśli ukazuje się uczniom, to nie po to, żeby wszyscy zapomnieli o Bożym świecie, zapatrzeni w niesamowitą wizję. Wręcz przeciwnie – przypomina nam o miłości bliźniego. Uczy nas spojrzenia z góry, spojrzenia na te same rzeczy, które widzą wszyscy śmiertelnicy, ale z perspektywy Ducha.

Zmartwychwstały niczym nie przypomina (…) nadludzi. Jego chwała lgnie do codzienności. Właśnie osiągnął absolutny szczyt doskonałości, i co? I nic. Nie znalazł lepszego zajęcia, niż pogaduszki i kolacyjka z przyjaciółmi. Zachowuje się jak zwykły człowiek, co samo w sobie stanowi niezbity dowód na to, że jest Bogiem (żaden zwykły człowiek nie dąży do tego, by postrzegano go jak zwykłego człowieka, ba, przejawiamy niezbyt chwalebną skłonność do przesady i zrobilibyśmy wszystko, byle tylko sprawiać wrażenie, że jesteśmy jako bogowie). Zmartwychwstały nie organizuje pokazu żonglerki ciałami niebieskimi, bo ich obroty są od stworzenia świata posłuszne Jego woli. Nie emanuje splendorem zdolnym przyćmić gwiazdy na gali oscarowej, chciałby raczej sprawić, żeby to nasze gęby rozpromieniły się radością. I już dziś sprawia, że wilk mieszka wraz z barankiem, bo przecież posłał swoich uczniów jak owce między wilki (Łk 10,3)... a mnie udziela łaski, żebym mógł dochowywać wierności żonie i co wieczór iść z nią do łóżka.

 

 

KSIĄŻKA dostępna w wersji tradycyjnej i e-book.


Komentarze